25-letni Gaylan od 9 roku życia cierpiał na cukrzycę, w wieku 20 lat miał infekcję meningokokową. Leczył się w Iranie i Turcji, ale ze względu na stan zdrowia musiał przerwać studia. Próbował otrzymać wizę niemiecką lub holenderską, by kontynuować leczenie w Europie, ale spotkał się z decyzją odmowną. W końcu postanowił dostać się do Niemiec nielegalnie – przez Białoruś i Polskę.
Do Mińska młody mężczyzna dotarł lotem z Dubaju. Podróżował razem z dwoma braćmi i siostrą z jej mężem oraz ich 5-letnim synem. Ojciec rodziny za transport tej grupy zapłacił 35 tys. dolarów. W wywiadzie dla AP Delir Ismael Mahmoud tłumaczył, że nie chciał, by jego dzieci opuszczały kraj. Fatalna sytuacja gospodarcza i duże bezrobocie skłoniły go jednak do zgody na podróż.
Śmierć Kurda na granicy. Ojciec wini Polskę
Ojciec Gaylana miał rozmawiać z nim jeszcze rankiem w dniu śmierci. Nie wie, co działo się w nocy 28 października, kiedy grupę rozdzieliła polska policja. Po tej stronie granicy pozostała tylko siostra 25-latka, pozostali zostali deportowani na stronę białoruską. Gaylana oddzielono od reszty, choć nie miał on przy sobie insuliny. W poniedziałek 15 listopada ciało zmarłego pochowała w Irbilu w Iraku jego rodzina.
Jak podkreśla AP, za wydarzenia na granicy Unia Europejska obwinia reżim Aleksandra Łukaszenki. Agencja dodaje jednak, że polskie służby nie wpuszczając imigrantów, pozostawiają ich w białoruskich lasach, gdzie temperatury spadają poniżej zera stopni Celsjusza. Ojciec zmarłego wini stronę polską. Delir Ismael Mahmoud podkreśla, że policja z naszego kraju powinna pomóc migrantom, zamiast deportować ich na Białoruś.
Czytaj też:
Służby wzmacniają granicę polsko-białoruską. Nocne zdjęcia z Kuźnicy
