O tym, że zawód nauczyciela nie jest zbyt atrakcyjny i nie przyciąga młodych ludzi, mówiło się od lat. W końcu nadszedł ten nieuchronny moment, gdy braki kadrowe stają się realnym kłopotem dla dyrektorów. „Dziennik Gazeta Prawna” zwraca uwagę na coraz częściej stosowaną w takich sytuacjach metodę, która miała stanowić wyjątek, a zamienia się w regułę.
Braki kadrowe w szkołach. Dyrektorzy pod ścianą
W połowie lipca w całym kraju poszukiwanych do pracy było ponad 20 tys. nauczycieli. Połowa z tych ofert pojawiła się od początku miesiąca. Najgorzej jest w dużych i szybko rozwijających się województwach: mazowieckim, małopolskim, dolnośląskim i śląskim. Mniejsze ośrodki nie mają jednak wcale łatwiej ze skompletowaniem kadry.
Dyrektorzy masowo korzystają więc z opcji, która przewidziana została jako wyjątek na trudne momenty. Występują do kuratorów oświaty z tysiącami wniosków o zatrudnienie nauczycieli bez kwalifikacji. Samo Podkarpacie przez ostatnich 5 lat odnotowało aż 9,7 tys. takich przypadków, z czego 9,2 tys. rozpatrzono pozytywnie. „DGP” pisze, że w całym kraju takich wniosków było blisko 50 tys., a kuratorzy zgadzali się w prawie 40 tys. przypadków.
Rozmówcy gazety podkreślali, że nie widać pomysłu na inne rozwiązanie sytuacji. W mało której branży tak bardzo brakuje pracowników. Dyrektorzy muszą stawać na głowie, by utrzymać ciągłość systemu. Rekrutacja prowadzona jest do ostatniej chwili, często nawet już po rozpoczęciu roku szkolnego.
Których nauczycieli brakuje najbardziej?
Brakuje przede wszystkim nauczycieli wspomagających, pedagogów, nauczycieli wychowania przedszkolnego i psychologów. W całym kraju potrzeba też ponad tysiąca nauczycieli j. polskiego, tysiąca z matematyki i j. angielskiego. Kiepsko jest również w przypadku przedmiotów ścisłych, czyli fizyki, informatyki oraz chemii.
Zatrudnianie osób bez kwalifikacji to tylko jeden ze sposobów na ratowanie sytuacji w szkołach. Dyrektorzy proszą o pomoc emerytowanych nauczycieli, przydzielają dodatkowe godziny obecnym, organizują zastępstwa doraźne i kombinują z planem lekcji, by uczniowie nie byli pozostawieni sami sobie. W praktyce dochodzi do sytuacji, gdy dzieci przez pewien czas po prostu nie mają zajęć z danego przedmiotu. Zamiast tego uczestniczą w innych lekcjach, albo mają zajęcia opiekuńcze.
Czytaj też:
Burza po decyzji MEN. Lubnauer tłumaczy stanowisko resortu Czytaj też:
Zakaz smartfonów coraz bliżej. Dyrektor mówi o pierwszych efektach
