Zamiast hal, dźwigów i pochylni, powstać ma „wyjątkowa przestrzeń do życia”, z której widok rozpościera się na malowniczą panoramę Płocka. Robotników zastąpić mają nowi mieszkańcy miasta, którzy popołudnia będą mogli spędzać na pokładach łódek cumowanych w marinie, wieczory na tarasach, wsłuchując się w szum rzeki. Wizja inwestora sięga jeszcze dalej. Zakłada, że powstanie „małe miasto w mieście”, nowe sklepy, przedszkole, może żłobek, restauracje na pływającej barce i basen.
To wyczytać można na stronie z kolorowymi wizualizacjami.
Kamień węgielny deweloper wmurował ramię w ramię z władzami miasta, powiatu i województwa. Wszyscy samorządowcy to działacze PSL, którzy z marszałkiem Adamem Struzikiem na czele przekonywali, jak „bardzo ważną chwilą w historii miasta” jest budowa osiedla, że taka inwestycja to sposób na topniejącą liczbę mieszkańców. Starosta gratulował deweloperowi, zachwalał jego „wspaniały pomysł”. Inwestor zaś dziękował za „miłe przyjęcie” i zapowiadał, że zamiast „ścierniska”, będzie w Płocku „San Francisco”.
Gdy jednak plan wyszedł na jaw, w mieście zawrzało.
Od potęgi do upadku
Przez dekady płocka stocznia była największą stocznią rzeczną w Polsce i jedną z większych w Europie. Jej historia sięga jeszcze międzywojnia, jednak złoty okres to czasy PRL-u. Po wojnie powstawały tam nie tylko statki, ale też materiały, z których budowano największe inwestycje w kraju. Produkowano słupy do linii wysokiego napięcia dla Nowej Huty czy rurociągi dla elektrociepłowni Żerań, w latach siedemdziesiątych w Płocku zbudowano największą w dziejach polskich stoczni barkę rzeczną, która trafiła do Francji.
W kolejnej dekadzie stocznia zatrudniała już ponad tysiąc osób, a jednostki wysyłała do Danii, Holandii czy Belgii, ale też Birmy, Indonezji czy Wietnamu.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
