Prokuratorski zarzut postawiony pilotowi brzmi dokładnie: "umyślnie sprowadził bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy poprzez naruszenie zasad bezpieczeństwa w ruchu powietrznym w trakcie wykonywania na śmigłowcu Mi-8 lotu po trasie Wrocław- Warszawa oraz nieumyślnie sprowadził katastrofę zagrażającą życiu lub zdrowiu wielu osób, w następstwie której przewożeni pasażerowie, a także pozostali członkowie załogi - łącznie 12 osób - doznali wielorodzajowych obrażeń ciała oraz rozstroju zdrowia".
Rzecznik ujawnił, że obecnie prokuratura będzie weryfikować informacje podane przez pilota - niewykluczone są też konfrontacje. Powołując się na dobro śledztwa Knapczyński nie chciał powiedzieć, jakie rozbieżności występują pomiędzy tym, co powiedział pilot, a zeznaniami świadków. Rzecznik nie chciał powiedzieć, w jakim terminie może się zakończyć to śledztwo.
Major Miłosz, pytany przez dziennikarzy, nie chciał się odnosić do zarzutów prokuratury. Powiedział, że tak jak po styczniowym raporcie komisji, która badała przyczynę wypadku, poczuwa się do niezawinionego błędu. 23 stycznia komisja MON orzekła, że załoga śmigłowca popełniła niezawiniony błąd, gdy wchodząc w chmury, nie włączyła ręcznego trybu ogrzewania wlotów powietrza do silnika.
Rządowy śmigłowiec pilotowany przez mjr. Miłosza rozbił się po awarii obu silników 4 grudnia ubiegłego roku w pobliżu Piaseczna pod Warszawą. Tylko brawurowy manewr pilota, który bez silników wylądował w lesie pod Chojnowem omijając pobliskie domy, nie doprowadził do większej tragedii. Nawet doświadczeni piloci podkreślali opanowanie i klasę mjr. Miłosza. Gdyby jednak kilkanaście minut wcześniej pilot włączył instalację likwidującą oblodzenie, prawdopodobnie nie doszłoby do awarii silników.
W wypadku ucierpieli premier Leszek Miller, szefowa jego gabinetu politycznego Aleksandra Jakubowska, dwoje pracowników Centrum Informacyjnego Rządu, lekarz, pięciu oficerów Biura Ochrony Rządu, trzech pilotów i stewardesa.
Po wypadku, 23 grudnia zeszłego roku, funkcjonariusze BOR za postawę w czasie akcji ratunkowej otrzymali awanse na wyższe stopnie. Wśród wojskowej części załogi śmigłowca awanse i inne decyzje kadrowe zostały wstrzymane do zakończenia pracy prokuratury.
Sam premier Miller wielokrotnie podkreślał, że mjr. Miłoszowi zawdzięcza życie. "Nie komentuję orzeczeń sądów ani prokuratury, mogę tylko powiedzieć, że chętnie będę dalej podróżował z panem majorem Miłoszem. Mam do niego zaufanie, nigdy nie zapomnę, że uratował mi życie" - oświadczył w środę Miller dziennikarzom w Kancelarii Premiera.
W celu wyjaśnienia okoliczności wypadku powołano komisję, która stwierdziła, że załoga śmigłowca popełniła "niezawiniony błąd, gdy wchodząc w chmury, nie włączyła ręcznego trybu ogrzewania wlotów powietrza do silnika". Równocześnie podkreśliła, że piloci nie mieli danych, wskazujących na możliwość oblodzenia. Właśnie ta "niewiedza co do warunków meteorologicznych" - zdaniem komisji - usprawiedliwia pilota, który miał "fałszywy obraz pogody".
Wojskowa Prokuratura Okręgowa w Warszawie, prowadząca śledztwo "o nieumyślne sprowadzenie katastrofy w ruchu powietrznym, zagrażającej życiu lub zdrowiu wielu osób" od początku informowała, że te ustalenia komisji będą dla niej "w dużej mierze wiążące".
Pod koniec grudnia ubiegłego roku zostały przesłuchane wszystkie osoby lecące śmigłowcem z wyjątkiem pilotów, którzy będą przesłuchiwani po przeanalizowaniu przez prokuraturę materiału dowodowego.
Mjr Knapczyński pytany wtedy, czy opinia komisji może przesądzić o zarzutach, powiedział, że będzie miała ona bardzo istotny wpływ na decyzję prokuratury, ale to, czy komuś zostanie postawiony zarzut, zależeć będzie od całego materiału dowodowego - m.in. "opinii biegłych i zeznań świadków".
Niedawno do prokuratury wpłynęło uzupełnienie opinii biegłego lekarza sądowego. Cała opinia zawiera ustalenia dotyczące charakteru uszkodzeń ciała, których doznali uczestnicy wypadku. Od tego zależała kwalifikacja prawna zarzutu, jaki postawiono Miłoszowi.
sg, pap