Wygrać siebie

Wygrać siebie

Depresja, śmierć najbliższych, poważna choroba. Zanim Sylwia stała się Elsi, przeszła kilka poważnych kryzysów. Dziś jest jedną z najlepiej zapowiadających się gwiazd rynku gier fantasy.

Dlaczego masz takie oczy? – pytają Elsi, 26-letnią wiedźminkę, uczestnicy konwentów gier komputerowych. – Jak możesz być tak niedoinformowany! Przecież wiedźmini muszą przejść próbę traw, a takie oczy są jedną z mutacji – odpowiada, zbierając poły czarnego płaszcza okrywającego skórzany gorset. Na konwentach przestaje być pracownicą rejestracji jednego z warszawskich szpitali i przenosi się w rzeczywistość ulubionej gry opartej na powieściach fantasy Andrzeja Sapkowskiego. Nie, nie jest tytułowym Geraltem z Rivii, którego w filmie z 2001 r. zagrał Michał Żebrowski, ale jego odpowiednikiem. Jednym z profesjonalnych pogromców potworów, którzy dzięki treningom i eliksirom poddającym ich przemianom genetycznym uzyskali nadprzyrodzone moce. Mało tego – jest pierwszą kobietą, która przeszła morderczy trening, zostawiający przy życiu tylko jednego na dziesięciu kandydatów. Nic dziwnego, że uczestnicy konwentów traktują ją z atencją, proszą o autografy i robią sobie z nią zdjęcia.


– To bardzo przyjemne. Konwenty potrafią świetnie dowartościować i dodać wiary w siebie – mówi Elsi, która na pierwsze spotkanie fanów fantasy pojechała we wrześniu, a dziś ma już rzeszę zwolenników i zaczyna zarabiać na streamingu – transmisjach online, podczas których wciela się w swoje wiedźmińskie alter ego albo po prostu gra, np. w „Wiedźmina 3”, przechodząc kolejne poziomy. A jest w tym dobra, bo grami komputerowymi zajmuje się od 20 lat. Zaczęła jako sześciolatka.

Transmisje jej występów ogląda nawet po kilkaset osób, także z zagranicy. Część z nich za nie płaci – po kilkadziesiąt, sto złotych. – To wyraz uznania dla streamera, ale także sposób zapłaty za naukę. Instruktaż, jak radzić sobie z kolejnymi questami, czyli przygodami w danej grze – wyjaśnia. „Wiedźmin 3”, który jako pierwsza gra z Polski i jedna z ośmiu w 19-letniej historii portalu Gamespot.com został oceniony na 10 punktów z 10 możliwych przez amerykańskich recenzentów i jest obecnie ulubioną grą milionów ludzi na świecie. Na jej przejście specjaliści poświęcają średnio 100 godzin, a otwarta fabuła daje możliwości rozszerzania gry. Nawet najbardziej doświadczeni potrafią polec w konfrontacji z potworem, np. Idrem, monstrualnym owadem, który morduje ludzi na gościńcach. Dlatego przydaje im się doświadczony przewodnik, taki jak Elsi.

DEPRESJA ELSI

Elsi, na co dzień Sylwia Pielak, pracująca w szpitalnej rejestracji, chętnie dzieli się tą wiedzą. Odpowiada na pytania, zarywa noce, by rozwiązać jakiś problem. O świecie wiedźminów wie wszystko. Potrafi odwołać się do konkretnego fragmentu którejś z pięciu części sagi i dwóch tomów wiedźmińskich opowiadań Sapkowskiego. Wie prawie wszystko o eliksirach, znakach, czarodziejkach i potworach. Ale dopiero niedawno odkryła, że może z tej wiedzy uczynić sposób na życie i zarobkowanie. Wcześniej nie streamowała, nie jeździła na konwenty, nie przychodziło jej do głowy, że może przebrać się za wiedźmina, a potem za pirata z drużyny Jacka Sparrowa, bohatera kinowej serii o piratach z Karaibów. Do przebrania się zachęcił ją kolega z forum internetowego. – Powiedział: jesteś taka otwarta, umiesz rozmawiać z ludźmi. Odżyłam. Zrozumiałam, że to jest to, co chcę robić – mówi. Wcześniej było kiepsko. Sylwia była w depresji. Zmarła jej ukochana babcia, którą zajmowała się od 13. roku życia, a związek, w który zainwestowała sporo uczuć i wysiłku, się rozpadł.

