Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów
Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów / Źródło: Marvel.com
„Kapitan Ameryka: Wojna Bohaterów” Braci Russo to nie tylko kolejny odcinek Marvelowskiego serialu (liczącego obecnie 13 filmów). To także pełnoprawny samodzielny obraz. W tym znaczeniu, że choć potrzebna jest wiedza z poprzednich obrazów Marvela, tym razem nie jest to li tylko zapowiedź nadchodzących atrakcji, ale pelnoprawny obraz, z poczatkiem, rozwinieciem i zakonczeniem.

Wszystko rozpoczyna się w Lagos, gdzie ekipa Kapitana, (czyt. nowa grupa Avengers, która utworzyła się pod koniec „Avengers: Age of Ultron”) walczy z zamaskowanym złoczyńcą. Kiedy pod koniec misji dochodzi do przypadkowej śmierci kilku cywilów, ekipa staje pod ostrzałem oskarżeń ze strony rządu (a nawet wielu rządów), które domagają się pociągnięcia ugrupowania do odpowiedzialności za swoje czyny. „Sprawy zaszły za daleko, nie możecie dłużej działać bez nadzoru”, będą głosić. Pośród członków Avengers da się usłyszeć głosy potwierdzające tę tezę. Przyjdzie więc czas, aby opowiedzieć się po jednej ze stron. Albo pracujesz z nami albo automatycznie stajesz się wrogiem rządzących.

Ton filmu jest poważniejszy, bardziej stonowany niż w pełnych humoru przygodach Avengers. Pasuje bardziej do tego znanego z solowych obrazów „Kapitana Ameryki”, co sprawia, że filmy z tym przedrostkiem świetnie ze sobą współgrają. Zaskakującą rzeczą jest także wyważone, powolniejsze tempo akcji, które daje wybrzmieć wszystkim stronom i wszystkim punktom widzenia. Każdy głos za i przeciw zostaje odpowiednio nakreślony, naświetlony i przeanalizowany. Dzięki temu akcja jest w pełni zrozumiała i wiarygodna. Zwłaszcza, gdy dodamy, że we wszystko wplecione zostają tekże personalne problemy każdej z postaci, które dodają głębi ich decyzjom. Całość poprowadzona jest na tyle żwawo, że struktura opowieści wytrzymuje te spowolnienia. Co więcej - każda z postaci dostaje swoje pięć minut, dlatego doskonale wiemy dlaczego znalazła się właśnie w tym miejscu i czasie. Rozumiemy ich zachowanie.

Nie tylko scenariusz jest klarowny. Równie dobrze poprowadzona jest choreografia scen walki, które posiadają niewielki pierwiastek chaosu. Wykorzystują także wiele ciekawych pomyslow, będąc wariacjami na temat znamych wczesniej sekwencji. Tak jest np. przy okazji Black Widow, ktora chociaz po raz kolejny stosuje swoj charakterystyczny numer z nogami, dostaje tu wiele roznorodnyxh wariantow i konfifuracji jego wykonania.

W naturalny sposób dodano też nowych bohaterów do Uniwersum. Pojawienie się Black Panther (z wcielającym się w niego, niezłym Chadwickiem Bosemanem) jest uzasadnione dramaturgicznie i wynika bezpośrednio z tego, co dzieje się na ekranie. Tak samo zresztą jest z pojawieniem się Spidermana, którego udział zapowiadały już zwiastuny. Gdyby tego nie zrobiono, jego obecność na ekranie byłaby nie lada niespodzianką dla widowni. Z drugiej strony, nawet zapowiedziana, okazała się jednym z najlepszych zagrań, jakie twórcy pokazali w swoim filmie. Jego pojawienie się również jest dramaturgicznie uzasadnione, a co najlepsze, fragmenty obrazu z jego udziałem należą do najciekawszych. Pomijając kwestie licencji, nie widzę wprawdzie problemów z tym, żeby to Andrew Garfield grał tę rolę, z drugiej strony posiadanie tak młodego superbohatera, (który na dodatek wygląda jak nastolatek, w przeciwieństwie do Scarlet Witch Elizabeth Olsen, o której też mówi się „kid”), daje dodatkowy smaczek całej produkcji, dorzucając wiele dowcipów związanych z młodym wiekiem bohatera. Tom Holland pokazał się z najlepszej strony, a jego świetne sceny z Robertem Downeyem Jr przywodzą na myśl rozmyślania Tony’ego z „Iron Mana 3”, gdy zaprzyjaźnił się z młodym chłopakiem.

Obejrzawszy wiele superbohaterskich filmów o początkach, odświeżająco jest zobaczyć tak łatwe wejście na ekran nowych postaci. To samo próbowało zrobić DC w „Batman V Superman”, jednak z marnym skutkiem. Wydawało się to rwane i dorzucone na siłę. Seans „Wojny Bohaterów” unaocznia, że pośpiech nie popłaca. Powinno dać się czas spokojnie rozwinąć historii i często postawić też jej rozwój ponad efekty specjalne. Jest zresztą jeszcze jedna rzecz, która wyróżnia nowego „Kapitana Amerykę” na tle konkurencji. Pokazuje jak powinno prowadzić się na ekranie manipulowany konflikt między przyjaciółmi i jak przekonująco zarysować motywacje bohaterów. W szczególności znacząca jest scena z początku obrazu, która zdaje się pięknie komentować jedną z największych bolączek „Batman V Superman”. Steve Rogers (Kapitan Ameryka) mówi w niej bowiem: "Powiedzial "Bucky", a ja poczulen sie znow jak 16 latek. Stracilem uwage i przez to niewinni ludzie zgineli”. Pięknie wybrzmiewa to w kontekście niezrozumiałego, karykaturalnego wręcz „Martha”, które padło w najnowszym filmie DC, stając się swoistą deus ex machina opowieści. To samo zagranie, dwa zupełnie różne efekty. Skróty myślowe w filmach nieczęsto wypadają dobrze, dlatego DC powinno raczej skorzystać ze stylistyki Marvela i po prostu dać czas spokojnie rozwinąć się historii.

„Captain America: Civil War” to wyjątkowo udane dzieło, wyważone i przemyślane. Do tego zapewniające dobrą rozrywkę, nie tylko we fragmentach ciekawych choreograficznie scen walki. Jak mówiono w wywiadach, promujących produkcję: kłótnie w rodzinie bywają tymi najgorszymi, najbardziej zaciekłymi. To podejście stoi u sukcesu wyważonego konfliktu, zaprezentowanego na ekranie. Dzięki temu film jest psychologicznie wiarygodny i ładnie rozpisany. W pewnym momencie w trakcie walki padnie nawet „nadal jesteśmy przyjaciółmi, prawda?” Tak, Marvel, nadal szalenie Cię lubimy, aż chce się powiedzieć do ekranu.

Ocena: 7,5/10

Czytaj także

 2
  • mirek IP
    tylko dla  amerykanskich prymitywow
    • Gruut IP
      Marvelowy nawilżacz..

      Czytaj także