Krucjata romantyczna – recenzja „Historii Roja”

Krucjata romantyczna – recenzja „Historii Roja”

Dodano:   /  Zmieniono: 
„Historia Roja” (2015)
„Historia Roja” (2015) / Źródło: Kino Świat
Jerzy Zalewski idzie pod prąd i w czasach, kiedy do wyobraźni nastolatków przemawiają Kim Kardashian i Miley Cyrus, w roli idola stawia młodego patriotę, żołnierza Narodowych Sił Zbrojnych i Narodowego Zjednoczenia Wojskowego. Ze swojej misji społecznej „Historia Roja” wywiązuje się znakomicie, misja-kino ma tu zaś znaczenie trzeciorzędne.

W przypadku produkcji takich jak „Historia Roja” dziennikarz ma związane ręce. Chciałby ponarzekać, ale wie, że nie ma to większego sensu. Zapotrzebowanie społeczne na filmową opowieść o Żołnierzach Wyklętych przesuwa techniczne bolączki na drugi plan. Nic bowiem nie zmieni faktu, że Jerzy Zalewski jest pionierem, że wszedł na tereny dotąd w kinie niezbadane. Jego „wycieczka” stała się z czasem prawdziwą krucjatą – „Rój” trafił na ekrany po sześciu latach walki z TVP i PISF. By uratować owoc swej pracy przed zapomnieniem, reżyser zdecydował się nawet na ruch ostateczny, czyli serię pokazów kopii roboczej „Historii Roja” w kilku miastach Polski. Pieniądze zebrane podczas zbiórki towarzyszącej wydarzeniu oraz dofinansowanie niezależnych inwestorów pozwoliły na ukończenie projektu. 

Film podejmuje temat dotąd zapomniany, lecz odwołuje się do dobrze znanej, wciąż żywej na polskim gruncie tradycji romantycznej. Bohaterowie „Historii Roja”, młodzi chłopcy, dołączali do ruchu partyzanckiego śladem swoich pradziadów w latach 1830 i 1863 oraz ojców w trakcie okupacji niemieckiej. Batalia motywowana obawą przed wybuchem trzeciej wojny światowej z czasem zmieniła się w świadomą walkę z wiatrakami. Poczucie bezsilności nie zmniejszyło zapału tych żołnierzy; wręcz przeciwnie, uznawali oni honorową klęskę za zaszczyt. Pielęgnowanemu w filmie mitowi powstańczemu (przez Tadeusza Konwickiego zwanego „kompleksem polskim”) towarzyszy echo mesjanizmu. Nim grupa partyzantów wykona wyrok na jednym z działaczy partyjnych, zawiezie go pod kapliczkę z figurą Maryi – tym samym usprawiedliwi swe działanie boskim nakazem.        

Bóg, honor, ojczyzna… Na tych pojęciach ufundowana jest „Historia Roja”. Poza nimi bohaterowie Zalewskiego znają tylko jedno: zdrada. Polscy patrioci bez mrugnięcia okiem wystrzeliwują tych, którzy stali się pachołkami Związku Radzieckiego. Reżyser czerpie zatem z tradycji westernu, z tym że w miejsce szeryfa i Indian podstawia Wyklętych i kolaborantów. Ma to pewien potencjał rozrywkowy, lecz niekoniecznie uzasadnienie w psychice żołnierzy. Wojna nigdy nie jest czarno-biała; skrajnej polaryzacji nie lubi również współczesne kino. Widać co prawda próby nadania partyzantom ludzkich rysów – piją dużo wódki, palą, uganiają sią za dziewczynami – lecz gdy przychodzi im stanąć w obronie kraju, nie drgnie im żaden nerw. Czy to jeszcze są ludzie, czy już pomniki patriotyzmu?  

Jedno pytanie pociąga za sobą drugie: czy Zalewski w ogóle zamierzał pokazać nam ludzi? Mamy do czynienia z filmem-ideą, lekcją miłości do ojczyzny, brakującym ogniwem w naszej edukacji. Jeśli nauczycielowi historii uda się już przebrnąć przez drugą wojnę światową, kolejne lata omawia po łebkach. Źle skonstruowany program nauczania sprawia, że hasło Żołnierze Wyklęci brzmi dla wielu młodych Polaków jak abrakadabra. „Historia Roja” wychodzi naprzeciw temu problemowi – w lewej dłoni trzyma kaganek oświaty, w prawej krzesiwo patriotyzmu. Założenie słuszne i ambitne, jego realizacja pozostawia natomiast wiele do życzenia. Chaotyczny montaż, drętwe aktorstwo i słabe udźwiękowienie aż proszą o to, by obraz ten trafił do telewizji, nie na kinowe ekrany. 

A jednak jest to film potrzebny. Pionier, który przetrze szlaki produkcji dojrzalszej. W końcu Mieczysław „Rój” Dziemieszkiewicz to tylko jeden ze stu pięćdziesięciu tysięcy Wyklętych, a jego historia jest tylko jedną ze stu pięćdziesięciu tysięcy historii wartych opowiedzenia. Kino czeka.  

Ocena: 5/10

Czytaj także

 0