Abba powraca w wielkim stylu

Abba powraca w wielkim stylu

Scena z filmu "Mamma Mia"
Scena z filmu "Mamma Mia" / Źródło: materiały prasowe
Można nazwać „Mamma Mia: Here We Go Again!” dwugodzinnym teledyskiem. Cóż z tego, skoro widzom od razu poprawia się humor, a nogi same rwą się do tańca.

To nie zasługa scenariusza, na który złożyła się historia tak pretekstowa, że właściwie nieistniejąca, ani doborowej obsady, w której pod rękę idą Pierce Brosnan, Stellan Skarsgård i Colin Firth, a piruety tańczą Meryl Streep, Cher i Lily James. To nie oni podnoszą temperaturę tej produkcji, tylko piosenki Abby, które w największej mierze swój sukces zawdzięczają właśnie umiejętności rozgrzewania słuchaczy. Kiedy w 1973 roku Anni-Frid Lyngstad,Benny Andersson, Björn Ulvaeus i Agnetha Fältskog zakładali zespół, byli tak niepozorni, że zamiast stworzyć krzykliwą nazwę grupy, utworzyli ją z pierwszych liter swoich imion. Bo w Szwecji się wtedy nie krzyczało.

Na przełomie lat 60. i 70. północ Europy kojarzyła się głównie z długimi i srogimi zimami oraz specyficznym, chłodnym temperamentem obywateli. Na czułe słówka, romantyczne historie czy szeptane wyznania nie było w surowo-protestanckiej kulturze miejsca. Powszechne wyobrażenie o Szwedach zmieniło się wraz z 19. edycją Eurowizji 6 kwietnia 1974 roku Członkowie Abby - ubrani w pstrokate świecidełka i pastele, przez co wyglądali jak zaprzeczenie stereotypowych Szwedów - zaśpiewali „Waterloo” - skoczną, wesołą piosenkę o miłości, a w tekście pojawiły się nawiązania do legendarnego francuskiego przywódcy, z którym do czynienia miała niemal cała Europa. Nic dziwnego, że w 2005 roku to właśnie „Waterloo” wygrało plebiscyt na najlepszą piosenkę w 50-letniej historii Eurowizji.

Więcej w numerze 31. "Wprost".

Czytaj także

Czytaj także