Słowaccy docenci, polski wstyd

Słowaccy docenci, polski wstyd

Wykładowcy naszych uczelni w najlepsze posługują się pseudotytułami naukowymi, powołując się na to, że zdobyli je na Słowacji. Ministerstwo Nauki przyznaje, że poświadczyło ich dyplomy niezgodnie z prawdą, jednak nic nie robi w tej sprawie.

Tygodnik „Wprost” przejrzał dziesiątki karier naukowych, które rozwijały się na słowackich uniwersytetach. Duża część uzyskanych tam tytułów nie odpowiada polskim wymogom. Mimo to nadal są w Polsce akceptowane. Co więcej, ministerstwo wydaje kolejne zaświadczenia zrównujące słowacką docenturę, czyli tytuł zawodowy, z polskim tytułem naukowym doktora habilitowanego. Pozwala na to źle skonstruowana międzypaństwowa umowa, której pomimo wielu protestów środowisk naukowych polski rząd od wielu lat nie chce zmienić.

Pod koniec lipca po naszej publikacji „Naukowe szalbierstwo” wydawało się, że coś się ruszy. Ze strony MNiSW padła deklaracja, że umowa między Polską i Słowacją zostanie rozwiązana. A Polacy, którzy uzyskają dyplomy i tytuły naukowe za naszą południową granicą, będą musieli je nostryfikować. Na zapowiedziach, jak na razie, się skończyło. A problem jest poważny. Świadomość tego mają także sami „Słowacy”, czyli polska kadra akademicka, która tytuły naukowe uzyskała na Słowacji. Większość z nich na prośbę „Wprost” o pokazanie słowackiego dyplomu nie zareagowała. Zaś z odpowiedzi, które otrzymaliśmy, płyną alarmistyczne wnioski.

Droga do dyscypliny

Uznawanie słowackich docentur przez resort nauki nie rządzi się żadną logiką ani zasadami. Dysponujemy dyplomami docentów katechetyki wydanymi przez słowackie uczelnie, które Danuta Czarnecka, urzędnik ministerstwa, uznawała za habilitacje z pedagogiki. Nie wiemy, na jakiej podstawie, skoro katechetyka należy do nauk teologicznych. Z kolei pedagogika zgodnie z polskim prawem nigdy nie była dziedziną nauki (czyli nie można się z niej habilitować). Zapytaliśmy o to ministerstwo. Odpowiedź jest zadziwiająca: „Zaświadczenie nieprecyzyjnie określa polski odpowiednik słowackiego dokumentu”.

Inny przykład. Docenci słowackiej pracy socjalnej byli klasyfikowani jako doktorzy habilitowani nauk humanistycznych albo społecznych. Praca socjalna nie jest w Polsce traktowana jako dyscyplina naukowa. W związku z tym nie może być przyporządkowana do żadnej z tych dziedzin naukowych. W efekcie takiej polityki ministerstwa katecheci oraz docenci pracy socjalnej otrzymują zatrudnienie w katedrach pedagogicznych,socjologicznych, a także psychologicznych. Co na to resort nauki? „Praca socjalna dotyczy pracy społecznej oraz pomocy społecznej, a w Polsce te kwestie należą do nauk społecznych” – napisał nam Łukasz Szelecki, rzecznik MNiSW. Z kolei „teorię kształcenia i wychowania religijnego”, czyli katechetykę, MNiSW przypisało do nauk humanistycznych. – To jakiś absurd. Ministerstwo nie zna prawa, które samo stanowi – oburza się prof. Bogusław Śliwerski, przewodniczący Sekcji Nauk Humanistycznych i Społecznych Centralnej Komisji ds. Stopni i Tytułów. I wyjaśnia: – W rozporządzeniu wprowadzonym przez Barbarę Kudrycką w życie w 2011 r. praca socjalna nie występuje jako dyscyplina nauki, zresztą tak też było przed nowelizacją. Jest to jedynie kierunek kształcenia, który służy do przygotowania zawodowego pracowników służb socjalnych.

