W swoim dorocznym raporcie o państwach - kandydatach UE krytykuje stan przygotowań polskiego rolnictwa i administracji do członkostwa w Unii.
Raport ma zostać opublikowany w najbliższy wtorek.
Wnioski dorocznego raportu Komisji Europejskiej o postępach krajów kandydujących w drodze do UE mogą utrudnić Polsce szybkie uzyskanie pełnych dopłat unijnych dla rolnictwa.
Z rozmów z unijnymi urzędnikami wynika, że rolnictwo uważają oni za prawdziwą piętę Achillesową Polski i problem, którego nie rozwiąże się jeszcze przez co najmniej 10 lat. Jaśniej wyraził to francuski ekspert Alain Pouliquen w opublikowanym niedawno przez komisję "niezależnym" opracowaniu. Zaleca on przynajmniej 10-letni okres przejściowy w obejmowaniu polskiego rolnictwa wspólną polityką rolną Unii.
Polska pod tym względem wypada gorzej niż inni czołowi kandydaci, którzy mają ten sektor mniej rozdrobniony i wydajniejszy, a skala ich problemów (jeśli nawet je mają) jest mniejsza. Nie stanowią one też takiego "zagrożenia" dla spójności rynku Unii i wydolności jej budżetu.
Surowa ocena stanu polskiego rolnictwa oznacza, według unijnych ekspertów, że rząd będzie musiał stoczyć ciężką walkę o szybkie i pełne objęcie Polski wspólną polityką rolną Unii i jej dotacjami. Unia może nam zaproponować okres przejściowy i w zamian większe fundusze strukturalne, których wydobycie z unijnej kasy jest znacznie trudniejsze i wymaga wkładu własnego.
W raporcie komisja ma ponownie wezwać Polskę, żeby opracowała jasną, spójną i mającą oparcie w budżecie strategię dla sektora rolnego.
Inne negatywne czynniki, które znajdą się w raporcie to spowolnienie wzrostu gospodarczego i pogłębiający się deficyt budżetowy oraz nadal nie uporządkowana sytuacja w zakresie pomocy publicznej dla przedsiębiorstw, zwłaszcza w za wolno restrukturyzowanym hutnictwie i w specjalnych strefach ekonomicznych.
Podobnie jak inni kandydaci, Polska zostanie też skrytykowana za słabe "zdolności administracyjne", czyli instytucje niezbędne do skutecznego wdrażania i egzekwowania prawa.
Część z nich nie została jeszcze powołana do życia, a te które już istnieją, są niewydolne, urzędnicy nisko opłacani i niekiedy skorumpowani. Dotyczy to zarówno administracji publicznej, jak i sądów.
Według brukselskich ekspertów, raport jest przestrogą, by cięć kadrowych i finansowych w administracji, do których przymierzają się niektóre rządy, nie robiły kosztem instytucji niezbędnych do spełnienia kryteriów członkostwa UE.
Z tym samym problemem zmagają się wszyscy kandydaci i Polska nie odbiega znacząco od czołówki, chociaż w niektórych dziedzinach ma proporcjonalnie mniej administracji niż wynikałoby to z wielkości kraju. Wiąże się to z niższym poziomem bogactwa kraju w przeliczeniu na jednego mieszkańca (od Cypru, Malty, Słowenii, Czech, Słowacji i Węgier), ale i z większymi zaniedbaniami.
Komisja przyznała przy tym, że w dostosowaniu przepisów prawa Polska poczyniła w minionym roku ogromne postępy.
Ze skutkami ogólnie wolniejszego wzrostu gospodarczego zmaga się większość kandydatów, choć w Polsce wpływa na to, oprócz zastoju w UE i dopiero przezwyciężanego kryzysu w dawnym ZSRR, przede wszystkim spadek popytu wewnętrznego. Dynamiczna gospodarka była do tej pory głównym atutem Polski, który rekompensował inne słabości. Ekonomiści komisji widzą jednak w przyszłym roku perspektywę powszechnego ożywienia gospodarczego w Europie.
Mimo tych słabości, Polska została pozytywnie oceniona w raporcie, a wytknięte niedociągnięcia nie dyskwalifikują jej jako jednego z 10 kandydatów zdolnych zakończyć negocjacje do końca 2002 roku, w terminie wyznaczonym czołowym kandydatom przez czerwcowy szczyt w Goeteborgu.
Komisarz ds. rozszerzenia Guenter Verheugen jest nawet przekonany, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, za rok Unia musi zgodzić się na przyjęcie w 2004 roku 10 krajów, w tym Polski, ale ani on, ani pozostali komisarze i rządy unijne nie życzą sobie przesądzania tej sprawy w tegorocznym raporcie.
Na taką gotowość w dokumencie zbiorczym wskazywać mają dwa ostrożnie sformułowane zdania.
W pierwszym Komisja przypomni, że 10 krajów (poza Bułgarią, Rumunią i jeszcze w ogóle nie negocjującą warunków członkostwa Turcją) wyznaczyło sobie za cel zmieszczenie się w ramach czasowych nakreślonych w Goeteborgu (zakończenie negocjacji do końca 2002 i przystąpienie w 2004).
W drugim przyzna, że obecne plany budżetowe Unii do końca 2006 roku pozwalają przyjąć w 2004 roku "do 10 krajów". Nie przesądza jednak, czy i w jakim stopniu uda się im wywalczyć dopłaty bezpośrednie dla rolników. Nieoficjalnie komisja szacuje, że w pierwszych latach 2004-2006 mogą oni dostać średnio 25 proc. przysługujących im dopłat.
em, pap
Wnioski dorocznego raportu Komisji Europejskiej o postępach krajów kandydujących w drodze do UE mogą utrudnić Polsce szybkie uzyskanie pełnych dopłat unijnych dla rolnictwa.
