Dramatyczna historia 69-letniej kobiety. Zmagała się z rakiem, umierała z głodu we własnym mieszkaniu

Dramatyczna historia 69-letniej kobiety. Zmagała się z rakiem, umierała z głodu we własnym mieszkaniu

69-letnia Anna
69-letnia Anna / Źródło: X-news/Uwaga
„Nie mogła chodzić, ani jeść. W dramatycznych warunkach, pozbawiona jakiejkolwiek opieki, umierała na podłodze we własnym mieszkaniu. Błagamy, pomóżcie” – tak brzmiał początek listu, który trafił do redakcji „Uwagi” TVN.

69-letnia pani Anna mieszkała na trzecim piętrze, w starej łódzkiej kamienicy. Ekipa „Uwagi” pojawiła się u niej na prośbę bliskich, którzy chcieli pomóc krewnej, ale czuli się już bezradni w swoich działaniach. Na miejscu okazało się, że kobieta żyje w dramatycznych warunkach. Pani Anna na podłodze miała zaaranżowane prowizoryczne posłanie. Okrywała się brudną kołdrą i kurtką. W całym mieszkaniu panował ogromny bałagan, przeraźliwy zapach czuć było już na korytarzu. – Jestem w burdelu. Wiem, bo miałam kiedyś czyściutko. Teraz nie mogę się przyzwyczaić – mówiła reporterowi.

Pani Anna zmagała się z rakiem. Jej sytuacja gwałtownie się pogorszyła po tym, jak przestała chodzić. Okazało się, że nie może samodzielnie pójść nawet do toalety. – Dolna szczęka mi pęka i z tej dziury mam strup od szczęki. Krtań mam tak spuchniętą, że nie mogę połknąć – cedziła z trudem. Z powodu choroby szczęka kobiety była dziurawa. Zjedzenie stałych pokarmów stało się niemożliwe. – Najgorsze jest to, że ona nie je. Żeby jadła, to miałaby siłę trochę chodzić – dodał Stanisław, brat pani Anny.

Rodzina nie była w stanie pomóc kobiecie

W trakcie wizyty w mieszkaniu pani Anny okazało się, że ostatni raz pracownik opieki społecznej był u niej trzy tygodnie temu. Aby wyjaśnić tak długą nieobecność, udaliśmy się ośrodka pomocy społecznej. Dziennikarze chcieli porozmawiać z opiekunką pani Anny. Ta najpierw poprosiła by na nią poczekać. Jednak wbrew zapowiedzi nie dokończyła rozmowy. Zza chronionych szyfrowym zamkiem drzwi wyszła po kilkudziesięciu minutach w towarzystwie swojej szefowej – kierowniczki ośrodka. – Sprawa została załatwiona. Złożone są dokumenty i oczekujemy na miejsce [w Domu Pomocy Społecznej – red]. Tak wyglądają procedury. Ta pani w przeciwieństwie do innych osób ma rodzinę, która ją wspiera – stwierdziła kierowniczka ośrodka.

Rodzina przekonuje, że sama nie była w stanie pomóc pani Annie. Nie ma m.in. warunków lokalowych. – Mamy siedmioro zameldowanych. Jest tu jeden pokój – wskazuje Ilona, bratanica pani Anny. Dlatego Nowak starała się, żeby panią Annę skierowano do domu opieki. – Pani z MOPS poprosiła mnie, żeby lekarz dał taką kartkę, że w trybie pilnym musi tam trafić. Papiery zostały złożone i miałam czekać na odpowiedź z domu opieki społecznej. Czyli na telefon, kiedy coś zacznie się dziać – opowiada bratanica pani Anny.

„Domniemam, że pracownik nie weryfikował tej informacji”

Stan zdrowia kobiety się pogarszał, a na reakcję urzędników trzeba było czekać. Dlaczego ostatnio pracownik MOPS, tak rzadko odwiedzał panią Annę? – Od 12 stycznia mieliśmy informację, że jest w szpitalu – broni się Monika Pawlak, rzecznik Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Łodzi. Jednak nikt tej informacji nie sprawdził. – Domniemam, że pracownik nie weryfikował tej informacji, bo znając stan zdrowia pacjentki nie miał powodu jej nie wierzyć. Wcześniej pacjentka opowiadała, że może położyć się do szpitala – twierdzi Pawlak.

Po interwencji pani Anna trafiła do szpitala. Po podaniu substancji odżywczych i umyciu lekarze z oddziału chirurgii twarzowej przeprowadzili operację, która umożliwiła normalne jedzenie. To wszystko okazało się już niewystarczające. Pani Anna zmarła w Domu Opieki Społecznej.​

Czytaj także

 5
  • A ta bratanica to jakaś niedojda,że nie potrafiła umyć, nakarmić chorej kobiety, powiadomić przychodni rejonowej czy pielęgniarki środowiskowej?LIst napisać umiała ale pomóc rodzinie to już mają inni.
    •  
      Rozumiem, że sytuacja zdrowotna tej pani była dramatyczna. Natomiast trudno zrozumieć problem "bliskich", którzy "chcieli pomóc, ale byli bezradni". Kobieta leżała na ziemi w brudzie i zaniedbaniu. Jak to się ma do "problemów lokalowych" czy nawet materialnych? Upranie pościeli, zmiana bielizny, sprzątnięcie pomieszczenia, nie wymaga żadnych nakładów finansowych, jedynie ludzkiego odruchu, wody z mydłem i odrobiny czasu. Trudno też zrozumieć, dlaczego nie załatwiano pomocy hospicjum - choćby domowego. Ale o czym tu mówić, jeśli nikt nie pofatygował się nawet, żeby załatwić skierowanie do szpitala. Jeśli rodzina nie potrafiła wykonać nawet takich prostych rzeczy, to faktycznie tej rodziny nie było, i chorej należało w tempie ekspresowym załatwić ten dom opieki. Jakaś ogólna niemożność :(
      • Treść została usunięta
        • Smutne to ... Państwo i KK bardzo dba o nie narodzonych ale o żyjących (ledwie) ,którzy nie mają siły nawet o pomoc się zwrócić już mniej...