Nie pozostawia on wątpliwości także w kwestii zaliczania katechetyki do nauk humanistycznych. – To od zawsze byłobszar nauk teologicznych – podkreśla. Naukowe szalbierstwa idą o wiele dalej. Niektórzy potrafią naprawdę nieźle blefować. Mając doktorat z medycyny i słowacką docenturę z pracy socjalnej, podają się za… doktorów habilitowanych medycyny. Bywa, że dyplom docenta z tzw. športovej edukologii wykorzystują do tego, by chwalić się habilitacją z biologii medycznej. Problem dotyczy nawet rektorów uczelni.

– Pan rektor jest gotowy udostępnić swoje dyplomy do wglądu – mówi Bartłomiej Nowaczyński, rzecznik Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie. Zastrzega jednak, że rektor Paweł Czarnecki wybiera się do Bratysławy. I dlatego rzecznik musi się upewnić, czy będzie to możliwe podczas nieobecności rektora w szkole. Po kilku dniach Nowaczyński napisał, że uczelnia udostępni dokumenty „w możliwie pilnym terminie”. Podobnie było w dziesiątkach innych przypadków. Brak odpowiedzi na prośbę o wgląd w dyplom lub gołosłowne zapewnienie, że wszystko jest zgodne z polskim prawem.

MAGISTER DOKTOR HABILITOWANY

Rektor Paweł Czarnecki, 35-latek z Puław, jest przykładem zawrotnej kariery naukowej. Według dostępnych informacji doktorat obronił w 2004 r. na Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Tytuł pracy brzmiał „Geneza, rozwój i skutki rozłamu w starokatolickim Kościele mariawitów w 1935 roku. Studium teologiczno-historyczne”. Dwa lata później na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu w Rużomberku, jak podaje, zrobił habilitację. Tytuł dysertacji brzmiał bliźniaczo podobnie do tytułu doktoratu: „Geneza, rozwój i działalność starokatolickiego Kościoła mariawitów w Polsce w latach 1893- 1935”. Do kompletu można jeszcze dołożyć tytuł pracy magisterskiej: „Geneza, rozwój i działalność kościoła starokatolickiego w Polsce w okresie międzywojennym”. – Jednym z problemów związanych z tytułami naukowymi uzyskiwanymi na Słowacji jest to, że naukowcy habilitują się na podstawie dorobku naukowego, który wcześniej w Polsce posłużył do obrony doktoratu – mówi prof. Bogusław Śliwerski. Na polskich uczelniach taka sytuacja nie mogłaby mieć miejsca.

Oprócz zacięcia teologicznego rektor Czarnecki interesuje się też filozofią. W 2009 r. uzyskał kolejną habilitację na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Preszowie. Tytuł rozprawy habilitacyjnej: „Etyka mediów”. W ubiegłym roku na kolejnej uczelni, tym razem w Bratysławie, odebrał tytuł profesora – z pracy socjalnej. Dziedziny nauki, której w polskim systemie szkolnictwa wyższego, jak wiadomo, nie ma. Ministerstwo przepisało mu słowacki dyplom na polską profesurę z nauk społecznych. I tak rektor Czarnecki udowodnił, że w ciągu dziesięciu lat można bez przeszkód zrobić karierę od doktora do profesora.

Po tytuł naukowy pojechał na Słowację także założyciel Wyższej Szkoły Menedżerskiej i obecny jej prezydent, „Jego Ekscelencja prof. dr Stanisław Dawidziuk”, jak przedstawiany jest na stronie internetowej uczelni. 28 maja tego roku Dawidziuk miał się habilitować w Wyższej Szkole Zdrowia i Pracy Socjalnej w Bratysławie. Habilitacji nie otrzymał, bo obronę przesunięto na kwiecień przyszłego roku. W tym czasie musi uzupełnić swoją pracę. Dawidziuk miał się habilitować z pracy socjalnej. Trudno znaleźć jakikolwiek jego dorobek naukowy. Zamiast tego odnaleźliśmy informację, że w latach 80. był skazany za łapówkarstwo i poświadczanie nieprawdy w dokumentach (wyrok uległ już zatarciu). Chodziło o głośną wtedy aferę dotyczącą fałszowania dyplomów Politechniki Warszawskiej. W 2013 r. prezydent Bronisław Komorowski pozbawił go odznaczenia państwowego. Kancelaria Prezydenta RP uznała, że Dawidziuk wprowadził ją w błąd, informując, że nie był osobą karaną.

