Panie Mieczysławie, rozmowę chciałabym zacząć od gratulacji, ponieważ w podsumowaniu Storytel za 2025 rok Pańska powieść „Wilczyca” zajęła 1. miejsce w kategorii kryminał oraz 3. miejsce wśród wszystkich audiobooków. Wspaniały wynik! Co Panu pierwsze przyszło do głowy, kiedy zobaczył Pan te miejsca w rankingach — radość, niedowierzanie, a może od razu presja: „jak to przebić”?
Mieczysław Gorzka: Przede wszystkim radość, że moje książki, i oczywiście ich wersje audio, podobają się odbiorcom i ciągle wzbudzają w nich wiele emocji. Nie czuję żadnej presji, ponieważ nie pierwszy raz już moja książka znalazła się na szczycie podobnego zestawienia w Storytel. W roku 2019 był to mój debiut Martwy sad, a w roku 2022 książka Lilie. Nie znaczy to oczywiście, że nie marzę o tym, żeby taki wynik powtórzyć w kolejnych latach.
Jak Pan tłumaczy fakt, że Pana książki „tak dobrze się słucha”?
MG: Myślę, że idealnie współgrają tu ze sobą dwa elementy. Po pierwsze, książki podobają się czytelnikom. Po drugie, lektorem jest prawdziwy mistrz w swoim fachu, czyli Filip Kosior. Mam przyjemność współpracować z nim od czasu debiutu, przeczytał wszystkie moje książki i mam nadzieję, że z sukcesami będzie to robił nadal.
A po jaką formę odbioru literatury sięga Pan prywatnie: lekturę czy słuchanie?
MG: Obecnie z uwagi na brak czasu częściej sięgam po audiobooki, rzadziej po książkę papierową.
W jednym z wywiadów mówił Pan o tym, że naszym losem rządzi przypadek, a spełnione marzenia potrafią mieć gorzki posmak. Jakie są, Pana zdaniem, ciemne / gorzkie strony bycia bestsellerowym pisarzem?
MG: Nie mogę narzekać, ponieważ nareszcie w życiu robię to, co lubię i to, co od dawna było moją pasją. Moje marzenia się spełniły w bardzo pozytywny sposób, los się do mnie uśmiechnął. Nie mogę narzekać i na razie widzę tylko te jasne strony bycia pisarzem.
W Pana najnowszym thrillerze „Rok zmian” bohaterowie są przekonani, że kontrolują własny los, ale kolejne decyzje prowadzą ich w stronę katastrofy. Czy w tym motywie jest Pana osobista obawa: że człowiek może nie zauważyć momentu, w którym traci sterowność?
MG: Tak właśnie jest. Bardzo często nam się wydaje, że wszystko mamy pod kontrolą, że damy sobie ze wszystkim radę, ignorujemy sygnały ostrzegawcze dawane nam już nawet nie przez los, ale wprost komunikowane przez najbliższe nam osoby. Jednak nie potrafimy nic w swoim życiu zmienić. Dryfujemy więc przez życie, wmawiając sobie, że mamy nad nim pełną kontrolę, kiedy tak naprawdę już dawno ją straciliśmy. Dobrze, jeśli w takiej sytuacji kłopoty przychodzą w miarę wcześnie, bo wtedy można się jeszcze otrząsnąć i przewartościować swoje życie. Może przyczyną będzie utrata pracy, kłopoty w związku, problemy zdrowotne albo coś innego. Im dłużej się oszukujemy, tym konsekwencje tego oszustwa będą poważniejsze, a w ostateczności nieodwracalne.
Zaczyna Pan od sylwestrowej sceny i internetowej „wróżby” – trzech słów: „Sukces. Popularność. Wolność”. Co Pana w tej (pozornie błahej) formie przepowiedni interesuje najbardziej: przypadek, autosugestia, czy mechanizm samospełniającego się proroctwa?
