Afganistan; 1984 rok - szalona Szakila

Afganistan; 1984 rok - szalona Szakila

Historię, którą przedstawiam czytelnikowi napisałem w 1984 roku. Opowiedział mi ją w lipcu tegoż roku mój znajomy właściciel sklepu z kożuchami przy ulicy Zarguna Łat. Ulica ta została, przez polskich turystów - handlarzy kożuchami, nazwana Kożuszniczą. Po jednej jej stronie znajdował się tymczasowy areszt dla zatrzymanych przestępców i przeciwników wszelkiej władzy. Wybudowany został prawdopodobnie za czasów króla Zahir Szaha, ale funkcjonował bez przerwy do 2002 roku.
Chyba od 2008 roku są tu koszary wojskowe.

Po drugiej stronie ulicy mieściło się około pięćdziesięciu sklepów z kożuchami i wyrobami afgańskiego rękodzieła. W latach 1976-77 przybyło do Kabulu na handel ponad siedem tysięcy polskich podróżników. Był to dla obu stron świetny interes. Pod koniec mojego półtorarocznego pobytu znałem prawie wszystkich sklepikarzy. Niektórzy prosili mnie o naukę języka polskiego, inni sami uczyli się podstawowych zwrotów. Do dzisiaj afgańscy rozmówcy mówią, że mój język jest jak u dzieciaka z alejki bazarowej, czyli ‘baczeje kucze bazari’. Język polski był po angielskim i rosyjskim najpopularniejszym językiem w handlowo-hostelowej dzielnicy miasta - Szari Nał.

W 2008 strona ze sklepami została zburzona przez buldożery i poszerzona, by rozładować nieprawdopodobnie duże korki w stolicy.
Sklepy cofnęły się do linii dawnego zaplecza sklepowego, zmodernizowały i zmieniły branżę.

Tyle słów wprowadzenia przed dalszą częścią rozdziału.

Do Kabulu, jak zwykle od 1978 roku, przyjechałem na trzy miesiące wakacji, by zebrać materiały do pracy doktorskiej, kupić kożuchy i powdychać afgańskie aromaty. Podróże „ekonomiczno-naukowe” zakończyłem w 1987 roku, za panowania Nadżibullaha. Przerwałem studia, a i popyt na kożuchy ustał.

Pierwsze kroki po przyjeździe skierowałem do sklepu Naima, który serdecznie się przywitał i natychmiast postawił na stoliczku (nie lubię siedzieć na podłodze) herbatę, migdały w cukrze ‘nokol’, jakieś ciasteczka i zaczął robić skręta. Lubił zapalić, a ja lubię ten zapach. Historię handlu w jego sklepie opisałem w pierwszej książce.

Przywiozłem mu z Polski kremy Nivea, szampony Polleny, perfumy „Być może”, whisky, landrynki –malinki i „krówki”.
Parę innych drobiazgów też.

Po godzinnym przywitaniu, dwóch czajnikach zielonej herbaty, paru miseczkach migdałów i rodzynek, spaleniu kilku afgańskich papierosów, przeszliśmy do meritum, czyli ustalenia ilości i rodzaju kożuchów.

Rozmowa o kożuchach trwała trzy tygodnie, znaczy się krótko, a co najważniejsze obie strony były zadowolone. Jestem przekonany, że Naim wliczył cenę herbaty i posiłków spożytych w trakcie zawierania transakcji do ceny swojego towaru.

Ja wliczyłem cenę biletu lotniczego i hotelu do tego, co mu przywiozłem.

1984 rok był dalszym ciągiem nieszczęść dla całego kraju. Reżim Tarakiego, Amina i obecnego Babraka Karmala mordował opozycjonistów, turyści przestali przyjeżdżać i zaczęły działać pierwsze zbrojne grupki antykomunistycznej partyzantki. Byłem jednym z ostatnich turystów szwendających się po Kabulu; od tego roku w spacerach po mieście towarzyszył mi jeden z moich afgańskich przyjaciół.