CYTOWANIA DO POTĘGI

Problem dotyczy nie tylko niepublicznych uczelni. Słowackim dyplomem legitymuje się Tamara Zacharuk, rektor Uniwersytetu Przyrodniczo-Humanistycznego w Siedlcach. Pani rektor podaje się za doktora habilitowanego pedagogiki. Docenturę uzyskała na Uniwersytecie w Rużomberku, prawdopodobnie z pracy socjalnej. Na próżno szukać informacji o jej dorobku naukowym w oficjalnych bazach nauki polskiej. W większości publikacji naukowych w katalogach Biblioteki Narodowej figuruje jako redaktor naukowy. – Na siedleckiej uczelni funkcjonuje obiegowa opinia, że aby wydać książkę, do publikacji trzeba dodać panią rektor – mówi Ewa Brodacka- -Adamowicz, była pracownica Instytutu Pedagogiki siedleckiej uczelni. Chcieliśmy zapytać o to rektor Zacharuk. Rzecznik uczelni Adam Bobryk nie odpowiedział na naszą prośbę o kontakt z panią rektor w tej sprawie. Odniósł się tylko lakonicznie do problemu słowackich tytułów naukowych. „Wszelkie wątpliwości wyjaśnia umowa pomiędzy rządami Polski i Słowacji” – napisał. Rektor Zacharuk nie chciała pokazać swojego dyplomu. Podobnie jak Agnieszka Klim-Klimaszewska, kierownik Katedry Dydaktyki w Instytucie Pedagogiki. Docenturę zrobiła na Uniwersytecie Preszowskim. A także Edward Jarmoch, który w Rużomberku otrzymał profesurę.

O kulisach uzyskiwania słowackich docentur opowiada Ewa Brodacka-Adamowicz. – Proces sprowadzał się do kilku prostych czynności. Należało wziąć udział w konferencji naukowej organizowanej przez uczelnię słowacką i zawrzeć znajomość z jakimkolwiek jej pracownikiem, najlepiej w stopniu doktora. Następnie uzgodnić wymianę usług polegającą na wzajemnym cytowaniu prac. W ten sposób po kilku miesiącach można było uzyskać niezbędną do habilitacji liczbę cytowań – twierdzi. Według niej w ramach rewanżu słowaccy uczeni otrzymywali dobrze płatne etaty na polskiej uczelni. – Był taki przypadek, że w ciągu trzech lat obowiązywania takiej umowy jeden z zatrudnionych naukowców pojawił się na zajęciach kilka razy. Zastępowała go osoba korzystająca z usług cytowań, ale najczęściej studenci byli zwalniani z zajęć – mówi.

Podobną opowieść usłyszeliśmy od pracowników jednej z krakowskich uczelni o profilu pedagogicznym. Studenci podczas wyjazdu studyjnego na Uniwersytet w Rużomberku mocno się zdziwili, gdy wśród portretów habilitowanych tam naukowców rozpoznali swojego wykładowcę, który nie pojawiał się na zajęciach. W tym przypadku naukowiec ze słowackim dyplomem potrzebny był krakowskiej uczelni do spełnienia minimum kadrowego, bez którego nie mogłaby utworzyć kierunku.

Dobry kontakt

Uczonych ze słowackimi dyplomami najwięcej jest w Kielcach, Krakowie i w Lublinie. Ciekawy jest przypadek księdza prof. dr. hab. Jana Zimnego, kierownika Katedry Pedagogiki Katolickiej na KUL. Swoją przygodę z pedagogiką rozpoczął w 2005 r., odbierając tytuł magistra na uczelni w Rużomberku. Rok później, w kwietniu, był już doktorem, a w czerwcu (trzy miesiące później!) zdobył tam habilitację. Zimny ma też słowacką profesurę. W tamtejszych bazach danych figuruje jako profesor katechetyki, czyli po słowacku náboženskej výchovy. W Polsce przedstawia się jako pedagog, profesor nauk humanistycznych. Błyskawiczną karierę – jak tłumaczy – zawdzięcza temu, że materiały do prac naukowych zbierał przez 16 lat.

