Pobity przez życie

Pobity przez życie

Nie ma narkomana, który nie marzy o wolności od ćpania – wyznaje „Wprost” Dobromir „Mak” Makowski, raper, autor skierowanego do młodzieży projektu profilaktycznego Rap Pedagogia. Dawniej – narkoman, włamywacz, złodziej.

Kiedyś o mały włos nie umarłeś.

Przedawkowałem rozpuszczalnik.

Ile miałeś lat?


Dwanaście.

Jak to się stało?

Uciekłem z domu. Nie było tam bezpiecznie, mama od nas odeszła, tata nadużywał alkoholu. Trafiłem do pogotowia opiekuńczego. Kiedy tam wszedłem, zobaczyłem wychowawcę, który uderzył chłopaka w twarz. Następnie zamknięto mnie na kilka dni w izolatorium, na wypadek gdybym miał wszy albo jakąś chorobę. W oknach były kraty, śmierdziało, horror. Potem trafiłem do grupy, w której byli też starsi recydywiści, wyzywali młodszych od frajerów, cwelów. Wychowawcy nie reagowali. Siedzieli w swoim pokoju, a w drugim ktoś kogoś gwałcił i zrzucał do niższej kasty. Ze mną w pokoju mieszkał chłopak, który dźgnął kolegę kilka razy śrubokrętem. Wtedy wyłączyło się we mnie jakiekolwiek zaufanie do dorosłych.

I runęła nadzieja na poczucie bezpieczeństwa?

Właśnie. I wtedy poznałem chłopaka, który powiedział, że zna sposób, by nie bolało, gdy będą mnie bili. Mówi: mam rozpuszczalnik, chodź, pokażę ci, jak się wdycha. O godzinie 23. zeszliśmy po kratach z drugiego piętra, poszliśmy na Piotrkowską, bo to było w Łodzi, i chłopaki nalali mi pierwszy raz Morsa. To był rozpuszczalnik, były dwa rodzaje, czarny i biały, czarny bardziej kopał. Tak się uczyłem ćpać.

Nie wymiotowałeś po tym?

Nie. Odpływało się od razu. Chowaliśmy się w blokach, w komórkach i spaliśmy na ciepłych rurach. Bardzo polubiłem wdychanie. Wpadała policja, zabierali nas na dołek, wypuszczali i cykl się powtarzał. Traktowali nas jak bandytów. Potem trafiłem do domu dziecka. Malowaliśmy drzwi. Poczułem zapach rozpuszczalnika, poszedłem za garaż, nalałem sobie. Za dużo. Znalazła mnie koleżanka. Pojechałem do szpitala, lekarz, który wkładał mi do gardła rurę z tlenem, mówił: co ty zrobiłeś, ty masz dopiero 12 lat! W wieku 16 lat trafiłem do domu dziecka i poznałem smak amfetaminy, zatraciłem się w niej. Kolega posypał mi biały proszek i wróciłem do stanu, który miałem po rozpuszczalniku.

Twój kolega został spalony żywcem.

Bartek. Mój przyjaciel. Był dla mnie jak tata. Kiedy w pogotowiu opiekuńczym gościu uderzył mnie paletką do ping- -ponga w twarz i powiedział „jesteś frajerem”, Bartek mówił: spoko, jesteś w porządku. Zrobił mi pierwszy tatuaż. Pokazał, że nie jestem byle kim. Do mojego punktu konsultacyjnego dla młodzieży przychodzą rodzice, którzy mówią: mamy szesnastolatka, rozjechał nam się. A ja im na to: porozmawiajmy o was, czy wy nie odjechaliście swojemu dziecku! Gdzieś w pracę i kabonę albo w wódę.

Bartek podał ci rękę?

Ale też nauczył słuchać rapu, poszedł ze mną na pierwszą dyskotekę. I on ma 19 lat, jest na awanturze, biją go, kolega polewa go benzyną i rzuca w niego papierosem i Bartek płonie na naszych oczach. Poszło o dziewczynę, wcześniej sypała się kokaina.

Należeliście do zorganizowanej grupy, jak mówisz. Czyli do gangu.

