Taśmociąg Platformy

Taśmociąg Platformy

Czego boją się politycy PO? Kiedy o aferze podsłuchowej dowiedział się Tusk? Kto podszywa się pod Latkowskiego? Czy dziennikarze „Wprost” nagrali w redakcji funkcjonariuszy ABW? Przedstawiamy najnowsze ustalenia „Wprost” w sprawie afery taśmowej.

Spotykamy się z Markiem Falentą. To biznesmen, którego prokuratura podejrzewa o zorganizowanie procederu nielegalnego nagrywania polityków i biznesmenów w warszawskich restauracjach Sowa i Przyjaciele oraz Amber Room. Falenta do tego się nie przyznaje i czuje się niewinny. Spotkanie ma dość zabawny charakter. Rozmowa odbywa się w restauracji w centrum Warszawy. Kilka stolików dalej spożywa posiłek jeden z bohaterów taśm, wiceminister finansów Jacek Kapica. To o nim Andrzej Parafianowicz mówił Sławomirowi Nowakowi, że z każdej podejrzanej sytuacji sporządza notatki dla przełożonych. „Możesz być jego najlepszym kumplem, ale teczuszka z notatkami zawsze się przyda. To jest taki typ” – mówił o Kapicy Parafianowicz. Pięć minut po rozpoczęciu naszej rozmowy z Falentą pojawia się inny gość, z neseserem, który siada przy stoliku tuż obok i przygląda się nam dokładnie. Obserwacja jest tak nachalna, że postanawiamy przenieść się do innego miejsca w tej samej restauracji. Sama rozmowa z Falentą zaczyna się też zaskakująco. Biznesmen mówi, że 11 lipca dostał e-mail od naczelnego „Wprost” Sylwestra Latkowskiego. Wiadomość dość zaskakująca, ponieważ Latkowski nigdy e-maila do Falenty nie wysyłał!

– Ale ja jestem pewny! Mam tego e-maila w telefonie. Proszę bardzo – mówi i pokazuje swój telefon. Istotnie, w skrzynce Falenty była wiadomość następującej treści od „Sylwestra Latkowskiego” (pisownia oryginalna).

Tytuł: „[WPROST] Kopia taśmy zanim ją opublikujemy”. I dalej: „Witam Panie Marku. Mamy pewną propozycję współpracy, jednak zanim omówię detale chciałbym, żeby zapoznał się Pan jeszcze z tym publicznie nie dostępnym nagraniem”. Dalej jest link, pod którym ma być nagranie. Falenta tłumaczył nam: – Nie mogłem otworzyć linku, który był w tej wiadomości. Nie wiem, co się pod nim kryje. Co ciekawe, ten mój nieoficjalny adres e-mailowy zna naprawdę niewielki krąg osób, w tym funkcjonariusz CBA. Głupi żart? A może służbom, które tropią aferę przeciekową, chodziło o sprowokowanie Falenty do kontaktów z naczelnym tygodnika? W piątek prawnicy „Wprost” złożyli w warszawskiej prokuraturze zawiadomienie w sprawie podszywania się pod naczelnego tygodnika.

CZEGO BOJĄ SIĘ POLITYCY PO?

Knajpa na Mokotowie. Spotkanie z PR- -owcem rządu i PO. Mówi, że w szeregach partii władzy znów rośnie zaniepokojenie związane ze sprawą taśm. O co chodzi? Opowiada PR-owiec: – Ta Sowa, ale też Amber Room były bardzo popularne wśród polityków PO i członków rządu. Jeden z szefów regionu PO zrobił sobie w Sowie prawdziwą stołówkę. Urządził nam np. nieformalną naradę kierownictwa regionalnej PO. Cała polityczna kuchnia. Wycinanie przeciwników, załatwianie posad w spółkach Skarbu Państwa dla stronników. Facet od dwóch miesięcy chodzi, jakby dostał obuchem w głowę. Ten sam rozmówca opowiada, że największe pretensje wśród polityków PO są do Sławomira Nowaka i wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej. Powód? To oni byli najsilniej zakolegowani z kelnerem Łukaszem N., który włączał dyktafon w VIP-roomie restauracji Sowa i Przyjaciele.

– Chłopak miał bardzo dobre relacje z wieloma politykami i przez platformersów uważany był za swojego człowieka. Doskonale znał kilku BOR-owców, którzy towarzyszyli politykom PO – odpowiada biznesmen i częsty bywalec restauracji. W ostatnich tygodniach przeprowadziliśmy kilkadziesiąt rozmów z osobami, które mają wiedzę na temat afery. Najczęściej słyszeliśmy informację, że w obu restauracjach zarejestrowanych zostało co najmniej kilkanaście spotkań, poza tymi, które opisywał już „Wprost”. Ich uczestnikami byli ministrowie, biznesmeni, lobbyści, parlamentarzyści. Na nagraniach mają być wątki obyczajowe, korupcyjne, pokazujące kulisy funkcjonowania polskiej polityki. – Gdyby dziesięć procent tego, o czym się opowiada, było na taśmach, i gdyby te taśmy wyszły, to mamy koniec rządu, ale też koniec Platformy – opowiada PR-owiec tej partii i jeden z gaszących taśmowy pożar, który dotknął partię władzy. Tymczasem z naszych informacji wynika, że prokuratura nie ma taśm poza tymi, które przekazała jej nasza redakcja.