Sława prof. Zimnego przekracza kolejne granice i dotarła właśnie na Węgry. Stamtąd pochodzi jego podopieczna Fülöpné Mária Erdő, siostra węgierskiego kardynała. Pod okiem prof. Zimnego jako promotora uzyskała w Rużomberku doktorat, który pozwolił jej objąć stanowisko rektora na jednej z węgierskich uczelni katolickich (Apor Vilmos Katolikus Főiskola). W lipcu na Węgrzech i Słowacji wybuchł skandal, gdy tamtejsi dziennikarze ustalili, że jej praca doktorska to autoplagiat, na dodatek okraszony fałszerstwami, m.in. powoływaniem się na publikacje w nieistniejącym wydawnictwie i antydatowaniem wyników badań, tak by wyglądały na nowsze. Profesor Zimny nie ma sobie nic do zarzucenia. W rozmowie z nami stwierdził, że jest to bardzo dobra praca naukowa. Gdy zapytaliśmy go, w jakim języku porozumiewał się z Erdo, odparł: – W takim, że mieliśmy dobry kontakt.

Słowacki błąd

Bez wsparcia Ministerstwa Nauki środowisko akademickie próbuje na własną rękę ograniczyć wpływy osób ze słowackimi dyplomami. Komitet Nauk Pedagogicznych PAN do nadchodzących wyborów dopuścił tylko tych kandydatów, którzy mieli na słowackich dyplomach wpisaną pedagogikę. Odpadła połowa. Jak się dowiedzieliśmy, w przypadku KUL blisko połowa zgłoszonych „pedagogów” okazała się słowackimi docentami katechetyki. Komitet wystąpił także do Ministerstwa Nauki z zapytaniem, jak ma traktować wydane przez ten resort zaświadczenia o habilitacjach z nauk pedagogicznych, których polskie prawo nie przewiduje. Nawet prof. Marek Rocki, szef Polskiej Komisji Akredytacyjnej kontrolującej jakość kształcenia, przyznaje, że kwestionowane zaświadczenia mają błędy. – To błąd urzędnika. Zapewne nie oglądali tych zaświadczeń prawnicy – uważa Rocki. Czy błędem urzędnika był także przypadek Karola Mauscha i Ewy Ryś, docentów pracy socjalnej? Słowacka rozprawa Mauscha brzmiała „Zdrowie w aspekcie pracy socjalnej”, Ryś – „Duchowość w aspekcie pracy socjalnej”. Z naszych informacji wynika, że jeszcze w ubiegłym tygodniu pretendowali oni do stanowisk profesorów nadzwyczajnych PWSZ w Pile.

Po naszych pytaniach uczelnia zażądała wglądu do ich prac habilitacyjnych. Warto dodać, że wcześniej opuszczali swoje poprzednie miejsca pracy w atmosferze skandalu. Po naszych pytaniach na problem tzw. Słowaków zareagował także KUL. „Na to zjawisko uwagę MNiSW próbowały zwrócić różne gremia naukowe, których członkami są także nasi profesorowie. Mamy nadzieję, że ministerstwo podejmie odpowiednie kroki w sprawie. Niezależnie od tego rektor poprosił odpowiednie biuro o ustalenie, ile osób w skali Uniwersytetu skorzystało z tej ścieżki, i będzie na ten temat rozmawiał z prorektorami i dziekanami wydziałów, których sprawa dotyczy” – napisała nam rzeczniczka KUL dr Lidia Jaskóła. MNiSW zapewnia, że umowę ze Słowacją zmieni jeszcze w październiku. Problem w tym, że takie zapewnienia środowisko naukowe słyszy już od kilku lat. ■