Od 19.00 obowiązywała godzina policyjna i siłą rzeczy trzeba było siedzieć w domu lub hotelu.

Podczas jednego wieczoru Naim opowiedział mi historię niedawnego zamachu na działaczy reżimu w Szari Nał w Kabulu.
By nie zanudzić czytelnika wielogodzinną opowieść Naima przedstawiam w sporym skrócie:

Kiedy Szakila szła po swojej ulicy sąsiedzi patrzyli na nią z litością, odprowadzali ją wzrokiem i ze smutkiem kręcili głowami. Zawsze znalazł się ktoś, kto wcisnął jej w dłoń parę groszy lub coś do zjedzenia. Nigdy nie dziękowała, nie uśmiechała się, szła patrząc przed siebie martwym wzrokiem, który nadawał jej pięknej twarzy niesamowity, mistyczny wyraz.

Dziewczyna pochodziła z zamożnej rodziny, spokrewnionej z zamordowanym w kwietniu 1978 roku, prezydentem Mohammadem Daudem Chanem. W tym dniu straciła ojca i nowo poślubionego męża, obydwaj byli wysokimi oficerami lojalnymi wobec głowy państwa. Po zamachu stanu we wrześniu 1979 roku dokonanym przez Hafizullaha Amina, los rodziny Szakili pogorszył się jeszcze bardziej. Amin nazwany „afgańskim Stalinem” rozkazał aresztować mężczyzn z jej rodziny. Zniknęli oni w kazamatach więzienia Pule Czarchi.

Wraz z wkroczeniem wojsk ZSRR, w grudniu 1979 roku, Szakila poniosła dalsze straty. Przypadkowa rakieta zniszczyła jej rodzinny dom i zabiła przebywające w nim osoby. Jak to się stało, że Szakila ocalała nikt nie wiedział, a dowiedzieć się od niej samej nie było już sposobu.

Dziewczyna straciła kontakt z zewnętrznym światem.

Chodziła po ulicach ze skamieniałą twarzą, nie reagując na gesty ludzi, nie uśmiechała się, nie płakała, tylko mrużyła oczy jakby szukała wzrokiem znajomych sylwetek członków swojej rodziny.

Mieszkała przy ruinach rodzinnego domu, w dawnym pomieszczeniu gospodarczym, bo pomieszczenie służących też zostało zburzone przez pociski najeźdźców. Stał tam zdezelowany tapczanik czaparkat, mały stolik z naftową lampą i piecyk „koza” prawie zawsze zimny. Sąsiedzi dawali jej drobne sumy, czasami stawiali pod drzwiami naczynia z resztkami jedzenia lub parę owoców. Ktoś podarował jej stare palto i zimowe buty, dzięki nim zimowy chłód nie odebrał biedaczce życia.

Obecnie plac, na którym stał dom Szakili znajduje się w zamkniętej strefie miasta, mieszkają tam członkowie rządu i inne „sługi narodu”.

Nadeszła wiosna, lecz gorące promienie słoneczne nie potrafiły obudzić w dziewczynie wigoru i energii. Jak zwykle, od dnia zburzenia domu, chodziła po wytyczonej trasie; od swojej siedziby przy Zarguna Łat, wzdłuż ulicy do skrzyżowania Czoroi Ansari, skręcała w prawo do skrzyżowania Czoroi Hadżi Jakub, potem znowu kierowała się w prawo i przechodziła obok Parku Szari Nał i kina. Po kilkuset metrach znowu skręcała w prawo w uliczkę Gul Furuszi i dochodziła do skrzyżowania Czoroi Tora Baz Chan. Szła dalej prosto przez Kuczeje Murgo do szpitala Dżumhurijat. Teraz skręcała w lewo do skrzyżowania Czoroi Sedorat, mijała hotel „Mustafa” i znowu skręcając w lewo szła aż do swojej ulicy. Tę trasę trzy razy w prawo i trzy razy w lewo przechodziła siedmiokrotnie. Może ilość skrętów w każdą stronę i ilość powtórzeń trasy miały dla Szakili jakieś znaczenie?

