Wymarzony krach systemu korporacji

Wymarzony krach systemu korporacji

Artyści próbują walczyć z takimi gigantami jak Apple o wpływy z tantiem. Wojny toczą się o tak ogromne pieniądze, że najczęściej kończą się… ugodami. W końcu wszyscy chcą na muzyce zarabiać.

Jak wygląda bogini wojny? Ma aparycję amerykańskiej słodkiej dziewczyny z sąsiedztwa, nosi kowbojki i śpiewa country. No i nazywa się Taylor Swift. W ostatnich dniach młodociana gwiazda, która sprzedała ponad 40 mln płyt, z uwielbianej przez młodzież wokalistki zmieniła się w ulubienicę niezależnych muzyków, bo w ich imieniu wypowiedziała wojnę molochowi. Poszło o nowy kanał dystrybucji muzyki uruchomiony przez korporację stworzoną przez Steve’a Jobsa, czyli Apple Music.

DAWID SWIFT I GOLIAT APPLE

Swift wycofała z pakietu dostępnej muzyki swoje piosenki, bo firma nie chciała jej płacić tantiem za okres próbny, czyli trzy darmowe miesiące, które otrzymują użytkownicy serwisu. Czy rzeczywiście było to wyzwanie podobne do biblijnego pojedynku Dawida i Goliata (a tak opisywano konflikt w USA)? No nie do końca… Taylor Swift w Polsce nie jest bardzo popularna, ale w USA to dziś jedna z największych gwiazd muzyki. Jej utwory pobrano z internetu 130 mln razy, co czyni ją jedną z pięciu najpopularniejszych artystów w sieci (obok Katy Perry, Coldplay i One Direction).

Czy Apple startując z nowym serwisem, mogło pozwolić sobie na utratę takiej gwiazdy? Nie za bardzo. Czy Swift mogła zrezygnować z kolejnej możliwości docierania do fanów? Też nie. W awanturę z korporacją szybko włączyli się niezależni muzycy, którzy zaczęli gratulować Swift odwagi, uznając, że walczy o prawa do godnej płacy dla wszystkich. I tu też pojawia się wątpliwość. Czy aby wszystkich? I czy po wygranej wokalistki z koncernem każdy zespół otrzyma tantiemy naliczane od startu portalu, a nie od uruchomienia płatnych abonamentów? Na te pytania odpowiedzi poznamy pod koniec lipca, kiedy opublikowane zostaną pierwsze raporty dotyczące ściągania z Apple Music. Na razie fakty są takie – Swift wygrała. Apple będzie jej płacił za okres próbny. Goliat przegrał z Dawidem? Nic z tych rzeczy. Po pierwsze, Swift tylko wygląda na bezbronne dziewczę, a w rzeczywistości sama stworzyła potężną firmę zarządzającą jej wizerunkiem i muzyką. Po drugie, nagłaśniając aferę, Apple zagwarantowało sobie reklamę nowej platformy w zasadzie na całym świecie. Za darmo. Co prawda, w skali roku streaming i sprzedaż muzyki online to raptem dziesięć procent zarobionych przez artystów pieniędzy. Ale ten rynek stale rośnie. Zarówno koncerny, jak i muzycy są więc zainteresowani wypracowaniem modus vivendi z sieciowymi gigantami.

Większość konfliktów na poziomie korporacja–artysta (zwłaszcza ten wpływowy i popularny) kończy się tak samo. Cichą po ugodzie i zamieceniu pod dywan zaszłości. Apple Music potrzebuje największych, bo tylko oni gwarantują im zasięg i ściągalność, Swift potrzebuje Apple Music jako kanału dystrybucji swoich piosenek. A kiedy obie strony mają interes we współpracy, prędzej czy później dochodzi do ugody. Bo jeśli ktoś na takiej wojnie traci, to artyści, którzy w przeciwieństwie do korporacji nie posiadają alternatywnych źródeł zarobku, a co za tym idzie – tracą rynkową pozycję.

MUZYCY NA KAPITOLU

Najmocniej przekonała się o tym grupa Pearl Jam, która w latach 90., czasach świetności muzyki grunge, wytoczyła batalię Ticketmaster – korporacji zajmującej się sprzedażą biletów. Chodziło o podwyższanie ich cen, prowizje pobierane przez firmę i to, jak okradani są fani. Muzycy złożyli donosy na Ticketmaster m.in. w Departamencie Sprawiedliwości (podejrzenie o praktyki monopolistyczne), a czekając na wynik sprawy, sami zajęli się dystrybucją biletów i organizacją koncertów.