Byliśmy chłopaczkami zafascynowanymi osiedlowymi gangsterami. Trafiliśmy na pasera, który zaproponował stawkę 50-100 zł od każdej rzeczy, którą ukradniemy.

Co kradliście?

Akcesoria samochodowe, radia, lusterka podgrzewane, całe wnętrza samochodów.

Do domów wchodziliście?

Też, ale bardziej dla siebie. Czasami dopadała nas policja, bili, ładowali z pięści. Byliśmy nauczeni przez pasera, co mówić, jak nas złapią. Siedziałem więc naprzeciwko policjanta, wciskałem mu, że chciałem to sprzedać na giełdzie, i śmiałem się w duchu, że on to łykał.

Jak ci się udało z tego wyjść? Teorie psychologiczne mówią, że dla zdegenerowanego nastolatka już nie ma ratunku, nie da się go wychować.

Gdyby nie Bóg, nie zmieniłbym się. Wiele ludzi nie chce tego ode mnie słyszeć, rozumiem, bo ja też byłem kiedyś ateistą.

Ale ty mówisz, że przestałeś brać narkotyki, bo się o to pomodliłeś.

Zostałem uwolniony od narkotyków.

Możesz mi to wytłumaczyć? Bo ja tego jakoś nie widzę.

Leżałem na melinie. Miałem ok. 19 lat. Byłem na ciężkim rauszu, buzowałem od kilku dni, byłem już straszliwie zniszczony, marzyłem o wolności. Nie ma człowieka, który ćpa i nie marzy o wolności od ćpania. Jak przestajesz brać, masz depresje, lęki, fobie. Ale też jest się zmasakrowanym przez środowisko, które cię otacza. Mówią: zobacz, jak ty skończyłeś, jaką jesteś gnidą, bo chcą cię podciągnąć pod swój pułap emocjonalny. Bo sami chleją i źle skończyli. No więc leżałem na tej melinie, obudziłem się w nocy. Powybijane szyby w oknach, zimno, ale cuchnie, bo ktoś mi się zesrał w mieszkaniu, a ja jeszcze poczułem smród własnego ciała. Byłem tak naćpany, że nie poczułem, że mnie coś w rękę parzy. Patrzę, lampka mi leży na ręce, podniosłem, a tam poparzona skóra mi się pali. Mówię: kurna, jestem nikim. Pomyślałem: Boże, jeśli jesteś, to mnie uratuj. Ktoś zapytał: gdzie ty idziesz? A ja na to: idę się nawrócić.

Przemyślałeś to jakoś wcześniej?

Kompletnie nie wiedziałem, co mówię. Wtedy przez nawrócić się rozumiałem: zawrócić z tej drogi. Pobiegłem pod kościół. Z nieba kapała kaszka, był październik. Płakałem i mówiłem: zmień mnie, a jeśli nie, to pozwól mi umrzeć. Poczułem duchowy prysznic, dosłownie usłyszałem w sobie głos: już wszystko będzie dobrze, już cię nie zostawię. Przez amfetaminę miałem wtedy lęki depresyjne, nie potrafiłem się skupić, czułem obecność osób, których nie było przy mnie. Bałem się, że mnie wciągną do piekła. Czułem demona, nie diabła z różkami, tylko ciemność bez dna. Wiedziałem, że jest tam mnóstwo emocji, których nie chcemy. Kiedyś obudziłem się w pokoju, w przestrzeni, której nie poznawałem, na moim łóżku siedziało coś, co miało kontrolę nad każdą częścią mojego ciała. Leciały mi łzy i wiedziałem, że jedyną rzeczą, którą mogę zrobić, jest zawołać Jezusa. Tak właśnie wychodziłem z narkotyków i przybliżałem się do Boga.

Leczenie uzależnień to trudna terapia, często się nie udaje. Jak można to zrobić samemu?

Na tej melinie otworzyły mi się oczy. Zrozumiałem, że nic nie mam. I poczułem śmierć, która nadchodzi. Zwróciłem się do Boga.

Do kogo poszedłeś, żeby zmienić życie?

