Bezwstydne Hollywood

Bezwstydne Hollywood

Przed laty gwiazdy kina wydawały wielkie pieniądze, by ich rozmaite grzeszki z początków kariery nie ujrzały światła dziennego. Dziś już nie muszą. Dziś zarabiają na nich miliony.

Co sądzicie o tańczących i rozbierających się facetach? W kinach można właśnie obejrzeć film „Magic Mike XXL”, drugą część przeboju sprzed trzech lat. To opowieść o męskich striptizerach, ich przyjaźni, występach, ekscesach. Pierwsza część kosztowała zaledwie 7 mln dolarów, a zarobiła w sumie na całym świecie ponad 160 mln dolarów. Nic dziwnego, że powstała druga, której też nieźle idzie (kosztowała niecałe 15 mln dolarów, a wpływy już przekraczają 100 mln dolarów). Dziwne w tej opowieści jest to, że filmy te wymyślił, współprodukował i zagrał w nich główną rolę Channing Tatum – dziś wielka gwiazda Hollywood, a niegdyś... właśnie męski striptizer.

Jego doświadczenie dodało temu filmowi wiarygodności, lecz także przyciągnęło do kin mnóstwo jego fanek. W końcu Tatum to dziś ikona męskiej urody, jeden z symboli młodego Hollywood. A tu poznajemy go od innej strony, niemal zakazanej, zawstydzającej.

STALLONE NA PRZYJĘCIU

I to właśnie najciekawsze pytanie z perspektywy dzisiejszego Hollywood. Czy słowo „wstyd” jeszcze tam w ogóle występuje? Czy istnieje coś, czego filmowa gwiazda nie zrobi dla autopromocji? Czy jakiekolwiek kompromitujące fakty z młodości są w stanie złamać karierę dzisiejszym gwiazdom? Dziś odnalezienie jakiegoś kompromitującego filmiku z przeszłości jest newsem, który następnego dnia znika pod natłokiem świeżych plotek. Czy ktoś jeszcze pamięta, że niedawno upubliczniono jakieś dziwne, lekko erotyczne scenki z młodziutką Cameron Diaz? Afera jeszcze się porządnie nie zaczęła, a już się skończyła. Tymczasem kilka dekad temu znani aktorzy naprawdę przejmowali się takimi materiałami. Gdy Sylvester Stallone stał się po „Rockym” z dnia na dzień wielką gwiazdą, robił wiele, by ukryć swój filmowy debiut – erotyczny film „Przyjęcie u Kitty i Studa”, za który w 1970 r. dostał honorarium w wysokości 200 dolarów. Podobne problemy z wczesną filmografią miał Kevin Costner czy Jackie Chan. Zresztą wstydzić się można przecież nie tylko doświadczeń erotycznych. Leonardo DiCaprio i Tobey Maguire, którzy u progu XXI w. stali się wielkimi gwiazdami kina, tak wstydzili się poziomu nakręconego kilka lat wcześniej obyczajowego filmu „Don’s Plum”, że udało im się sądownie wywalczyć zakaz pokazywania tego obrazu w kinach USA i Kanady. Bo oczywiście, podobnie jak w powyższych przykładach Stallone’a i Costnera (i wielu podobnych), gdy grający tam młodzi aktorzy stają się gwiazdami, film sprzed kilku lat staje się gorącym towarem i można go sprzedać, wydać na nowo czy czasem w ogóle po raz pierwszy wprowadzić do kin.