I tu zaczęły się schody. Do tej pory zespół ustalał tylko daty tras, teraz to oni musieli pilnować wszystkiego – organizacji, bezpieczeństwa, dystrybucji biletów. Rzecz okazała się niebywale skomplikowana, a zaplanowane koncerty kończyły się wpadkami. A to sprzedano za dużo biletów, a to zaginęły wpływy itp. Mimo że sprawa wylądowała na Kapitolu, zainteresował się nią ówczesny prezydent Bill Clinton, to Ticketmaster wygrało. Sąd uznał, że firma nie jest monopolistą, i oddalił pozwy. Po kilku latach i poważnym zachwianiu kariery Pearl Jam wrócił do współpracy z gigantem. Nie była to jedyna batalia, jaką wypowiedziała korporacjom grupa z Seattle. Tuż po wydaniu drugiej płyty Pearl Jam walczył z Sony Music o sposób jej promocji, zakazując m.in. realizowania do niej teledysków. No cóż – dziwna to była bitwa, ale i ją Pearl Jam przegrało. Pięć lat później grupa wróciła do kręcenia klipów.

NIEWOLNICY I ZŁODZIEJE

Obok Pearl Jam drugim etatowym specjalistą od walk z wytwórniami i korporacjami był Prince. W 1992 r., kiedy odkrył (bo przecież umów nie czytają artyści, tylko ich agenci), że z Warner Music wiąże go bardzo niekorzystny kontrakt, a przez palce przepływają mu miliony, postanowił zerwać umowę. Kiedy okazało się to niemożliwe, robił sobie sesje zdjęciowe z napisem „SLAVE” (niewolnik), a w końcu zaczął wydawać płyty pod szyldem „Artysta Wcześniej Znany jako Prince”. Efekt? Spadek sprzedaży albumów i jakości piosenek. Mimo wojny z wydawcą kontrakt wciąż obowiązywał Prince’a. Wszystko skończyło się w 2001 r., kiedy muzyk wolny od zobowiązań wobec Warnera wydał, już jako Prince, dobrze przyjęty przez fanów i krytyków album „Rainbow Children”.

Podobnie na wojnie z molochem wyszła grupa Radiohead. Kiedy skończył im się kontakt z EMI [o nastrojach, jakie panowały w relacjach zespół–wydawca, najlepiej świadczy tytuł ostatniej studyjnej płyty nagranej dla tej wytwórni, czyli „Hail to the Thief” (Pokłony dla złodzieja)], grupa postawiła na eksperymentalny sposób dystrybucji płyty, sprzedając ją przez internet za „tyle, ile zapłacisz”. „In Rainbows” owszem biło rekordy ściągnięć (1,2 mln), ale nie przyniosło dochodu, bo fani uznawali masowo, że „ile chcesz” to zero. I chociaż ten eksperyment nie zniechęcił zespołu do eskperymentów z promocją i dystrybucją, to już nigdy nie powrócili do opcji „płać, ile chcesz”.

KORPOPUNK

W każdej wojnie artysta kontra korporacja, jak bardzo szczytne pobudki by jej nie przyświecały (tanie bilety czy płyty dla wszystkich, uczciwy podział tantiem), w puencie wszystko zawsze sprowadza się do pieniędzy. I tu przewagę nad muzykiem mają fonograficzni giganci. Najboleśniej przekonało się o tym pokolenie punkrockowego buntu, wcielające w życie ideę „DIY” („Do It Yourself”), czyli „zrób to sam”. Jello Biafra z Dead Kennedys po rozpadzie zespołu poświęcił się rozkręcaniu wytwórni Alternative Tentacles. Był moment, w którym zdawało się, że zamienią się w ważnego gracza na niezależnym rynku, ale, jak się okazało, dobre chęci to za mało. Potrzebny jest jeszcze kapitał i odpowiedni model biznesowy. Dziś firma Biafry cieszy się szacunkiem w środowisku, ale działa w niszy.

Inny punkowiec, Brett Gurewitz z grupy Bad Religion, założył wytwórnię Epitaph i faktycznie odniósł z nią sukces. Tyle że aby to się udało, musiał podpisać umowy dystrybucyjne z PIAS i ADA – czyli firmami wspieranymi przez koncerny Sony i Warner.

KONCERN PŁACI DWA RAZY

Oczywiście były w historii przypadki, kiedy wojna z molochem kończyła się w sposób zaskakujący (i niekorzystny) dla korporacji. Najlepszym przykładem jest tu przypadek albumu „Yankee Hotel Foxtrot” (2002) zespołu Wilco. W USA grupa dowodzona przez kompozytora Jeffa Tweedy’ego ma dziś status gwiazdorski. Jednak w 2001 r. szefowie Warner Music byli innego zdania. Kiedy zespół przyniósł im demo płyty „Yankee Hotel Foxtrot”, szefostwo koncernu zerwało kontrakt z grupą, a płytę określiło mianem „artystycznego samobójstwa”.

