Tamara Łempicka w telewizorze wcale nie traci. Ona po prostu zmienia ramę

Tamara Łempicka w telewizorze wcale nie traci. Ona po prostu zmienia ramę

Telewizor jako obraz
Telewizor jako obraz Źródło: Materiały prasowe / Samsung
Są artyści, których obecność w domu kojarzy się z luksusem. I nie chodzi tylko o to, że ich obrazy kosztują tyle, co mieszkanie w Warszawie, ale o pewien rodzaj obietnicy: że obcowanie ze sztuką jest dostępne dla tych, którzy mają czas, gust i – umówmy się – odpowiedni budżet. Tamara Łempicka należy do tej właśnie kategorii.

Tymczasem właśnie wydarzyło się coś, co jeszcze dekadę temu brzmiałoby jak coś niemożliwego: ponad 20 dzieł Tamary Łempickiej trafiło do Samsung Art Store. Dzięki temu prace artystki mamy na wyciągnięcie pilota.

Tamara Łempicka – ikona art déco, luksusu, stylu i epoki, która kochała blichtr – wylądowała w miejscu, które dla milionów ludzi może być codziennością: w salonie w zasięgu pilota. To logiczny ciąg dalszy jej historii.

Łempicka była artystką, która rozumiała media

Jeśli ktoś miałby się odnaleźć w cyfrowej galerii, to właśnie ona. Łempicka nie była malarką od „cierpienia i nędzy”. Była malarką od wizerunku. Od autopromocji. Od świadomego budowania legendy. Jej obrazy są jak kadry z filmu, który nigdy nie powstał, ale który wszyscy pamiętamy. Kobiety o geometrycznych rysach, z twarzami jak rzeźba, z chłodem i siłą. Kompozycje, które wyglądają jak luksus, nawet kiedy przedstawiają zwykłą scenę. I ten słynny portret kobiety w zieleni – obraz, który wyszedł daleko poza historię sztuki i stał się ikoną popkultury. Łempicka nie tylko malowała. Ona projektowała styl życia.

Art déco w 4K: brzmi podejrzanie dobrze

Kolekcję Łempickiej możemy zobaczyć w Art Store — cyfrowej galerii, w której dzieła wyświetlane są w jakości 4K. Wśród prac znalazły się m.in. takie tytuły jak: „Still Life with Fruits”, „The Lovers” (1962), „The Pink Tunic”, „Portrait of Mrs. Bush”, „Young Lady with Gloves”, „Adam and Eve”, „Autumn” (1953) czy kilka portretów arystokratów, markizów i osób, które wyglądają jakby urodziły się tylko po to, żeby ktoś je namalował.

Tu pojawia się ważny wątek: cyfrowe reprodukcje sztuki to temat ryzykowny, bo w internecie Łempicka bywa masowo „spłaszczana” do roli ładnego obrazka. Marisa Łempicka, prezes Tamara Łempicka Foundation podkreśla, że w tym przypadku zadbano o wierne odwzorowanie kolorów, detali i jakości prac. Innymi słowy: to nie jest kolejna tapeta.

Sztuka w salonie: luksus w zasięgu pilota

Sztuką możemy otaczać się w każdym miejscu, nie tylko w muzeum czy w galerii sztuki. Coraz więcej producentów telewizorów daje nam taką możliwość – można uznać to za nowy trend. Platformy typu Art Store, gromadzą setki, a nawet tysiące dzieł różnych artystów z różnych instytucji. W praktyce oznacza to, że możemy mieć w domu Moneta, Rembrandta, Kandinsky’ego, Picassa… a teraz także Łempicką.

Z jednej strony brzmi to jak marketingowy trik: zrób z telewizora galerię. Z drugiej — jest w tym coś realnie kulturowego. Bo oto dzieła, które zwykle ogląda się w galerii, w białych rękawiczkach i przy ciszy, trafiają do przestrzeni codziennej. Obok książek, roślin, zdjęć z wakacji i – nie oszukujmy się – czasem suszarki na pranie.

Czy to sztuce szkodzi? Niekoniecznie. Może nawet przeciwnie. Mamy w domu, zachęca do obejrzenia oryginału i wielu innych.

Telewizor, który staje się obrazem

Element wystroju, którym może być telewizor – kiedyś bzdura, obecnie realne marzenie, które może spełnić np. The Frame. Smukła forma, ramy jak w obrazie, Matowa Powłoka Ekranu eliminująca odblaski i imitująca fakturę płótna. Gdy ekran nie wyświetla serialu, może wyświetlać sztukę. Ludzie nie chcą już czarnych prostokątów dominujących ścianę tym bardziej, że kupujemy coraz większe telewizory. Chcą wnętrz, które „wyglądają”. I tu sztuka staje się czymś więcej niż dekoracją — staje się rytuałem codzienności na wielkim ekranie.

Łempicka wraca do Polski… przez telewizor

W tej historii jest jeszcze jeden smaczek: Łempicka jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych polskich artystek na świecie, a jednocześnie przez lata w Polsce funkcjonowała raczej jako postać „z eksportu”. Bardziej znana w Paryżu, USA, na aukcjach i w popkulturze niż w szkolnych podręcznikach.

Teraz prace artystki trafiają do globalnej platformy. Paradoks? Trochę, ale też znak czasu: współczesna kultura nie wraca do nas wyłącznie przez muzea i instytucje państwowe. Często wraca przez technologie, marki i platformy. To może drażnić purystów. Ale trudno się kłócić z faktem, że dostępność działa.

Sztuka na ekranie: przyszłość, której i tak nie unikniemy

Można oczywiście powiedzieć: „sztuka to nie Netflix”. Jasne. Ale też nie udawajmy, że świat będzie się cofał. Cyfrowe galerie, legalne licencje, wysoka jakość reprodukcji i kolekcje pod opieką kuratorów to coś, co już się dzieje — i będzie się działo coraz częściej.

Zwłaszcza że telewizory pozwalają dziś wyświetlać nie tylko dzieła z Art Store, ale też prywatne zdjęcia, grafiki. I tu dopiero zaczyna się ciekawa dyskusja: co jest „sztuką”, a co tylko „ładnym obrazkiem”.

A Łempicka? Ona by to zrozumiała

Łempicka była artystką, która lubiła nowoczesność. Kochała szybkość, elegancję, geometryczną formę, precyzję. W pewnym sensie jej obrazy zawsze wyglądały jak stworzone dla technologii: ostre linie, kontrola światła, perfekcyjna kompozycja.

Gdyby żyła dziś, prawdopodobnie nie obraziłaby się na to, że jej portrety wiszą w salonach w formie cyfrowej. Raczej dopilnowałaby, żeby były wyświetlane w najlepszej możliwej jakości. Właśnie to, paradoksalnie, jest w tej historii najciekawsze: Łempicka na telewizorze wcale nie traci. Ona po prostu zmienia ramę.