WSZYSTKO (WY)PŁYNIE

I gdybyśmy żyli w świecie sprzed kilku dekad, może coś by można było zrobić. Ale dziś pokazywanie filmu w kinach to tylko jedna z możliwości. Więc „Don’s Plum” wcale nie zniknął. Dostępny jest w innych formach – w Polsce wyszedł nawet na DVD. Można więc spokojnie go obejrzeć i faktycznie stwierdzić, że i DiCaprio, i Maguire jakoś tam nie błyszczą, a całość jest po prostu nudna. Czego nas jednak uczy taki seans? Tego, że w popkulturze nic nie ginie i mamy dziś dostęp do absolutnie wszystkiego. Jeśli istnieją jakieś kompromitujące nagrania, dokumenty, cokolwiek, to wcześniej czy później na pewno staną się ogólnodostępne. Boleśnie przekonało się o tym kilka miesięcy temu mnóstwo gwiazd i gwiazdeczek podczas tzw. Fappeningu, kiedy ich prywatne zdjęcia ze zhakowanych telefonów komórkowych stały się własnością publiczną. Twarzą (choć to chyba nie najlepsze określenie) tego skandalu była Jennifer Lawrence, jedna z największych obecnie młodych gwiazd kina, która dotąd nigdy nie rozebrała się przed kamerą filmową. W niejednym filmie była seksowna czy kusicielska, ale świat dotąd nie wiedział, jak wygląda nago. Teraz już wie. I to nadzwyczaj dokładnie. I znowu – taka afera lata temu złamałaby jej karierę bezpowrotnie (oczywiście zakładając, że lata temu można by robić sobie selfie telefonem komórkowym), dziś udało się całe zamieszanie wyraźnie oddzielić od jej aktorskich osiągnięć i możliwości.

TAŚMA PAMELI

Lawrence to tak wybitna aktorka, że wyciek jej nagich zdjęć nie wpłynął w żaden sposób na jej karierę. Co ciekawe, dziś tego typu wydarzenia zamiast psuć kariery, coraz częściej je wzmacniają czy zaczynają. No bo czymże innym jest cała celebrycka droga Kim Kardashian? Ale z pewnością palma pierwszeństwa należy się tu Pameli Anderson. Niezapomniana gwiazda lat 90., można wręcz powiedzieć – symbol seksu tamtych czasów, zaczęła swą medialną karierę jako dziewczyna „Playboya”. Wielokrotnie znajdywała się na okładce i rozkładówkach tego magazynu, demonstrując tam praktycznie wszystkie detale swego ciała. Dość szybko zaczęła się także pojawiać przed kamerą, grając (już w coś ubrana) coraz większe role w różnych serialach telewizyjnych. W końcu stała się gwiazdą serialu „Słoneczny patrol” opowiadającego o grupie plażowych ratowników. W tzw. międzyczasie wyszła też za rockowego muzyka Tommy’ego Lee z grupy Mötley Crüe. Para lubiła dokumentować swoje życie prywatne i taśma z taką właśnie dokumentacją stała się publiczną własnością. Para ogłosiła szybko, że nagranie zostało wykradzione. Rozpoczęły się sądowe batalie o zakaz jego rozpowszechniania, ale jakoś zupełnie nieskuteczne. Do dziś nie wiadomo (i pewnie nigdy nie będzie), jak było naprawdę. Czy Pamela i Tommy po prostu nie sprzedali tej taśmy, czy może wciąż czerpią zyski z jej rozpowszechniania? Jeśli tak – był to ruch odważny, ale z pewnością opłacał się pod każdym względem. Również piarowym. Oto Pamela stała się pierwszą gwiazdą, której sekstaśma nie tylko nie złamała kariery, ale ją wręcz podniosła na wyższy poziom. Propozycje z kina i telewizji wciąż napływały. Ba, niektóre fabuły, w których się pojawiała wręcz otwarcie żartowały z jej sekswystępu. Tak było w „Strasznym filmie 3” czy komedii „Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Publicznie dostępna taśma, na której Pamela Anderson uprawia seks, nie przeszkodziła w tym, by aktorka wystąpiła gościnnie w komedii dla dzieci „Scooby-Doo”. Jak widać, zamiast wykluczenia efektem sekstaśmy było rozpowszechnienie przekonania, że tak powinny się zachowywać symbole seksu.