Nie wiadomo.

Po powrocie do domu, zabierała z progu wszystko, co dobrzy ludzie jej zostawili, zamykała się i samotnie spędzała czas aż do następnego poranka, kiedy znowu ruszała na spacer po znanej jej trasie.

Pewnego dnia, na początku lata, Szakila wyszła z pokoiku na podwórko, gdzie zobaczyła krwawe ślady na ziemi. Coś nią wstrząsnęło, zaczęła rozglądać się dookoła. Przeszukała podwórko i zobaczyła za resztkami garażu leżące twarzą do ziemi ciało mężczyzny. Widok leżącego nieprzytomnego człowieka, w poszarpanej odzieży i całego zakrwawionego, wstrząsnął dziewczyną. Ostrożnie, powoli podeszła do ciała, pochyliła się nad nim i delikatnie dotknęła. Człowiek jęknął, ale nie poruszył się. Dziewczyna troskliwie odwróciła go na plecy. Ranny stęknął z bólu. Szakila odebrała to jak smagnięcie biczem. Wyprostowała się gwałtownie i rozejrzała się dookoła. Żaden podejrzany hałas, ani ruch nie zakłócił chwili i nikt nie pojawił się w zasięgu wzroku. Schyliła się ponownie, ujęła rannego pod pachy i zaczęła ciągnąć do swojej komórki. Zajęło jej to trochę czasu, gdyż ranny jęczał przy każdym gwałtownym ruchu, a ona puszczała go i z trwogą rozglądała się dokoła. Dopiero, gdy nieprzytomny znalazł się w pokoiku, Szakila zaczęła gwałtownie oddychać i zimny pot wystąpił na całym jej ciele. Po kilku sekundach zebrała ponownie całe swoje siły i położyła rannego na swój tapczan. Szybko przyniosła dzban z wodą i kilka szmatek. Delikatnie zaczęła obmywać jego zakrwawioną głowę. Gdy brud i skrzepy zniknęły z twarzy, Szakila zobaczyła, kim jest osoba leżąca na jej łóżku. Był to jej młodszy brat Habib, którego opłakiwała podczas wielu bezsennych nocy. Przyzwyczaiła się do myśli, że ten wesoły i kochany braciszek zginął z rąk siepaczy Amina, a tu taka niespodzianka!

Ze zdwojoną energią wróciła do obmywania i opatrywania rannego. Habib był lekko ranny w ręce i nogi, miał okropnie krwawicą ranę na twarzy, ale najcięższe obrażenie znajdowało się na klatce piersiowej. Kula przeszła przez prawe płuco i wyszła z drugiej strony pod łopatką. Doszła do wniosku, że u Habiba nastąpił wewnętrzny krwotok, ale do tego potrzebny był lekarz, a nie ona. Po zakończeniu ablucji, prowizorycznym opatrzeniu ran i powstrzymaniu krwotoku twarzy, Szakila usiadła przy bracie i zaczęła cicho płakać. Modliła się do Boga o zdrowie dla brata i głaskała go po nieuszkodzonym policzku.

Habib otworzył oczy, spojrzał na siostrę, lekko się uśmiechnął, wyszeptał jej imię i pewnie chciał coś powiedzieć, ale krwawa piana pokazała mu się na ustach i reszta słów była jednym charkotem. Dziewczyna położyła palec na swoich ustach i nakazała mu milczenie.

- Idę po lekarza – szepnęła – bądź cicho, zaraz wracam.