Z rozmów z unijnymi urzędnikami wynika, że rolnictwo uważają oni za prawdziwą piętę Achillesową Polski i problem, którego nie rozwiąże się jeszcze przez co najmniej 10 lat. Jaśniej wyraził to francuski ekspert Alain Pouliquen w opublikowanym niedawno przez komisję "niezależnym" opracowaniu. Zaleca on przynajmniej 10-letni okres przejściowy w obejmowaniu polskiego rolnictwa wspólną polityką rolną Unii.
Polska pod tym względem wypada gorzej niż inni czołowi kandydaci, którzy mają ten sektor mniej rozdrobniony i wydajniejszy, a skala ich problemów (jeśli nawet je mają) jest mniejsza. Nie stanowią one też takiego "zagrożenia" dla spójności rynku Unii i wydolności jej budżetu.
Surowa ocena stanu polskiego rolnictwa oznacza, według unijnych ekspertów, że rząd będzie musiał stoczyć ciężką walkę o szybkie i pełne objęcie Polski wspólną polityką rolną Unii i jej dotacjami. Unia może nam zaproponować okres przejściowy i w zamian większe fundusze strukturalne, których wydobycie z unijnej kasy jest znacznie trudniejsze i wymaga wkładu własnego.
W raporcie komisja ma ponownie wezwać Polskę, żeby opracowała jasną, spójną i mającą oparcie w budżecie strategię dla sektora rolnego.
Inne negatywne czynniki, które znajdą się w raporcie to spowolnienie wzrostu gospodarczego i pogłębiający się deficyt budżetowy oraz nadal nie uporządkowana sytuacja w zakresie pomocy publicznej dla przedsiębiorstw, zwłaszcza w za wolno restrukturyzowanym hutnictwie i w specjalnych strefach ekonomicznych.
Podobnie jak inni kandydaci, Polska zostanie też skrytykowana za słabe "zdolności administracyjne", czyli instytucje niezbędne do skutecznego wdrażania i egzekwowania prawa.
Część z nich nie została jeszcze powołana do życia, a te które już istnieją, są niewydolne, urzędnicy nisko opłacani i niekiedy skorumpowani. Dotyczy to zarówno administracji publicznej, jak i sądów.
Według brukselskich ekspertów, raport jest przestrogą, by cięć kadrowych i finansowych w administracji, do których przymierzają się niektóre rządy, nie robiły kosztem instytucji niezbędnych do spełnienia kryteriów członkostwa UE.
Z tym samym problemem zmagają się wszyscy kandydaci i Polska nie odbiega znacząco od czołówki, chociaż w niektórych dziedzinach ma proporcjonalnie mniej administracji niż wynikałoby to z wielkości kraju. Wiąże się to z niższym poziomem bogactwa kraju w przeliczeniu na jednego mieszkańca (od Cypru, Malty, Słowenii, Czech, Słowacji i Węgier), ale i z większymi zaniedbaniami.
Komisja przyznała przy tym, że w dostosowaniu przepisów prawa Polska poczyniła w minionym roku ogromne postępy.
Ze skutkami ogólnie wolniejszego wzrostu gospodarczego zmaga się większość kandydatów, choć w Polsce wpływa na to, oprócz zastoju w UE i dopiero przezwyciężanego kryzysu w dawnym ZSRR, przede wszystkim spadek popytu wewnętrznego. Dynamiczna gospodarka była do tej pory głównym atutem Polski, który rekompensował inne słabości. Ekonomiści komisji widzą jednak w przyszłym roku perspektywę powszechnego ożywienia gospodarczego w Europie.
Mimo tych słabości, Polska została pozytywnie oceniona w raporcie, a wytknięte niedociągnięcia nie dyskwalifikują jej jako jednego z 10 kandydatów zdolnych zakończyć negocjacje do końca 2002 roku, w terminie wyznaczonym czołowym kandydatom przez czerwcowy szczyt w Goeteborgu.
Komisarz ds. rozszerzenia Guenter Verheugen jest nawet przekonany, że jeśli wszystko dobrze pójdzie, za rok Unia musi zgodzić się na przyjęcie w 2004 roku 10 krajów, w tym Polski, ale ani on, ani pozostali komisarze i rządy unijne nie życzą sobie przesądzania tej sprawy w tegorocznym raporcie.
Na taką gotowość w dokumencie zbiorczym wskazywać mają dwa ostrożnie sformułowane zdania.
W pierwszym Komisja przypomni, że 10 krajów (poza Bułgarią, Rumunią i jeszcze w ogóle nie negocjującą warunków członkostwa Turcją) wyznaczyło sobie za cel zmieszczenie się w ramach czasowych nakreślonych w Goeteborgu (zakończenie negocjacji do końca 2002 i przystąpienie w 2004).
W drugim przyzna, że obecne plany budżetowe Unii do końca 2006 roku pozwalają przyjąć w 2004 roku "do 10 krajów". Nie przesądza jednak, czy i w jakim stopniu uda się im wywalczyć dopłaty bezpośrednie dla rolników. Nieoficjalnie komisja szacuje, że w pierwszych latach 2004-2006 mogą oni dostać średnio 25 proc. przysługujących im dopłat.
em, pap