Marta Roels: Czy zgadza się pan z tym stwierdzeniem, że pojmanie Nicolása Maduro dało Ameryce panowanie nad półkulą zachodnią?
Marek Magierowski: Był to zdecydowanie bardziej pokaz siły niż realna próba „zapanowania” nad całym tym obszarem, który jest zbyt rozległy i zróżnicowany, by można było mówić o jego „odzyskaniu” przez Stany Zjednoczone w sensie geopolitycznym. Natomiast bez wątpienia wpisuje się to w ambicje obecnej administracji, jasno zarysowane w Narodowej Strategii Bezpieczeństwa, by wzmacniać amerykańskie wpływy – zarówno polityczne, jak i gospodarcze – właśnie w tym regionie świata. Jest to wyraźne nawiązanie do doktryny prezydenta Monroe’a, która zakładała, że Stany Zjednoczone nie mogą dopuścić do ingerencji zewnętrznych mocarstw w sprawy półkuli zachodniej. Dziś nie chodzi już jednak o odsuwanie od tego obszaru dawnych potęg europejskich, lecz przede wszystkim o ograniczanie wpływów Chin i Rosji w Ameryce Łacińskiej. Tak przynajmniej postrzega to administracja Donalda Trumpa.
Nieprzypadkowo pierwszym celem takiej demonstracji siły stała się Wenezuela. To kraj o ogromnych zasobach ropy naftowej, których wydobycie w ostatnich latach dramatycznie spadło z powodu chronicznego kryzysu gospodarczego. Z punktu widzenia Waszyngtonu potencjalne inwestycje w tym kraju oznaczałyby dostęp do bardzo istotnego źródła surowców. Coraz częściej pojawiają się również głosy, że podobne działania mogłyby w przyszłości objąć Kubę, choć byłoby to znacznie trudniejsze z militarnego punktu widzenia.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
