Berlinale '16 - Shelley

Berlinale '16 - Shelley

Dodano:   /  Zmieniono: 
Berlinale '16 - Shelley
Berlinale '16 - Shelley / Źródło: Profile Pictures
„Shelley”, duńskiego reżysera Aliego Abbasiego to sugestywny obraz o horrorach ciąży.

Elena (Cosmina Stratan) przyjeżdża do posiadłości młodej pary, znajdującej się w środku lasu. Ma pomagać rodzinie w codziennych obowiązakach. Małżeństwo jest niezwykle sympatyczne, otwarte i z uśmiechem przyjmuje dziewczynę w swoje progi. Coś jednak zdaje się być na rzeczy, z chwilą, gdy dziewczyna pyta gdzie może podładować swój telefon. „My tutaj nie używamy elektryczności”, odpowiada małżonek (Peter Christoffersen).

Drugim punktem zapalnym jest postać sąsiada pary, samozwańczego szamana, który raz w tygodniu przychodzi, aby oczyścić aurę Louise (Ellen Dorrit Petersen). Mimo pewnej ekscentryczności tak zachowań mężczyzny, jak i wybryku nie używania prądu, życie w posiadłości wydaje się być zwyczajne, wręcz swojskie. Do czasu, gdy Louise zdradzi dziewczynie prawdziwy powód dla którego została zaproszona do pomocy w domu. Kobieta po ciężkiej chorobie nie może urodzić dzieci. Przed zabiegiem chirurgicznym zachowała jednak swoje komórki jajowe i prosi teraz młodą Rumunkę, aby została matką zastępczą, która we własnym łonie będzie nosić potomstwo kobiety. Tak rozpoczyna się prawdziwy horror historii.

Reżyser niezwykle umiejętnie stworzył sytuację wyjściową dla swojego obrazu, dzięki czemu nieszczególnie musi namęczyć się, aby wzbudzić w widzu niepokój. Zdjęcia Sturli Brandtha Grøvlena (nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem kamerzysty „Victorii”) i Nadima Carlsena, nagrywane jak przy świetle rzeczywistym, pełne są więc mroku i niedopowiedzenia. Rzeczywistość oświetlana jedynie blaskiem świec wygląda bowiem zupełnie inaczej niż ta rozświetlona światłem elektrycznym. Drugim, jeszcze większym atutem, jest warstwa dźwiękowa dzieła. Muzyka i dźwięki tworzą niezwykłą atmosferę grozy. W chwili, gdy kobieta zachodzi w ciążę, w budynku zaczyna słyszeć specyficzne szumienie, niemal elektryczny dźwięk, rozbrzmiewający wokół bohaterów i nie dający się zagłuszyć. Coś na wzór dźwięków wydawanych przez Dymnego Potwora w serialu „Lost”, a będący w rzeczywistości przepuszczonym przez wiele syntezatorów krzykiem dziecka samego dźwiękowca. Efekt, który wywołuje połączenie dźwięku z wszechogarniającą ciemnością, wyłaniającą się z niemal każdego kadru, daje piorunujące wrażenie, potrafiąc skutecznie wywołać ciarki na plecach widzów.

Obraz jest niezwykle sugestywny właśnie dzięki swojej sile niedopowiedzenia. Brakuje jump-scare’ów, jednak praca kamery oraz muzyka i warstwa dźwiękowa sprawiają wrażenie, że jesteśmy gotowi na to, aby w dowolnym momencie coś złego mogło wyskoczyć na nas z ciemności. Piszę „na nas”, na widzów, gdyż kamera często ogląda świat blisko bohatera, lub jego oczami. Tak jest w większości sekwencji rozgrywanych w ciemnościach. To zaś sprawia, że widz jest wrzucony w sam środek akcji, znajduje się blisko bohaterów, zarówno fizycznie, jak i psychologicznie.

Reżyser udowadnia swoim filmem, że mniej znaczy więcej. Skromnymi środkami był w stanie stworzyć niezwykle sugestywną atmosferę grozy, która tak mocno udziela się widzowi, że przez pierwszych kilka dni po seansie nie spojrzycie na noworodki w ten sam sposób. Seans „Shelley” jest męczącym doświadczeniem, gdyż człowiek od pewnego momentu jest w stałych nerwach. Wydaje mi się jednak, że to największa pochwała dla horroru.

Ocena: 7,5/10

Czytaj także

 0