Wyszła z pokoju na podwórze. Słońce stało już w pionie i jasne promienie poraziły jej oczy. Stała bez ruchu przez krótką chwilę, potem ruszyła szybkim krokiem w kierunku ulicy Nader Pasztun i dalej do mostu Pule Heszti, gdzie mieszkał i miał swój gabinet stary znajomy rodziny doktor Fazl.

Doktor pracował kiedyś w szpitalu amerykańskim, lecz po komunistycznym puczu i wyjeździe Amerykanów przyjmował pacjentów w swoim gabinecie. Nie leczył w szpitalu, gdyż komuniści nie chcieli go widzieć na oczy. Pewnie się bali, że nie będzie ich leczył tylko szkodził. Pozwolili mu żyć, gdyż zadeklarował swoje usługi, jako lekarz ludności cywilnej, nie mudżahedinów.

Po drodze nikt nie zauważył różnicy w chodzie dziewczyny, nikt jej nie zatrzymywał, toteż po trzydziestu minutach dotarła do gabinetu i mieszkania doktora.

Wyraz olbrzymiego zdumienia pojawił się na twarzy lekarza, który słyszał o nieszczęściach, jakie dotknęły rodzinę i samą Szakilę. Parę razy był u niej, ale dziewczyna nie reagowała wtedy na jego wołanie i pukanie do drzwi. Dzisiaj patrzył na rozgorączkowaną twarz i żywe oczy ze zdumieniem i radością - stojąca przed nim osoba była pełna werwy, a nie snującym się po ulicy upiorem.
Kiedy Szakila podekscytowana opowiadała doktorowi o Habibie i opisała ogólnie jego stan, doktor pakował do torby potrzebne mu przyrządy, lekarstwa, bandaże i opatrunki. Nim dziewczyna skończyła opowieść, Fazl był gotowy do wyjścia. Teraz on poinstruował Szakilę jak ma się zachowywać.

- Wracając do domu, idź tak jak chodziłaś podczas swojej choroby, wolno, lekko powłócząc nogami. Nie rozglądaj się, patrz pod nogi. Ja będę szedł parę kroków za tobą. Dla postronnych musimy wyglądać jak obcy sobie ludzie. Weźmiesz paczkę z opatrunkami i bandażami. Ja wezmę resztę.

Przez całą drogę Szakila modliła się o spokój i zdrowie brata. Przeszli zatłoczoną Zarnegar i most. Przy poczcie dziewczyna obejrzała się, ale surowe spojrzenie lekarza przywołało ją do porządku. Dotarli do domu. Szczęście im sprzyjało, nikt nie zainteresował się dziewczyną, nikt nie legitymował doktora.

W ciemnym pokoiku Szakili lekarz nie mógł dokładnie przyjrzeć się ranom Habiba, toteż polecił dziewczynie by ta otworzyła drzwi i okno, a sama stanęła na podwórku i uważnie obserwowała otoczenie. Fazl poprzecinał prowizoryczne opatrunki rannego. Zdezynfekował zadrapania, zszył cięcie na twarzy i kilka mniejszych na ramionach, lecz przy ranie postrzałowej piersi długo medytował, oglądał wlot i wylot po kuli. Nie był zadowolony. Z torby wyjął butelkę z jakimś płynem i założył wenflon by przetoczyć płyn choremu.

W czasie badania Szakila stała nieruchomo pod komórką i patrząc na ulicę modliła się „La Lahi ila llah… La Lahi ila llah… La Lahi ila llah…” na przemian z „Allahu Akbar… Allahu Akbar… Allahu Akbar…”. Czas zatrzymał się dla niej, nie wiedziała jak długo trwał zabieg. Ocknęła się, gdy doktor stanął przy niej i wyszeptał jej imię.

