Polacy poczuli chemię

Polacy poczuli chemię

ZDJĘCIA: 123RF
Wrogie przejęcia, prężna konkurencja, ambitne wymogi unijne. Polski przemysł chemiczny ma pod górkę. A mimo to prężnie się rozwija. Jakim cudem?
Przemysł chemiczny wytwarza chemikalia praktycznie dla wszystkich gałęzi gospodarki w krajach rozwiniętych. Dlatego jest kluczowy dla naszego dobrobytu. Mało jednak brakowało, a rozpuściłby się na rynku europejskim niczym kwas w wodzie. Gdy w 2004 r. Polska wchodziła do Unii Europejskiej, nasz przemysł chemiczny nie był dobrze przygotowany na nowe otwarcie. Sektor był rozdrobniony i nieskoordynowany, praktycznie z dnia na dzień zmieniły się warunki konkurencyjności, a polskie firmy w branży chemicznej nagle poczuły ciężki oddech wielkich koncernów z wielo letnią tradycją walki o rynek. Firmy unijne były nie tylko bardziej doświadczone, ale przede wszystkim większe – jako podmioty rozwinięte miały oddziały w różnych krajach, a dzięki swoim rozmiarom dysponowały także potencjałem do tańszej realizacji zamówień niż rozdrobniona konkurencja.

Mimo wszystko branża chemiczna w Polsce po dziesięciu latach od wejścia do Unii ma się całkiem nieźle. Polacy najwyraźniej poczuli chemię i po przetrwaniu pierwszej trudnej dekady pewnie stają w szranki z największymi graczami Europy, takimi jak Rosja, Niemcy czy kraje Skandynawii. Szczególnie dobrze idzie nam w sektorze rafineryjnym (Orlen, Lotos), tworzyw sztucznych oraz nawozów sztucznych (Grupa Azoty, Synthos). Eksport wyrobów chemicznych z Polski stale rośnie, a prognozy są optymistyczne. Według raportu American Chemistry Council sprzed trzech lat sektor chemiczny w Europie Środkowo-Wschodniej, a więc także w Polsce, przeżywać będzie w najbliższym czasie okres gwałtownego wzrostu.

UNIA HAMUJE CHEMIĘ?


Tego wzrostu nie ułatwiają jednak regulacje Unii Europejskiej. Wręcz przeciwnie, dla małych graczy ekologiczne wymogi Unii bywają zabójcze. Kto się do nich nie dostosuje, ten bankrutuje albo musi przenieść produkcję poza Europę – czyli tam, gdzie reżim ekologiczny jest lżejszy. Urzędnicy polskiego Ministerstwa Skarbu Państwa przyznają, że konieczność dostosowywania działalności polskich spółek chemicznych do ambitnych wymogów związanych z polityką klimatyczną Unii Europejskiej jest bardzo uciążliwa. Przede wszystkim dlatego, że dostosowanie się do tych wymogów jest kosztowne. Redukcja emisji zanieczyszczeń oraz obostrzenia co do zużycia energii generują ogromne koszty. Skala koniecznych wydatków może oczywiście nie przeszkadzać chemicznym gigantom, ale mniejsze spółki zaczynają zgrzytać zębami. Dlaczego? Bo duża część pieniędzy w ich budżecie musi zostać przeznaczona na cele dostosowawcze, zamiast zostać spożytkowana na badania i rozwój, który zapewnia konkurencyjność.

– Trudno powiedzieć, ile łącznie polska chemia wydaje na badania i rozwój, ale to prawie nic w porównaniu ze światowymi koncernami, takimi jak największy Dow Chemical, który wydaje miliardy euro, czy drugi BASF, który przeznacza na ten cel średnio około 1,3 mld euro rocznie, także w dobie kryzysu – stwierdził w tym roku Tomasz Zieliński, prezes zarządu Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. Paradoksalnie BASF oraz inni globalni gracze w sektorze chemii obecni w Europie są dla polskich spółek nie tylko konkurentami, ale też wzorem do naśladowania. Jedną z lekcji, jaką wyciągnęli stratedzy polskiej gospodarki, podglądając firmy giganty, jest ucieczka do przodu dzięki konsolidacji.