SAMOKRYTYKA TRACI

Skoro udało się Pameli, w jej ślady poszli inni. Dziś sekstaśmy to często po prostu element PR gwiazdy. Gdy wypłyną, oczywiście są protesty, głosy potępienia i różne pozorne ruchy, ale niejeden aktor czy aktorka chcą w ten sposób przypomnieć o sobie światu albo z hukiem rozpocząć karierę. A stąd przecież już tylko krok do zawodowców od uprawiania seksu przed kamerą. Firmy porno mimo coraz większej konkurencji ze strony amatorskich nagrań w sieci wciąż trzymają się dobrze, a ostatnie dekady to czas, gdy coraz więcej gwiazd tego gatunku staje się publicznie rozpoznawalna, znacznie szerzej niż tylko w środowisku odbiorców tych dzieł. Nieraz zresztą po sporych doświadczeniach w tej branży następują udane próby przeskoczenia do tradycyjnie rozumianego kina. Pierwszy i do dziś najgłośniejszy transfer to Traci Lords, która jako nastolatka Nora Louise Kuzma wystąpiła w kilkudziesięciu filmach tylko dla dorosłych. Gdy wyszło na jaw, że była wówczas niepełnoletnia, wykorzystując zamieszanie wokół swojej osoby dziewczyna przeszła metamorfozę, zrzuciła wszystko na złe towarzystwo, narkotyki i pod pseudonimem Traci Lords zaczęła grać w normalnych filmach. Przeszłość cały czas za nią podążała, ale tylko pomagała jej zdobywać kolejne role – choć oczywiście zwykle w filmach klasy B – mówimy tu o początkach lat 90.

CASTING Z PORNO

Dziś, ćwierć wieku później, gwiazdy porno pojawiają się w filmach i serialach już bez składania wcześniejszej samokrytyki. Sasha Grey gra u laureata Oscara, reżysera Stevena Soderbergha, w zeszłorocznym „Open Windows” występuje w głównej roli u boku niezapomnianego Frodo z trylogii „Władca Pierścieni” – Elijaha Wooda. Mało tego, w serialu HBO „Ekipa”, opowiadającym o kulisach Hollywood, gra samą siebie, znaną z filmów porno gwiazdę Sashę Grey, która ma romans z głównym bohaterem. Jej filmowa kariera poza porno to wcale nie odosobniony przypadek. Katie Morgan wystąpiła w filmie Kevina Smitha i miała swój własny program w HBO (nazwijmy go poradnikowym). Coraz częściej aktorki porno pojawiają się w mniejszych i większych rolach w obsadzie telewizyjnych seriali, i to tych najgłośniejszych, jak „Synowie anarchii”, „Gra o tron” czy „Detektyw”. I obsadzane są tam właśnie z powodu swych wcześniejszych erotycznych doświadczeń z kamerą.

Z Hollywood zupełnie już zniknął wstyd, lęk przed ich zatrudnieniem czy jakakolwiek wyraźna granica między środowiskiem kina porno i tym od „zwykłych” filmów. Kiedyś porno mogło być co najwyżej tematem poważnych dramatów, jak nominowane do Oscara „Boogie Nights”, czy lekkich komediowych żartów, jak w sitcomie „Przyjaciele”, gdzie w jednym z odcinków okazało się, że Joey (jeden z głównych bohaterów) zagrał w młodości w takim filmie, ale szybko wyjaśniło się, że tylko stał obok i patrzył, więc de facto nie został „zbrukany”. Dziś nikt nie ma problemów ze „zbrukaniem”. Dziś żartem w komedii jest zatrudnienie prawdziwych gwiazd porno – jak w filmie „Adrenalina 2”, gdzie bohater natrafia na uliczny protest aktorów porno sprzeciwiających się złym warunkom pracy w branży i w tłumie bez trudu można rozpoznać autentyczne gwiazdy tej branży – Rona Jeremiego czy Jennę Haze. Zatrudniono ich właśnie dlatego, że są rozpoznawalni szeroko poza swoim środowiskiem. W Hollywood wstyd nie istnieje, a jego brakiem można handlować. W końcu w słowie „show-biznes” człon „biznes” jest równie ważny. A może nawet ważniejszy.■

©� WSZELKIE PRAWA ZASTRZEŻONE

Okładka tygodnika WPROST: 31/2015
Więcej możesz przeczytać w 31/2015 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0