Istnieje też zakorzenione, dzięki filmom i literaturze dla dzieci (często jej lektorami dla dziatwy są, co oczywiste, dorośli), przekonanie, że lew to „król zwierząt” albo też „król dżungli”. Bardziej popularna jest ta pierwsza wersja. Dodajmy do tego znanego angielskiego króla z czasów średniowiecza – Ryszarda Lwie Serce. Dodajmy określenia typu „nasi walczyli jak lwy”, „dzielny jak lew” czy też lew-hetman (to akurat mniej znane). Nie dziwota, że najwięcej przysłów o lwach funkcjonuje w Afryce. Sam znam ich z piętnaście, ale nie będę Państwa katował cytowaniem ich w całości. Często, skądinąd do mnie, zwracano się, zapewne z racji urodzenia w Londynie, per „Ryszardzie Lwie Serce”, z aluzją do władcy Albionu sprzed wieków. A ja na to... się zżymam. Tak, dokładnie. Wcale nie uważam lwa za zwierzę szczególne, wyjątkowe, za symbol władzy. Nie uważam go za króla zwierząt. Nie jest dla mnie punktem odniesienia ani żadną polityczną (albo niepolityczną metaforą). Kompletnie nie!
Dlaczego odrzucam prymat lwa w świecie zwierząt ? Cóż, tu zaczyna się polityka, bo wszak ja pisał Tomasz Mann „nie ma nie-polityki: wszystko jest polityką”! Otóż lew występuje w cyrku. Bawi ludzi. Gra role wskazane przez człowieka. Król tak nie czyni. Wasal – owszem. Poddany – jak najbardziej. Ale prawdziwy monarcha – nigdy. Zatem lew przez cyrkowe występy dokonuje aktu abdykacji. Nie może być traktowany poważnie. Automatycznie wyklucza się z roli władcy. Władca nie skacze przez obręcze ani nie staje na dwóch łapach dla uciechy dzieciarni i dorosłych. Władca budzi postrach albo przynajmniej autorytet.
Inne zwierzaki też grają swoje role czy rolki w cyrku. Poza jednym. Poza wilkiem. On karku nie schyla. On nie tańczy, jak mu zagrają. I to on dla mnie jest królem zwierząt.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.