DLACZEGO WYCIEKŁA INFORMACJA O TAŚMACH?

Pierwszy tekst we „Wprost” o taśmach ukazał się 16 czerwca. Opisaliśmy w nim dwie rozmowy – ministra Bartłomieja Sienkiewicza z prezesem NBP Markiem Belką oraz dyskusję byłego ministra Sławomira Nowaka z Andrzejem Parafianowiczem. Ze sprawą taśm do redakcji „Wprost” przyszedł Piotr Nisztor, który współ pracował również z redakcją „Pulsu Biznesu”. Biznesowy dziennik uznał jednak, że nie jest zainteresowany tematem, i odesłał Nisztora. Tyle że najwyraźniej dziennikarze tego tytułu nie zostawili tej informacji dla siebie. Skąd ten wniosek? Otóż na kilka dni przed publikacją „Wprost” o taśmach wiedział jeden z biznesmenów powiązanych z Platformą. Zainteresowało nas, skąd miał taką wiedzę. Spotkaliśmy się z nim, by o tym porozmawiać. – Dowiedziałem się o tym od wysokiej rangi menedżera Orlenu na kilka dni przed waszą publikacją – odparł rozmówca. – Od menedżera Orlenu? – byliśmy naprawdę zdziwieni. – Tak. Proszę – biznesmen pokazał nam SMS-ową korespondencję z menedżerem paliwowej spółki datowaną na drugi tydzień czerwca. Wynikało z niej jasno, że ów menedżer wiedział o sprawie od dziennikarzy „Pulsu Biznesu”, którzy odesłali Nisztora z kwitkiem.

Z naszych informacji wynika, że już na kilka dni przed publikacją zaniepokojeni klienci Sowy zaczęli wydzwaniać do kelnera Łukasza N. i innych biesiadników lokalu. Dzwonili m.in. prezes PKN Orlen Jacek Krawiec, związany z PO biznesmen i wiceminister w MSP Rafał Baniak, który był częstym gościem restauracji. – Łukasz był przerażony. Każdemu mówił co innego. Jego opowieści nie trzymały się kupy – odpowiada nasz informator.

KIEDY O SPRAWIE DOWIEDZIAŁ SIĘ TUSK?

Premier Tusk o sprawie taśm wiedział przed publikacją. Przypomnijmy raz jeszcze. Pierwszy tekst ukazał się 16 czerwca w poniedziałek. Na kilka dni przed publikacją, konkretnie w czwartek 12 czerwca, Tusk powiedział Januszowi Piechocińskiemu, że wkrótce wyjdą na światło dzienne nagrania obciążające polityków. Skąd wiadomo, że Tusk przekazał tę informację wicepremierowi i liderowi PSL? Otóż niedługo po ujawnieniu sprawy, jeszcze w czerwcu, Piechociński pochwalił się tym biznesmenowi blisko związanemu z PSL.

CZY GOŚCIE PODEJRZEWALI, ŻE SĄ PODSŁUCHIWANI?

Niektórzy na pewno tak. Opowiada biznesmen związany z PO, który był częstym gościem Sowy: – Bywałem w tych VIP-roomach bardzo często. Czy miałem podejrzenia? Tak. Raz przytrafiła mi się następująca sytuacja, podczas imprezy ze znajomymi. Komplementowałem dziewczynę, która była z nami. Ale tak niewinnie, w stylu „ale ty dzisiaj świetnie wyglądasz”, „znakomicie ci w tej sukience”. Łukasz, który nas obsługiwał, nie był świadkiem tych komplementów. Jestem tego w stu procentach pewien. Jednocześnie zauważyłem na tej imprezie, że ta dziewczyna podoba się Łukaszowi. Następnego dnia byłem w Sowie na lunchu. I zagadnąłem Łukasza: „Widziałem, panie Łukaszu, że ta dziewczyna przypadła panu do gustu”. On odparł, puszczając oko: „Zdaje się, że nie tylko mnie”. Pomyślałem wtedy, że chłopak podsłuchiwał pod drzwiami. Gdy wylała się sprawa taśm, to zrozumiałem, skąd to wiedział. Po prostu odsłuchał sobie nagranie z przyjęcia. Jak on to nagrywał? Mam na ten temat swoje zdanie. On za każdym razem wpinał urządzenie do wieży muzycznej, która tam stała. Mówił, że to jest pendrive. Zapamiętałem kolor – niebieski. On miał być źródłem muzyki, która umilała spotkania gościom. Rozumiem, że ten sprzęt miał jednak troszkę inne zastosowanie.

DLACZEGO PRZESŁUCHANIA W ABW SĄ TAK MARNE?

