Tomasz S.: to pensjonat, a nie dom seniora

Tomasz S.: to pensjonat, a nie dom seniora

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Były pracownik łódzkiego pogotowia Tomasz S., zamieszany przed laty w tzw. aferę łowców skór, zaprzecza, że chce prowadzić dom seniora. To pensjonat, a nie dom seniora, a ocenę moralną pozostawmy ludziom - powiedział.

S. jest właścicielem XIX. pałacyku w miejscowości Miksztal w Łódzkiem. Chciałby - jak mówi - aby pałacyk stał się miejscem, w którym zamieszkałyby i  znalazły opiekę różne osoby, przede wszystkim starsze.

O sprawie napisała w czwartek "Gazeta Wyborcza" powołując się na lokalny tygodnik "Po prostu". Według gazety, S. reklamuje w internecie pałacyk, jako miejsce, w którym "przebywający będą mogli czuć się dobrze i bezpiecznie". Proponuje dla nich pokoje jednoosobowe lub dwuosobowe. Jak twierdzi gazeta, S. w  rozmowie z nią najpierw mówił, że w Miksztalu będzie "dom opieki", później zaprzeczył temu twierdząc, że to pensjonat.

W czwartek S. ponownie zaprzeczył, że w pałacyku miałby funkcjonować dom seniora. "Nie mogę prowadzić domu seniora bez odpowiednich, specjalnych zezwoleń. Jestem świadom, że należałoby spełnić określone warunki. Chcę prowadzić pensjonat, bo w nim może mieszkać każdy" - mówił. Nie wykluczył jednak, że być może w "dalszej perspektywie", jeśli będzie taka potrzeba, pomyśli o domu seniora.

Przyznał, że wiele osób pyta się o możliwość zamieszkania w pensjonacie, który nazwał Dworkiem; ponieważ placówka jeszcze nie funkcjonuje, ma z nimi stały kontakt telefoniczny lub e-mailowy.

Wicedyrektor wydziału polityki społecznej Urzędu Wojewódzkiego w Łodzi Ryszard Szubański powiedział, że do tej pory żaden wniosek o prowadzenie w  Miksztalu placówki opieki całodobowej nie wpłynął. Urząd otrzymał natomiast pisemne zapewnienie, że "póki nie zostaną wydane odpowiednie zezwolenia, to w  pensjonacie nie zamieszka żadna osoba".

S. w swoim postępowaniu nie widzi nic niemoralnego. Zwrócił uwagę, że jako osoba "bez wyroku" ma prawo prowadzić prywatną działalność. "Ocenę moralną mojego postępowania pozostawmy ludziom. Ocenę prawną - prokuraturze i sądowi" -  powiedział.

W styczniu 2002 r. "Gazeta Wyborcza" i Radio Łódź ujawniły, że w łódzkim pogotowiu handlowano informacjami o zgonach, a być może celowo zabijano pacjentów. Media podały, że istnieją poszlaki, iż niektórym chorym podawano lek zwiotczający mięśnie, co w określonych przypadkach powodowało ich śmierć.

Miesiąc później Tomasz S. został zatrzymany przez policję. Prokuratura zarzuciła mu przyjęcie co najmniej 60 tys. zł w zamian za informacje o zgonach pacjentów, nakłanianie rodzin zmarłych do korzystania z usług konkretnych firm pogrzebowych i naruszenie tajemnicy zawodowej. Trafił do aresztu, ale po  miesiącu został zwolniony. Sąd uznał wtedy, że "zebrany materiał dowodowy na  obecnym etapie postępowania nie uzasadnia przesłanki, że Tomasz S. popełnił zarzucane mu czyny".

W czerwcu ub. roku zapadł pierwszy prawomocny wyrok w aferze w łódzkim pogotowiu. Sąd Apelacyjny skazał dwóch b. sanitariuszy łódzkiego pogotowia skarżonych o zabójstwa w sumie pięciu pacjentów - Andrzeja N. - na dożywocie oraz Karola B. - na 25 lat więzienia. Dwóch b. lekarzy pogotowia - Janusza K. i  Pawła W. - oskarżonych o narażenie życia 14 pacjentów, którzy zmarli, zostało skazanych na 6 i 5 lat więzienia.

Wszyscy zostali uznani także za winnych wyłudzenia pieniędzy na szkodę rodzin zmarłych i przyjęcia od 10 do 30 tys. złotych od firm pogrzebowych za informacje o zgonach pacjentów. Wobec całej czwórki sąd orzekł także 10-letni zakaz wykonywania zawodu.

Łódzka prokuratura okręgowa nadal prowadzi śledztwo w sprawie afery w  pogotowiu i zapowiada kolejne akty oskarżenia. Śledztwo obejmuje lata 1998-2002; badanych jest ponad 2 tysiące przypadków zgonów pacjentów. Pracuje nad nim trzech prokuratorów i zespół policjantów CBŚ. W sumie podejrzanych jest ponad 40 osób, m.in. lekarze, właściciele lub pracownicy zakładów pogrzebowych oraz byli pracownicy pogotowia, w tym sanitariusze i dyspozytorzy.

ND, PAP

+
 2

Czytaj także