Najpierw pod kościół. A następnego dnia spotkałem moją panią pedagog z zawodówki, która pomagała mi przejść przez tę szkołę. Mówi: wiem, że ty się chciałeś kiedyś uczyć, nie chciałbyś iść do technikum budowlanego? Pojechałem, dyrektor mówi, że do szkoły były egzaminy, ja na to, że nie mam gdzie mieszkać, że jestem po ciężkim ćpaniu i że jeśli wyjdę stąd i nic się nie zmieni, to skończę ze sobą.

Dał szansę?

Dał. A dyrektorka bursy dała mi miejsce do mieszkania. Zaczęła się przemiana, choć miałem potyczki. Po trzech miesiącach, kiedy poczułem się już pewnie, zacząłem kraść dziewczynom telefony, jarać bakę. Zauważyli to. Zamknąłem się w pokoju i zacząłem płakać: Panie Boże, ja nie umiem przestać kraść, pomóż mi. I tak nauczyłem się, że Bóg jest łaskawy, bo za chwilę poszedłem do gabinetu dyrektorki, bardzo surowej kobiety, a ona mówi: zacznij wszystko od nowa. Od tej pory już niczego nie ukradłem, nigdy więcej nie zajarałem baki.

Jak to zadziałało?

Dała mi miłość, zainwestowała we mnie. Kiedy miałem 20 lat, znowu miałem problemy. Moja mama popełniła samobójstwo i ja po tym zacząłem chlać wódkę. Powiedziała mi w szpitalu, przed śmiercią: synku, przepraszam. Umiała się przyznać do błędu. Zdążyłem jej powiedzieć, że się nawróciłem, że się uczę. Jej śmierć mnie rozwaliła. Tego samego dnia mój ojciec dostał udaru mózgu. Pojechałem do szpitala i prosiłem: Boże, nie zabieraj mi taty. Rodzice nie byli dla ciebie dobrzy. Mama złamała ci kiedyś nos, uderzając twoją głową w stół, ojciec bił cię klamerkami od paska, znęcał się nad tobą.

Dlaczego płakałeś?

Przestałem ich oskarżać. Moja matka też była bita przez swoją matkę, a ojciec był katowany przez swojego ojca, wojskowego. Nie umieli inaczej. Ojciec stracił wzrok, matka od niego odeszła, im się wszystko posypało.

Tobie się udało.

Ale to była ciężka praca, Bóg nic nie daje za darmo. Zacząłem się uczyć, zdałem maturę. Kurator zapytała, kiedy idę na studia. Sam bym o tym nie pomyślał, miałem wpojone, że jestem na to za głupi. I dostałem się na AWF. A po pierwszym roku dostałem się do telewizji, byłem jednym z prowadzących program „Raj”, który wcześniej robił o mnie odcinek. Ja, twarzowiec, pobity przez życie, zniszczony, z widocznymi śladami po amfetaminie, dostałem się do telewizji! Zostałem też streetworkerem na warszawskiej Pradze. Rapowałem dla dzieciaków, a one rapowały z nami. Powstał pomysł, żeby nagrać dla nich płytę. Po jednym z takich spotkań ojciec Wiktor z Rzeszowa zaprosił nas na katechezę audiowizualną, gdzie wygłosiłem swoje świadectwo. Był tam jakiś zamożny człowiek, który zaproponował, że nagramy to na płycie, 1000 sztuk, a on to sfinansuje, żeby jak najwięcej ludzi usłyszało moją historię i co z niej wynika. Od tej pory mamy lawinę zgłoszeń z kościołów, wspólnot, szkół, domów dziecka, kryminałów, a moja żona zaczęła to koordynować. Opowiadam, rapuję, rozmawiamy. Pytamy: czym się podlewa kwiatki, dlaczego wodą, a nie domestosem. Mamy moduły dostosowane do wieku dzieci i młodzieży. Mam rodzinę, dzieci. Byłem w Nowym Jorku, wydałem płytę.

Człowiek, który 16 lat temu leżał na ulicy.

Nie jestem wolny od błędów, wciąż się na przykład leczę z pornografii, ale walczę. ■

Okładka tygodnika WPROST: 52/2015
Więcej możesz przeczytać w 52/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0