Spotkaliśmy się w zeszłym tygodniu z byłym politykiem. Zna Łukasza N., był częstym gościem Sowy, ma wiedzę o Marku Falencie, którego prokuratura podejrzewa o kierowanie nagraniowych procederem. Były polityk opowiada nam o przesłuchaniu w ABW: – Było dziwaczne. Zaskoczyła mnie jego płytkość. Funkcjonariusze nie pytali o szczegóły, detale, o konteksty różnych sytuacji. Trzy kwadranse po rozpoczęciu rozmowy byłem już przy bramie wyjazdowej na Rakowieckiej. Szczerze mówiąc, to wy mnie teraz maglujecie pięć razy dokładniej.

CZY DZIENNIKARZE „WPROST” NAGRALI FUNKCJONARIUSZY ABW?

W zeszłym tygodniu prokuratura podała, że wszczyna postępowanie w sprawie naruszenia nietykalności i stosowania przemocy wobec prokuratorów i funkcjonariuszy ABW w redakcji „Wprost”. Chodzi o 18 czerwca, gdy śledczy próbowali siłą odebrać naczelnemu „Wprost” jego osobisty komputer. W redakcji nikt nie stosował przemocy wobec śledczych. To teza absurdalna, było wręcz odwrotnie. To funkcjonariusze ABW szarpali Sylwestra Latkowskiego, co pokazały wszystkie media.

Pierwszy raz 18 czerwca oficerowie ABW pojawili się w redakcji krótko po południu. Przyszli z, jak im się wydawało, urządzeniami uniemożliwiającymi rejestrację dźwięku. Mieli je schowane w czarnych neseserach, z którymi pojawili się w gabinecie naczelnego. Najwyraźniej sprzęt nie był najwyższej jakości, ponieważ udało nam się zarejestrować nagranie z ich wizyty. Zapis jednoznacznie wskazuje, że trójka oficerów służb specjalnych była kompletnie nieprzygotowana do wykonania zadania. Akcją dowodził kpt. Grzegorz Czechowicz z departamentu postępowań karnych ABW. Poniższy przebieg rozmowy odtwarzamy na podstawie nagrań, które wykonaliśmy w zamkniętym gabinecie redaktora naczelnego podczas wizyty ABW.

– Interesuje nas wydanie, ewentualnie umożliwienie zgrania tego nośnika, na którym dostaliście państwo materiał – mówił kpt. Grzegorz Czechowicz niedługo po wejściu do gabinetu szefa „Wprost”. Tyle że kapitan nie rozumiał strony technicznej sprawy. Mieliśmy wydać ABW internetową chmurę, która należy do korporacji Google? Jak kpt. Czechowicz z dwoma kolegami mieliby ją zabezpieczyć? Zgranie jej zawartości, owszem, jest możliwe, ale wpierw trzeba wejść na pocztę elektroniczną redaktora naczelnego, czyli poznać nadawcę e-maila, wpiąć się w jego komputer z zewnętrznym dyskiem i ściągnąć na niego pliki dźwiękowe.

Kapitan nagle sam od siebie dodał (jakby nie wierzył w to, co mówi, przyszedł przecież po coś innego): – Nie interesują nas dane waszych źródeł informacji. Jedynie sama treść utrwalonego nagrania, które jest wymienione w postanowieniu. I na tym kończymy. Jeżeli pan upoważni pana prawnika, to pana obecność nie jest konieczna. – Czyli mam otworzyć komputer i swoją pocztę elektroniczną? Pokazać konkretnego e-maila, wystawić adresata? Ochrona źródła informacji to święty obowiązek dziennikarza – usłyszał w odpowiedzi od Latkowskiego. Michał Majewski postanowił wesprzeć Latkowskiego i powiedział: – Panowie, my mówimy, że niepewne jest, czy to, co jest nagrane na nośniku, pozwala rozszyfrować źródło. Źródło zastrzegło anonimowość. W tej sytuacji jesteśmy zmuszeni przestrzegać tego i to robimy.

– Skończy się tak, że wrócę z postanowieniem o przeszukaniu i nie będzie już fajnie – wyrzucił z siebie ostro kpt. Czechowicz. Wszelkie argumenty odbijały się od funkcjonariuszy jak piłki od ściany. Następnie przeszli do innych dziennikarzy z listy na prokuratorskim postanowieniu. Czekali oni w sali konferencyjnej w towarzystwie prawników. Cezary Bielakowski, dziennikarz „Wprost”, był świadkiem telefonicznej rozmowy kpt. Grzegorza Czechowicza z prokuratorem lub z przełożonym z ABW. Zapamiętał ją jako dość żywiołową. Funkcjonariusz nie ukrywał emocji. Bezradny, odpierał żądania swego rozmówcy.

– Jak mam to zrobić? Przecież to jest redakcja prasowa... Nie mamy nawet rękawiczek... – mówił do słuchawki kpt. Czechowicz. W końcu funkcjonariusze się cofnęli. Wyszli z redakcji. Po kilku godzinach wrócili w liczbie kilkunastu, wraz z prokuratorami. Ich akcja skończyła się gorszącą i nieudaną próbą wyrwania laptopa z rąk naczelnego tygodnika. �

Okładka tygodnika WPROST: 36/2014
Więcej możesz przeczytać w 36/2014 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0