Weszli do pokoju. Fazl miał smutną minę. Szakila zrozumiała, że Habib ma wewnętrzny krwotok, bez hospitalizacji i odmy może nie pożyć długo. Jednocześnie zdawali sobie sprawę, że wezwanie karetki równałoby się oddaniu Habiba w ręce HAD-u, czyli afgańskiego Gestapo. Funkcjonariusze HAD, pod czujnym „kierownictwem i nadzorem” specjalistów z Moskwy uzyskaliby nawet od martwego Habiba cenne informacje. Jedynym wyjściem było pozostawienie chorego w komórce i oczekiwanie na cud, który sprawiłby uzdrowienie rannego.

Po zakończeniu wszystkich czynności doktor musiał wracać do domu. Przed wyjściem położył na stoliku trochę pieniędzy i powiedział:

- Kupisz sok z owoców i marchwi, ja przez służącego przyślę ci szurbę ‘zupę’ i trochę rozgotowanego ryżu dla was. Karm Habiba powoli, często i zmuszaj go do picia wody i soku. Przyjdę jutro w południe, po obiedzie.

Następnego dnia o umówionej porze doktór pojawił się z kroplówką, czystą pościelą i lekami. Szybko komórka przeistoczyła się w izolatkę szpitalną. Chory został ponownie wymyty, podłączony do kroplówki i nakarmiony. Po dwóch godzinach, kroplówka skończyła się, doktor zakończył swoje dzieło i poszedł do swoich obowiązków, obiecując wizytę następnego dnia o tej samej porze. Szakila cały czas siedziała przy bracie zmieniając kompresy na rozgorączkowanym ciele brata.

Wieczorem Habib otworzył oczy i próbował się uśmiechnąć. Potoczył wzrokiem po pomieszczeniu i ponownie zasnął. Szakila zjadła resztki z tego, co zostało przyniesione przez doktora. Wcześniej doktór nakazał jej zjedzenie porządnego posiłku, by miała siłę do opieki nad bratem. Tak toczył się dzień za dniem; pełne cztery dni Habib był doglądany przez doktora i karmiony przez siostrę.
Piątego wieczoru, gdy Szakila układała się na podłodze przy czaparkacie brata, usłyszała jego szept. Chciała mu zabronić tego wysiłku, lecz on mówił cicho i zrozumiale. Opowiedział jej o swojej ucieczce z Kabulu, o walce z okupantem, rodzimymi komunistami i o swojej obecnej misji do stolicy, która zakończyła się wpadką jego i dwóch kurierów, którzy mu towarzyszyli. Tamtych zarżnęli siepacze Babraka Karmala, ale on ranny zdołał dotrzeć do swojego domu, ukrył bombę przy studni, schował się i zemdlał.
Teraz, gdy on jest ciężko ranny, Szakila musi wypełnić jego zadanie. W tym celu ma udać się ona pod biuro sowieckich linii lotniczych, tam udając podróżną ma w trakcie kupowania biletu umieścić pakunek pod ławką i wyjść z lokalu. Najważniejsza była data i godzina dokonania zamachu. W wyznaczonej porze duża delegacja Rosjan i Afgańczyków miała odprawić się na lot do Moskwy. Wybuch miał zabić wysokich urzędników, odpowiedzialnych za śmierć jej rodziny, wielu dobrych Afgańczyków i wojnę w kraju.

Dokładnie objaśnił jej postępowanie, działanie zapalnika w bombie, czas i siłę wybuchu. Dziewczyna parę razy powtórzyła mu całą procedurę.

TO MIAŁO WYDARZYĆ SIĘ JUTRO!

W środku nocy Szakila usłyszała głębokie westchnięcie, poderwała się na nogi, zapaliła lampę i zobaczyła uśmiechniętą twarz brata, pochyliła się nad nim, nie oddychał. Habib umarł, ale ona żyje i wypełni ostatnia wolę brata, pomści rodzinę, wszystkich pomordowanych, zaginionych i swój zmaltretowany przez obcych najeźdźców Afganistan.

Spokojna położyła się przy marach brata i zasnęła spokojnie.

