Cela dla starachowickich samorządowców?

Cela dla starachowickich samorządowców?

Dwóch lat więzienia dla b. wiceprzewodniczącego rady powiatu starachowickiego i półtora roku dla b. starosty zażądał prokurator. Wyrok zapadnie w poniedziałek.
Były starosta starachowicki Mieczysław S. odpowiada przed sądem za to, że w porozumieniu z przywódcą miejscowej grupy przestępczej Leszkiem S. usiłował wyłudzić 28,4 tys. zł odszkodowania za  rzekomo skradzione auto. Z kolei były wiceprzewodniczący rady powiatu Marek B. oraz dwaj inni podejrzani zostali oskarżeni o to, że w zmowie z Leszkiem S. wyłudzili ponad trzy tysiące złotych odszkodowania po specjalnie zaaranżowanej w tym celu kolizji drogowej. Obaj samorządowcy od marca przebywają w areszcie.

Marek B. został także oskarżony o dwukrotne wręczenie łapówek po  2,5 tys. zł przewodniczącemu komisji lekarskiej Wojskowej Komendy Uzupełnień w Starachowicach Marianowi K. za zwolnienie dwóch poborowych z obowiązku pełnienia służby wojskowej.

Prokurator Sławomir Mielniczuk podkreślił w mowie oskarżycielskiej szczególną "naganność czynów" popełnionych przez osoby, które zajmowały eksponowane stanowiska publiczne. Kary wnioskowane dla samorządowców ocenił jako "adekwatne" do ciążących na nich zarzutów działań przestępczych.

Oskarżyciel wnioskował ponadto półtora roku więzienia dla  odpowiadającego z wolnej stopy lekarza Mariana K. Po dwa lata pozbawienia wolności - z zawieszeniem wykonania wyroku na pięć lat - domagał się dla dwóch oskarżonych, którym zarzucił współudział w  sfingowaniu kolizji samochodu Marka B.

Obrońca obu samorządowców mec. Krzysztof Degener apelował do sądu o nadzwyczajne złagodzenie kary dla Marka B. oraz uniewinnienie Mieczysława S. Oskarżony B. przyznał się do winy, a nadto złożył wyczerpujące i  szczere wyjaśnienia - argumentował adwokat. Jego zdaniem, materiał dowodowy rzekomo obciążający oskarżonego S. jest oparty wyłącznie na "interpretacji" rozmów telefonicznych, toteż - w opinii obrony -  "nie może być podstawą wyroku skazującego w państwie prawa".

Uczestnicy toczącego się od 20 sierpnia procesu byłych samorządowców na kilkunastu niejawnych rozprawach poznawali treść wielogodzinnych rozmów telefonicznych, utrwalonych "operacyjnie" przez policjantów z Centralnego Biura Śledczego. W środę ten tajny materiał dowodowy skonfrontowano z wyjaśnieniami oskarżonych i  zeznaniami świadków.

Mieczysław S. w ostatnim słowie prosił o uniewinnienie, a Marek B. o łagodny wymiar kary.

W jawnej części środowej rozprawy przedstawiciele mediów mieli możliwość zarejestrowania wizerunku byłego starosty; pozwolił on na publikowanie własnej podobizny bez ograniczeń. Natomiast były wiceszef rady powiatu sprzeciwił się upowszechnianiu jego zdjęć. Sąd nie zakazał kierowania obiektywów w stronę ławy oskarżonych.

Sprawie starachowickich samorządowców dodatkowy rozgłos nadało jej powiązanie z usiłowaniami posłów SLD i wysokich funkcjonariuszy państwowych, by ich uchronić przed odpowiedzialnością karną. W lipcu "Rzeczpospolita" doniosła, że z policyjnego podsłuchu wynika, iż poseł (wówczas SLD) Andrzej Jagiełło zadzwonił do  Mieczysława S. i ostrzegł go przed akcją planowaną w CBŚ. Jagiełło miał się powołać na informacje uzyskane od ówczesnego wiceszefa MSWiA Zbigniewa Sobotki. Prokuratura Okręgowa w Kielcach zarzuciła Jagielle utrudnianie postępowania karnego.

Taki sam zarzut ciąży na pośle Henryku Długoszu (wystąpił z SLD). Podejrzany w sprawie "przecieku" w aferze starachowickiej jest też były wiceminister spraw wewnętrznych i administracji Zbigniew Sobotka, który miał być wtajemniczony w plany CBŚ przez ówczesnego komendanta głównego policji gen. Antoniego Kowalczyka.

Ten ostatni podał się do dymisji, kiedy wyszło na jaw, że w trakcie śledztwa nie tylko zmienił zeznania, ale - jak się podejrzewa - przekazał wiceministeowi informację na temat akcji CBŚ w Starachowicach, łamiąc obowiązujące procedury.

em, pap

Czytaj także

 0