Z awanturą o SAFE (Security Action for Europe) byłoby łatwiej, gdyby problem postawić jasno: musimy wesprzeć finansowo chwiejące się gospodarki Niemiec czy Francji, bo jak tego nie zrobimy, władzę przejmą tam prorosyjscy nacjonaliści i Europa znów da Moskwie wolną rękę na wschód od Odry.
Oczywiście jest niebezpieczeństwo, że oni i tak przejmą władzę. SAFE stanie się wtedy w ich rękach świetnym narzędziem do manipulowania zdolnościami obronnymi państw wschodniej flanki NATO. Tym bardziej sensowne byłoby skrupulatne zabezpieczenie naszych interesów w związku z SAFE, bez rezygnowania z projektu dającego szansę na niemałe przecież pieniądze na dozbrojenie polskiej armii.
Zamiast tego jednak pogrążamy się w jałowej wojnie postu z karnawałem: jedni w imię walki z PO próbują wylać dziecko z kąpielą, drudzy gotowi są przymknąć oczy na łatwe do skorygowania wady projektu, byle tylko doprowadzić PiS do białej gorączki.
Plan zbożny, ale podejrzany
Usprawiedliwieniem dla naszych rodzimych harcowników może być fakt, że każdy w Europie próbuje zrobić z SAFE własny, nie związany bezpośrednio ze sprawami obronności użytek. Nie od dziś bowiem wiemy, że problemem UE nie jest brak pieniędzy na zbrojenia, tylko brak woli politycznej, żeby na poważnie postawić się Rosji. SAFE jest tego kolejnym dowodem, przesuwając debatę z politycznej woli na tematy finansowe.
Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App Store i Google Play.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.