– Babcia miała obumarcie kory przysadki mózgowej i wymagała opieki 24 godziny na dobę. Dosłownie nie można jej było spuścić z oka, bo wzniecała pożar albo wywoływała powódź. Dom przypominał miniszpital psychiatryczny, tyle że rolę personelu odgrywali członkowie rodziny. Brakowało materaców na ścianach, ale każde drzwi musiały być zamykane na zamek – opowiada Sylwia. Opieka nad babcią wymagała nadludzkiej wytrzymałości, cierpliwości i czasu, ale nigdy nie traktowała jej jako kary:

– Babcia tyle dla mnie zrobiła, tak się mną opiekowała, jak byłam dzieckiem, że uważałam, że mam obowiązek się jej odwdzięczyć. Bardzo mnie kochała. Czułam to nawet wtedy, kiedy nie była sobą – opowiada. W chorej babci znajdowała oparcie. Miała wrażenie, że rozumie jej rozpacz. Sama w drugiej klasie liceum, po poważnym urazie kręgosłupa, musiała zrezygnować z wyczynowego uprawiania sportu. – A byłam w tym naprawdę dobra. Jeździłam na skateparku, ćwiczyłam parkour, trenowałam tenis ziemny, jazdę konną i capoeirę – wspomina. Sportoweżycie runęło w jednej chwili. Sylwia spędziła cztery miesiące w szpitalu, gdzie wieszali ją na wyciągu z kilkukilogramowym obciążnikiem na szyi. – To mnie załamało. Jak wcześniej jechałam na samych piątkach i szóstkach, tak straciłam zapał do nauki. Przeżyłam załamanie, bo zabrano mi największą miłość życia. Nic mi się już potem nie chciało – wspomina. Próbowała studiować, ale – jak mówi – przypominało to bardziej skakanie po uczelniach, bo po kilku miesiącach okazywało się, że nie stać ją na czesne. Szybko musiała się usamodzielnić. – Zaczęłam od resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim, bo zawsze uważałam, że każdy zasługuje na drugą szansę. Szło mi dobrze, ale wkrótce okazało się, że nie stać mnie na czesne. Musiałam iść do pracy i zarobić na utrzymanie – wyjaśnia.

ZDJĘCIE Z WIEDŹMINKĄ

Chwytała się różnych prac, m.in. w dużym multipleksie, a w wolnych chwilach wymieniała się z rodziną w opiece nad babcią. Znów próbowała studiować – administrację, a potem zarządzanie, ale po raz kolejny przeszkodą okazywały się pieniądze. W dodatku znów trafiła z kręgosłupem do szpitala i zaległości były już nie do odrobienia. – W pewnym momencie doszłam do ściany. Wydawało mi się, że nigdy nie będzie dobrze. Lekarz zdiagnozował u mnie depresję i wysłał mnie na terapię grupową – opowiada.

Dziś, dzięki przebraniu wiedźmina, wraca do życia. – To drugie wcielenie daje mi siłę i optymizm. Pozwala też poczuć się docenioną i podzielić się wiedzą z innymi. To, że tyle osób chce ze mną rozmawiać i się fotografować, bardzo dowartościowuje. W końcu nie każdy wzbudza takie zainteresowanie. Mam nadzieję, że ta nowa droga życiowa sprawi, że będę szczęśliwa – tłumaczy Elsi. Znajomi ze świata miłośników gier wróżą jej świetlaną przyszłość. W Polsce ten zawód dopiero się rozwija, ale już dziś niektórzy streamerzy zarabiają równowartość dobrej warszawskiej pensji w korporacji. Skupiając więcej niż kilkuset widzów, można liczyć na sponsorów, którzy płacą również za wyjazdy na konwenty za granicą. – Wielu ludzi mówi mi, że chętnie patrzą, jak streamuję, nawet jeśli nie lubią gry, w którą w danym momencie gram – opowiada Sylwia Pielak. ■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 52/2015
Więcej możesz przeczytać w 52/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także