Lider czy spolegliwy partner

Lider czy spolegliwy partner

Rzadko zwraca się uwagę na to, że jedną z podstaw polityki zagranicznej jest poczucie narodowej tożsamości: to, kim w naszym przekonaniu jesteśmy, wpływa na to, do czego chcemy dążyć. Niekiedy w debatach i publicystyce wraca myśl, że Polska powinna być regionalnym liderem.
Polacy oburzają się, gdy ci, którym chcemy przewodzić, nie uznają nas w tej roli. Są różne powody, dla których tak postępują. Pomijając Ukrainę, Polska jest krajem pod każdym względem większym od pozostałych. Obawa przed polską dominacją skłania więc rządy innych państw regionu do ostrożności w stosunkach z Warszawą. Wzmacnia tę postawę trudność niektórych polityków, nie tylko polskich, w ustabilizowaniu się na kontinuum między służalczością, gdy ma się do czynienia z silniejszym, a arogancją w stosunku do słabszych.

To świadczy o niedojrzałości. Po drugie, u podstaw aspiracji do przewodzenia stoi niezdolność właściwego określenia, czym jest przywództwo. Odnoszę wrażenie, że wypowiadający opinie o przynależnej Polsce roli lidera wyobrażają ją sobie jako bycie takim panem kierownikiem: wydajemy polecenia – inni słuchają. Taka sytuacja może mieć miejsce w stosunkach między przełożonym a podwładnym. Takie były też stosunki między ZSRR a krajami satelickimi, z pewnością nie dotyczy to jednak stosunków między suwerennymi państwami. Właściwiej byłoby określić naszą rolę wobec sąsiadów jako spolegliwego partnera.

Zakłada ona poczucie narodowej godności, szacunek dla innych i gotowość brania odpowiedzialności za sytuację w regionie. Naród, który przyjmuje taką definicję swojej roli, staje się dla polityki innych państw punktem odniesienia. Nie prężąc muskułów, nie pretendując do roli lidera, wpływa na agendę polityczną rządów innych krajów. To jest ważniejsze niż schlebianie własnej próżności. Można się było spodziewać, że tak też zdefiniują swą rolę europejskiego przywódcy Niemcy. Po dziwnej wpadce z Gerhardem Schroederem, który w nagrodę za rurociąg bałtycki otrzymał intratną posadę w Gazpromie, mamy następny dowód na to, że Niemcy nie całkiem dojrzały do przewodzenia Europie. Jest nim sprawa Nord Stream 2.

Okazuje się, że dla krótkowzrocznych korzyści biznesowych rząd niemiecki gotów jest poświęcić strategiczne interesy Europy. Wychodzenie naprzeciw interesom Rosji, gdy państwo to gwałci podstawowe zasady prawa międzynarodowego i podpisane przez siebie zobowiązania, jest stanowczo przedwczesne. Te rozmowy są sygnałem, że kraje naszego regionu muszą bardziej liczyć na własne siły, a mniej na dobrą wolę nie całkiem przewidywalnych i konsekwentnych sąsiadów. Stawia to też pytanie o przyszłość kontynentu. Tak czy owak, jest tu miejsce właśnie dla spolegliwego partnera.
Więcej możesz przeczytać w 47/2015 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

Czytaj także

 0