Rano Szakila wstała, nie spojrzała w kierunku czaparkatu, ubrała się elegancko w najlepszą sukienkę, jaką znalazła w ruinach domu i którą dawno doprowadziła do świetności, jakby przeczuwając, że kiedyś jej się przyda. Wyszła z komórki na krótkie zakupy, by nabyć parę drobiazgów potrzebnych jej do uzupełnienia stroju. Kupiła buty, torebkę, szminkę i hennę do oczu.
Teraz ubierała się jak na wystawne przyjęcie.

W południe, gdy ruch na ulicy zmniejszył się drastycznie, gdyż prawie każdy Afgańczyk zasiadał do posiłku nane czoszt ‘obiadu’, Szakila szła spokojnie jak na spotkanie z przyjaciółką. W sklepikach sprzedawcy siedzieli przy miskach z szurbą, kebabami lub ryżem. Restauracje buchały gwarem rozmów i zapachami serwowanych dań.

Nikt nie zwracał uwagi na młodą, elegancką kobietę, która szła gdzieś spokojnym krokiem, z walizką w ręku i torebką pod pachą. Po paru kwadransach Szakila zobaczyła cel swojej podróży. Przed biurem stał duży autokar, kręciło się dużo ludzi, Afgańczyków i cudzoziemców. Jeszcze większy tłum stał na podwórku biura.

Przechodząc przez bramę Szakila uśmiechnęła się do strażnika i z takim samym wyrazem na twarzy weszła pomiędzy ludzi.

Dwie minuty potem potężna eksplozja wstrząsnęła ulicą, ale Szakila tego nie usłyszała, była bardzo daleko.
Spacerowała z rodzicami, braćmi i mężem po łące pełnej tulipanów - kwiatów, których Ojczyzną jest Afganistan.

Ostatnie wpisy

  • Miłośnicy fikcji politycznej i szpiegowskiej doczekali się wreszcie następnej książki Severskiego 21 sty 2020, 7:59 Miłośnicy fikcji politycznej i szpiegowskiej doczekali się wreszcie następnej książki Vincenta V. Severskiego „Zamęt”. Tytuł adekwatny jest do tego, co czytelnik czuje, gdy wgryza się w treść powieści. Intryga jest skomplikowana, ergo ciekawa i wciągająca, jak chodzenie po...
  • CHRISTINE - rozbite lusterko 20 sty 2020, 14:17 „CHRISTINE” to nowa powieść Vincenta V. Severskiego, której lektura wywołała u mnie wyobrażenie damskiej, ozdobnej puderniczki z lusterkiem. Są to zniszczone utensylia, zmiażdżone puzderko i rozbite zwierciadełko. Szczątkowy obraz zawarty jest w niewielkim okruchu, który...
  • Wreszcie doczekałem się ODWETU! 6 lip 2019, 11:22 Wybitny oficer wywiadu musi być wybitnym manipulatorem (VVS s. 300)
  • Miłośnicy fikcji politycznej i szpiegowskiej doczekali się wreszcie następnej książki Vincenta V. Severskiego 9 kwi 2018, 15:35 „ZAMĘT”. Tytuł adekwatny jest do tego, co czytelnik czuje, gdy wgryza się w treść powieści. Intryga jest skomplikowana, ergo ciekawa i wciągająca, jak chodzenie po bagnach. Czytelnik, który zna sposób narracji i stylistykę Autora nie zawiedzie się; to jest ten sam Severski z...
  • Ostatnia msza święta Andrzeja Ananicza 7 paź 2017, 14:16 Odszedł na zawsze Kolega i Przyjaciel, orientalista i naukowiec, dyplomata i pedagog. Uczciwy do bólu i bezgranicznie koleżeński. Tak w ogromnym skrócie można by napisać o Zmarłym. Jednakże teraz chciałbym opisać jego ostatnią Mszę Świętą, a nie streszczać bogaty życiorys...