WIELKA KONSOLIDACJA

Konsolidacja, czyli scalanie spółek w większe podmioty, może być dobrym rozwiązaniem dla firm pogrążonych w stagnacji. Na przykład Grupa Azoty po udanej konsolidacji w 2012 r. stała się drugą – po norweskiej Yarze – największą grupą nawozową w całej Unii. Co ciekawe, konsolidacja nie była wcale planowana. Wymusiła ją próba wrogiego przejęcia przez spółkę zależną rosyjskiej firmy Acron. Reagując na działania Rosjan, Skarb Państwa zwiększył wtedy udziały w zagrożonej spółce chemicznej i doprowadził do przejęcia Zakładów Azotowych Puławy przez Azoty Tarnów, aby zmniejszyć procentowy udział Rosji w spółce. Konsolidacja okazała się strzałem w dziesiątkę. O tym, że spółka jest atrakcyjna dla inwestorów, świadczy dalsze zainteresowanie Rosji, np. zwiększenie przez grupę Acron udziałów w Azotach do 20 proc. w tym roku. Czy można w ogóle zabezpieczyć się przed wrogim przejęciem? Tak. Po pierwsze, przez kontrolę państwa. Ministerstwo Skarbu Państwa wpisało w tym roku Grupę Azoty na listę strategicznych spółek polskiej gospodarki. Wobec firm na niej obecnych państwo zobowiązuje się, że nie sprzeda udziałów w nich. Ponadto ministerstwo pracuje nad projektem ustawy, na podstawie której zakup udziałów niektórych spółek będzie wymagał zgody ministra. Po drugie, w celu zabezpieczenia spółki można zmienić jej statut. – Azoty są dziś odporne na wrogie przejęcie. Gwarantują to struktura akcjonariatu i zawarte w statucie mechanizmy zabezpieczające – przekonywał Paweł Jarczewski, prezes Grupy Azoty, na kongresie Polska Chemia 2014 w Puławach. Dzięki gwarancjom państwa Grupa Azoty może stać się jeszcze bardziej atrakcyjna w oczach inwestorów. To z kolei spowoduje, że łatwiej otrzyma zastrzyk kapitału umożliwiający przejmowanie innych spółek. Do 2020 r. Azoty chcą wydać na przejęcia i inne inwestycje 7 mld zł.

OD SENEGALU DO RIO GRANDE

Jedną z takich inwestycji jest kopalnia fosforytów oraz ilmenitów, czyli skał służących do produkcji nawozów. We wrześniu Azoty przejęły ponad połowę udziałów w kopalni, która znajduje się w Senegalu. Afrykańska kopalnia produkuje surowce, na które Azoty wydają 540 mln zł rocznie. Długofalowo projekt się opłaci – dzięki niemu spółka zmniejszy koszty produkcji. – Zaoszczędzimy około 30 mln zł – twierdzi Krzysztof Jałosiński, prezes ZCh Police i wiceprezes Grupy Azoty. Kolejną wielką inwestycją w naszym przemyśle chemicznym jest wielki kompleks petrochemiczny, który powstanie we współpracy Azotów z Grupą Lotos. Jego lokalizacja wciąż jest przedmiotem debaty, jednak prawdopodobnie kompleks powstanie w Gdańsku – do grudnia zakończą się analizy opłacalności projektu w tym miejscu. Wartość inwestycji to 12 mld zł. Plany ekspansji mają też PKN Orlen, który rozbudowuje rafinerię w Płocku, i polski kauczukowy potentat – Synthos. Strategia tej drugiej firmy stawia na interesy po drugiej stronie Atlantyku. Synthos zamierza produkować kauczuk w brazylijskim Rio Grande do Sul na licencji firmy oponiarskiej Michelin, a także realizuje przejęcia firm branżowych w Stanach Zjednoczonych.

CHEMIA, POŻERACZ GAZU

Dobry trend inwestycyjny w branży chemicznej można dodatkowo wzmocnić, rozwijając inną gałąź przemysłu – energetykę. Dlaczego? Przemysł chemiczny jest wręcz pożeraczem gazu – wiele substancji chemicznych otrzymywanych jest z gazu lub z mieszanin go zawierających. Poza tym gaz wykorzystywany jest masowo w zakładowych piecach. Obecnie polegamy jednak na gazie sprowadzanym z importu, głównie z Rosji. W perspektywie jest otworzenie terminalu w Świnoujściu, który pozwoli sprowadzać i magazynować gaz także z innych stron, m.in. z USA. Amerykański gaz ma wielką zaletę: jest tani, ponieważ rewolucja technologiczna związana ze szczelinowaniem umożliwiającym eksploatację niedostępnych dotychczas złóż spowodowała spadek cen tego surowca. Gaz zza oceanu będzie jeszcze tańszy po podpisaniu negocjowanej obecnie przez Unię Europejską umowy o wolnym handlu UE-USA. Nie należy jednak zapominać, że w Polsce także mamy złoża gazu łupkowego – i że najtaniej byłoby zużywać w przemyśle chemicznym gaz, który wydobywamy samodzielnie.

Jak widać, w polskiej chemii praca wre pełną parą. Mimo to jest jeszcze wiele do zrobienia. – Niestety obecnie nasz przemysł chemiczny nie jest w stanie zaspokoić potrzeb krajowej gospodarki – mówił w listopadzie serwisowi WNP Jerzy Majchrzak, były dyrektor Polskiej Izby Przemysłu Chemicznego. – Przydałaby się gruntowna poprawa sytuacji.

Czytaj także

 0