©℗ Wszelkie PRAWA ZASTRZEżone

Okładka tygodnika WPROST: 40/2015
Więcej możesz przeczytać w 40/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 12
  • Do automatycznego znajdowania plagiatu najlepiej użyć programu ze strony www.antypalgiat.net
    • Mieczysław   IP
      Szanowny Panie Redaktorze. Pominę stronę emocjonalną z jaką zaangażował się Pan w treść artykułu oraz jego wartość merytoryczną. Chodzi mi o odpowiedź na pytanie. Jakie są skutki prawne (wynikające z KK) naruszenia "Regulaminu i warunków licencjonowania materiałów prasowych" w przypadku celowego i świadomego rozpowszechniania kserokopii całości powyższego artykułu. Dziś dowiedziałem się od jednego z pracowników, że Pana artykuł rozpowszechniany był wśród pracowników i gości naszej uczelni
      w dniu inauguracji roku akademickiego. Osoba rozpowszechniająca została ponoć zarejestrowana przez odpowiednie służby porządkowe. Jeżeli zainteresuje Pana ta informacja, to będzie Pan miał ułatwione zadanie dla uzyskania oficjalnych danych. Inną kwestią jest mój osobisty stosunek do treści i intencji artykułu. Z jego uważnej analizy, moim zdaniem, wynika, że chodzi w nim o dyskredytację Pani Pektor. Pozostałe informacje służą rozmyciu zasadniczego celu. Nie wynika on z chęci podniesienia poziomu osiągnięć naukowych. Chodzi prawdopodobnie o upust emocji i osobistych animozji "źródła informacji". Uważam, że dla zachowania bezstronności tygodnika należałoby dokładniej sprawdzać intencje i cele informatorów. Inaczej staje się Pan stroną w sprawie, jak to ma miejsce w przypadku powyższego artykułu Takie zjawisko powinno skutkować reperkusjami, wynikającymi z polskiego ustawodawstwa. Będę wdzięczny za odniesienie się do mojego komentarza.Z poważaniem - zurek@uph.edu.pl
      • Bożena   IP
        Nieuków i kombinatorów wyłudzających stopnie powinno się eliminować ze środowiska naukowego.
        • marekp   IP
          Przede wszystkim warto byłoby przed napisaniem tego artykułu zapoznać się z polską ustawą o tytule i stopniach naukowych, z której wynika, że dr hab. w Polsce - to stopień naukowy, a profesor - to tytuł naukowy. Ministerstwo wydając zaświadczenie o równoważności stanowiska docenta ze stopniem dr. hab. stwierdza, że delikwent uzyskał stopień naukowy, podczas gdy "habilitacia" na Słowacji - to procedura awansowania pracownika naukowego uczelni na stanowisko docenta. Każda słowacka uczelnia, która ma uprawnienia w tym zakresie, określa wymagania, jakie musi kandydat ubiegający się o to stanowisko spełnić, m.in. osiągnięcia naukowe (m.in. artykuły w impaktowanych czasopismach naukowych, cytowania), ale także osiągnięcia dydaktyczne (m.in. skrypty, programy przedmiotów, gwarantowanie kierunków, dyplomanci, instrukcje laboratoryjne do ćwiczeń itp.). Odpowiednik stopnia naukowego doktora habilitowanego (po słowacku doktor vied, na wzór rosyjskiego doktora nauk) został zlikwidowany na Słowacji w latach dziewięćdziesiątych. Nie wydaje mi się, żeby poziom nauki słowackiej z tego powodu się obniżył. Podobnie postąpili Czesi. Ktoś poważny i rozważny powinien się zastanowić nad sensownością habilitacji i wprowadzeniem podobnej procedury w Polsce, z korzyścią dla nauki polskiej - wystarczy porównać przeciętny wiek świeżo wypromowanego dr. hab. w Polsce i na Słowacji, nie mówiąc już o profesurze. Nie ulega wątpliwości, że na Słowacji jest łatwiej, o czym świadczy kolejka polskich kandydatów na "docentów" na Słowacji, ale nazywanie tego "pseudotytułem naukowym" świadczy o nieznajomości rzeczy i braku staranności autora
          • Pawel i Anna   IP
            śliwirski sam pracował na słowacji !!!! i w każdym miejscu go wyrzucili - bo nigdzie z nim się nie dało pracować czemu o tym nie napisze ?!! przez jaki czas brałeś panie Śliwierski pieniądze na Śłowacji za robienie tego samego ????!!!!!! a teraz z zemsta zazdrość niski poziom !!!!!