Nie jestem naiwny: polityka była często blisko sportu, sport korzystał wielokrotnie z polityki. Jednak takiej polityczno-futbolowej „jazdy bez trzymanki” jeszcze nigdy nie było. Bo dotąd nie zdarzyło się, aby prezydent kraju goszczącego piłkarskie mistrzostwa świata dzwonił do prezesa globalnej federacji futbolu FIFA, aby cofnąć karę zawieszenia na najbliższy mecz (za czerwoną kartkę) zawodnika swojej reprezentacji.
Prezydent Donald Trump był pierwszym, który to uczynił – i zrobił to skutecznie: FIFA pozwoliła zagrać w meczu z Belgią amerykańskiemu napastnikowi. Nigdy jeszcze też na głównego sędziego finału nie wybrano dość miernego i kontrowersyjnego arbitra tylko dlatego, że jest rodakiem Pierwszej Damy kraju, w którym ów finał się odbywał (oboje to Słoweńcy).
Jeszcze nigdy też szef FIFA nie składał takich hołdów lennych, jak tym razem prezydentowi Stanów Zjednoczonych.
Tenże prezydent FIFA ma nadzwyczajnie miękki kręgosłup i już wcześniej płaszczył się przed szejkami z Kataru, gdy tam właśnie rozgrywany był Mundial (2022 rok), podobnie, jak przed lokatorem Kremla, gdy piłkarskie mistrzostwa świata miały miejsce w Rosji (2018). Jednak w 2026 roku wazeliny było najwięcej: wspólne konferencje prasowe Donalda Trumpa i Gianni Infantino (Szwajcara skądinąd), nieustanne pochwały wobec prezydenta USA, nawet Medal Pokoju wręczony mu zamiast Pokojowej Nagrody Nobla już przed mistrzostwami.
To, co napisałem, nie jest atakiem na prezydenta USA, który walczył, jak umiał o sportowe interesy swojego kraju – w specyficzny dla siebie sposób, ale to już inna sprawa – i rzecz jasna z przyjemnością dla siebie charakterystyczną przyjmował wszelkie „adresy dziękczynne” i hołdy ze strony FIFA. Chodzi mi właśnie o FIFA, która ze swoim szwajcarskim prezesem przekroczyła wszelkie granice umownego, przyznajmy, rozdziału polityki od sportu.
To z winy Infantino nastąpił ten niebywały i wielce niesmaczny sojusz dwóch tronów.
Prezydent USA tylko korzystał, lepiej czy gorzej pod względem medialnym, z tego, co ofiarował mu lizus Infantino. Głównym winowajcą jest tu oczywiście szef FIFA. Choć nie jedynym. Trener Egiptu skrzywdzonego przez sędziów w meczu z Argentyną oskarżył ich o rasizm, a wcześniej i później wymachiwał flagą Palestyny. Piłkarze Argentyny wynieśli polityczny transparent: „Malwiny są argentynskie” – i to nie przypadkowo po meczu z Anglia, która w sprawie Falklandów ma zupełnie inne zdanie. Skądinąd sędziowie „holowali” właśnie te dwa kraje najbardziej: Argentynę i Anglię.
Mundial 2026 piłkarsko był ciekawy. Pod względem sędziowania słaby, pod względem romansu z polityką –beznadziejny.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
