Bergamo, Churchill i syndrom sztokholmski

Bergamo, Churchill i syndrom sztokholmski

Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill
Premier Wielkiej Brytanii Winston Churchill / Źródło: Wikimedia Commons / domena publiczna
Sport to (nie zawsze jest) zdrowie. Procentowo największe skupisko zarażonych COVID-19 we Włoszech to Bergamo na północy kraju. Bardzo znaczna część tych, którzy się zarazili była na meczu piłkarskiej Ligi Mistrzów miejscowej Atalanty z hiszpańską Valencia.

Drużyna z Bergamo po raz pierwszy grała na tym szczeblu rozgrywek, a jej stylem gry także w lidze czyli Serie A zachwycało się pół Europy. Nic więc dziwnego, że na meczu, którego stawką był awans do najlepszej ósemki europejskich klubów, zjawiła się...jedna trzecia mieszkańców tego 120-tysięcznego miasta. Za miłość do futbolu lokalni fani zapłacili bardzo wysoką cenę. Można im teraz tylko współczuć i życzyć powrotu do zdrowia. Podobnie, jak tym kibicom z Hiszpanii, którzy osobiście po tym meczu wyeksportowali koronawirusa do ojczyzny...

Czytając te informacje przypomniałem sobie anegdotę rodem z Wysp Brytyjskich. Do premiera Winstona Churchilla (jeszcze bez przydomka „Sir”, którym obdarzyła go Jej Królewska Mość) przyszedł jego późniejszy następca i wielki rywal Clement Richard Attlee. Młodszy od Churchilla o 9 lat od razu zaczął się chełpić: „Panie Premierze, w poniedziałki gram w tenisa, we wtorki jeżdżę konno, w środę znajduje czas na szermierkę, w czwartek pływam, a w weekendy jeszcze dochodzi nasz tradycyjny golf. I wie Pan ? Czuję się świetnie”. Na co Churchill, odpalając kolejne cygaro i pociągając następny łyk whisky: „A ja, panie Atlee, w poniedziałki nie gram w tenisa, we wtorki nie jeżdżę konno, w środę nie mam czasu na fechtunek, w czwartek nie zobaczy mnie Pan na basenie, a w weekendy i w ogóle w żaden dzień nie gram w golfa. I wie Pan co? Czuję się lepiej niż Pan!”....

O tej anegdotce właśnie myślę zawsze po kolejnych kontuzjach odniesionych podczas jazdy na nartach czy biegania przez moich rówieśników, którzy uważają, że są dalej „dwadzieścia plus”.

Skądinąd Churchill to bohater niezliczonych opowieści. Jedna z moich ulubionych pochodzi z czasów, gdy już były premier, ale jeszcze nie laureat pisarskiej (a nie pokojowej!) Nagrody Nobla przyjechał do jednej z angielskich szkół, aby spotkać się z nastoletnimi uczniami. Młody człowiek wstał i – jak to młody – bezceremonialnie zadał mu pytanie: „Panie Premierze, jest Pan już taki stary, a cały czas nieźle się Pan trzyma. Jak Pan to robi?” Na co Churchill ze stoickim spokojem odparł: „Młody człowieku, w swoim życiu kierowałem się dwiema zasadami. Pierwsza była następująca: gdy stałem, a mogłem usiąść – zawsze siadałem. Zaś druga była taka: gdy siedziałem, a mogłem się położyć – zawsze się kładłem”. W owej świetnej anegdotce – a więc czymś co zdarzyło się naprawdę – ważne jest nie tylko kto odpowiadał, ale też kto pytał... Otóż owym angielskim młokosem, który dość bezceremonialnie wypomniał Churchillowi jego wiek, ale tez pochwalił za formę był niejaki Paul Johnson. Później – mówię to jako historyk – stał się najwybitniejszym historykiem w dziejach XX-wiecznej Anglii.

A propos tego leżenia Churchilla, to jeśli ktoś oglądał ostatni film fabularny o nim, to może zapamiętał scenę, gdy brytyjski mąż stanu z wanny dyktuje tekst maszynistce, która siedząc tyłem do nagiego polityka pracowicie stuka w klawisze...

Co do Churchilla, to mam wobec niego niesłychanie ambiwalentne uczucia. Podziwiam polityczną konsekwencję mimo, uwaga, politycznych wolt: Churchill szedł własną drogą, a partie, które zmieniał, służyły mu do realizacji jego wizji polityki. Podziwiam też jego świetne pióro – bądź co bądź był kiedyś naprawdę świetnym korespondentem wojennym i dziennikarzem. Ale jako Polak nie mogę mu darować zdrady mojego kraju w Teheranie w 1943 oraz Poczdamie i Jałcie w 1945 roku. Churchill kierował się znaną brytyjską dewizą: „Right or wrong - my country!”. Jego prawo – szkoda tylko, że kosztem naszej ojczyzny.

Skoro nas zdradzałi ostatecznie wraz z Rooseveltem sprzedał Stalinowi i „czerwonej Rosji”, a jednak mimo wszystko jakoś go tam podziwiam i lubię, to czy nie jest to z mojej strony swoisty „syndrom sztokholmski”?

Ostatnie wpisy

  • Statystyki śmierci – na wojnie z pandemią... 6 kwi 2020, 14:05 Świat stanął w miejscu. Jesteśmy przykuci do telewizorów czy internetu – w zależności od pokolenia i chęci. Chcąc, nie chcąc – śledzimy najbardziej tragiczne z możliwych międzynarodowe statystyki zgonów.
  • Czarnecki: Przemija postać świata czyli podróż sentymentalna 1 kwi 2020, 8:15 Pandemia to dramat. Kwarantanna ma wszak swoje plusy. Nagle przystanek w życiowym rollercoasterze. Niespodziewania szansa powrotu do starych lektur, a i książek, po które nie było czasu sięgnąć. Zanurzam się w stare, rodzinne fotografie. Sentymentalna podróż do miejsc, w...
  • Koronawirus i sport 18 mar 2020, 20:22 Sport w Europie zamarł w związku z epidemią, a teraz pandemią koronawirusa – bo sport nie jest samotną wyspą na morzu ludzkiego życia i ludzkich pasji. To dziś „widać, słychać i czuć” na Starym Kontynencie i poza nim.
  • Polityka międzynarodowa w czasach zarazy 13 mar 2020, 7:32 Odwołano właśnie szczyt UE-Indie, po którym obie strony spodziewały się bardzo wiele.
  • Brexit bez Brexitu, czyli gra May i gra Barniera 18 kwi 2019, 11:10 Na ostatnim w tej kadencji posiedzeniu Parlamentu Europejskiego w Brukseli miała miejsce krótka debata o Brexicie – lub jego braku oraz jego ewentualnych warunkach. Głos zabrali przedstawiciele Rady Europejskiej i Komisji Europejskiej. Debata była krótka: źle i dobrze. Źle, bo...