Potem pomaszerowaliśmy stamtąd tradycyjnie aż pod Pomnik Powstańców przed Katedrą Polową Wojska Polskiego przy ulicy Długiej. Było morze biało-czerwonych flag, bardzo wiele rodzin z dziećmi, skandowanie haseł, które nie mogą się podobać naszym zachodnim sąsiadom – dawnym okupantom. Szereg razy wracano do tematu reparacji, których Niemcy płacić nie chcą, a zapłacić muszą. Były lepsze i gorsze przemówienia osób publicznych. To już jednak za nami.
Teraz można na spokojniej przekazać moje credo odnośnie zrywu sprzed 82 lat i jego obchodów. Jeśli tylko jestem w Polsce, staram się zawsze w nich uczestniczyć. Zresztą zwykle na Powązkach. Hołd i chwała Bohaterom! Tak, to dla mnie oczywiste. Jednak to wcale nie zwalnia mnie i nas z pytań o sens Powstania Warszawskiego. Sens hekatomby ludności cywilnej stolicy państwa polskiego, a przecież cywilów zginęło co najmniej dziesięć razy więcej niż żołnierzy. Żołnierzy, którzy przez ponad dwa miesiące tego narodowego zrywu mieli na rękach opaski z napisem nie "AK", jak niektórzy niedouczeni po latach mówią, ale "WP" – bo stali się przecież częścią regularnego Wojska Polskiego.
Nie byłem, nie jestem i nie będę zwolennikiem Powstania Warszawskiego. Przyniosło ono zagładę polskiej stolicy, zagładę przeszło stu tysięcy rodaków, w tym polskich elit. Nie uważam, że „musiało” wybuchnąć. Nie uważam, że ta „demonstracja polityczna” była niezbędna. Więcej, biorąc pod uwagę straty po polskiej stronie, była nieopłacalna. A jednak nie przeszkadza mi to wcale w oddawaniu czci tym, którzy za Polskę, jej wolność, wtedy ginęli.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.