Wówczas Tweedy zdecydował się na krok nietypowy. Najpierw odkupił od Warnera prawa do płyty, potem udostępnił album w sieci i zaczął szukać wydawcy. Puenta tej historii była taka, że prawa do wydania albumu kupiło Nonesuch Records, czyli Warner zapłacił Wilco po raz drugi za ich nagrania. Jako że Nonesuch należy do koncernu. Dziś „Yankee Hotel Foxtrot” uznawane jest za jedną z najważniejszych amerykańskich płyt rockowych, zaś film „I’m Trying to Break Your Heart”, który zrealizował Sam Jones, sławny fotograf i reżyser (etatowy portrecista amerykańskich prezydentów), obserwując awanturę, uznano za jeden z dziesięciu najlepszych dokumentów w historii gatunku.

O awanturze Taylor Swift – Apple nikt dokumentu nie nakręci. W końcu chodzi tu tylko o pieniądze. Można by jednak z tej sprawy wysnuć ogólniejszy wniosek. Choć wydaje się, że internet daje muzykom nieograniczone możliwości i wielką wolność, to jest to wolność pozorna. Jeśli ktoś chce zarabiać naprawdę duże pieniądze, musi dogadać się z koncernem. W przeciwnym wypadku, choć nie będzie musiał dzielić się zyskiem z gigantem, zarobi mniej. Stworzenie systemu dystrybucji to wyzwanie, któremu nie są w stanie podołać nawet największe gwiazdy. W efekcie na wojnie Taylor Swift z korporacją zyskają obie strony. Młoda artystka zaprezentowała się jako osoba odważna i bezkompromisowa, dzięki czemu przez tygodnie jej nazwisko było na ustach wszystkich. Zaś Apple ustępując, zaprezentowało ludzką twarz korporacji przyjaznej artystom. Zapewne do pierwszej wypłaty. ■

PŁYTY Z KŁOPOTAMI

Danger Mouse „The Grey Album” – słynny krążek cenionego producenta, który polegał na dowcipnym połączeniu wokaliz Jaya-Z (z albumu „The Black Album”) z melodiami The Beatles (z „Białego albumu”). Krążek był przez chwilę dostępny oficjalnie, zebrał entuzjastyczne recenzje, a potem obudzili się prawnicy, którzy zakazali używania fragmentów kompozycji czwórki z Liverpoolu.

Butthole Surfers „After the Astronaut” – amerykańska legenda niezależnego rocka po podpisaniu kontraktu z wielką wytwórnią popadła w spore kłopoty. Pierwsza płyta słabo się sprzedała, a drugą, czyli „After the Astronaut”, wydawca wycofał ze sprzedaży i nigdy nie ujrzała światła dziennego.

Duff McKagan „Dark Days” – po odejściu z Guns’n’Roses Duff McKagan nagrał płytę o walce z uzależnieniami. Geffen, ówczesny wydawca Duffa, album odrzucił, a McKagan ruszył w trasę po Stanach, promując płytę, której oficjalnie nie dało się kupić. Płyta ukazała się dopiero w 2008 r.

Ryan Adams „Love is Hell” – album, który wydawca określił mianem „łamiącego karierę”. Odwołano jego premierę. Kiedy w końcu się ukazał, okazał się sukcesem komercyjnym, a krytycy padli przed nim na kolana.

POLSCY ARTYŚCI KONTRA KONCERNY

Paweł Kukiz – Sony Music

Po tym jak Sony Music odmówiło wydania drugiego albumu Kukiz-Borysewicz, uzasadniając to udziałem muzyka w kampanii prezydenckiej, rozpętała się internetowa wojna. Fani Kukiza założyli profil nawołujący do bojkotu Sony, a muzyk odgraża się procesem.

Ich Troje – Universal Music

Początkiem końca kariery Michała Wiśniewskiego był jego konflikt z wytwórnią Universal. Ich Troje straciło wydawcę, a Wiśniewski agenta.

Maciej Maleńczuk – Warner

Gdy Maleńczuk z Püdelsami nagrał przebojowy album „Wolność słowa”, wytwórnia nie chciała promować płyty polityczną piosenką tytułową. Muzyk postawił jednak na swoim, a płyta okazała się wielkim hitem.

Okładka tygodnika WPROST: 28/2015
Więcej możesz przeczytać w 28/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0