MG: Tak naprawdę wszystkie te elementy. Kiedy zmiany w życiu moich książkowych bohaterów nabierają tempa, trudno jest już jednoznacznie ocenić, który z tych trzech elementów pcha ich w kierunku katastrofy. Na początku na pewno jest przekonanie, można to nazwać autosugestią, że można radykalnie zmienić swoje życie i osiągnąć planowane cele. Dlatego później uporczywe działanie nakierunkowane jest na osiągnięcie tych celów, czyli sukcesu, popularności i wolności, i mamy klasyczną sytuację, jak w samospełniającej się przepowiedni. Ten efekt może mógłby być w końcowym efekcie pozytywny, gdyby nie przypadek. To przypadek wypacza nasze działanie i wprowadza chaos. W mojej książce ten chaos doprowadza bohaterów do katastrofy.
Remigiusz Stańczyk to bohater, który długo „przyklepuje” cudze decyzje – aż wreszcie następuje gwałtowne pęknięcie i gest zerwania. Co było dla Pana najważniejsze w jego portrecie: bunt przeciwko upokorzeniu, zmęczenie kompromisem, czy wstyd z powodu własnej bierności?
MG: Stańczyk wiedział, że przez wiele lat funkcjonował w układzie, który nie był dla niego dobry. On nie potrafił, może z czystego konformizmu nie chciał, powiedzieć „nie”, zaprotestować, zgłosić sprzeciw, a nawet wyrazić głośno własne zdanie. To pewnie był efekt strachu przed zmianami. W imię zasady, że lepsze jest wrogiem dobrego. Tylko że przez lata dobro też ulega degradacji i zmienia się w to złe. Noworoczna wróżba, która przepowiada mu osiągnięcie sukcesu, zdobycie popularności i wolności, działa na niego jak detonator w ładunku wybuchowym. Rodzi się w nim wściekłość za to, że przez lata był bierny, pewnie w jakimś stopniu upokarzany, spychany na margines własnej firmy, może za tą wściekłością ukrywa się też wstyd. Ta mieszanka powoduje wybuch i pcha Stańczyka do zmian.
U drugiego z bohaterów trauma z dzieciństwa jest nie tłem, tylko silnikiem. Kiedy wprowadza Pan obraz jego matki jako kogoś „zaborczego” i niszczącego, to czy chce Pan, żeby czytelnik widział w Albercie przede wszystkim ofiarę, czy raczej człowieka, który z roli ofiary buduje alibi dla przemocy?
MG: Albert jest nagromadzeniem sprzeczności, które są nie do pogodzenia. W końcu musi dojść do przesilenia, ponieważ nie można cięgle żyć w nierównowadze psychicznej. Albert jest dzieckiem zniszczonym przez zaborczą matkę. Zresztą ta matka cały czas go kontroluje i wykorzystuje, nawet kiedy jest już dorosły i powinien żyć własnym życiem. Nie może niczego zmienić, ponieważ jako ofiara przemocy ze strony najbliższej osoby sam nie może się wyrwać z tego zaklętego kręgu. Ale w gruncie rzeczy Albert chce być dobry, przynajmniej tak sobie to wyobraża. Sam myśli o sobie jak o ofierze, bo tak mu wygodniej. Podobnie jak Stańczyk, oszukuje sam siebie, żyje w iluzji, w bańce, do której nikogo nie wpuszcza. Kiedy wreszcie się uwalnia z toksycznego związku z matką, iluzja pryska. Kiedyś, dawno temu on naprawdę był ofiarą, tylko że przez lata wszytko się zmieniło. Teraz jest potworem, którego nie da się już w żaden sposób powstrzymać od czynienia zła. Tak, bycie ofiarą było tylko usprawiedliwianiem dla przemocy.
W jednej ze scen pojawia się sugestia kary i upokorzenia tak mocnego, że samo wspomnienie wywołuje mdłości, a w myśli Alberta pada pytanie: kto ze mnie zrobił potwora, mamo? Czytelnika podczas lektury uderza, jak wiarygodnie prowadzi Pan tę eskalację: by była prawdziwa, a nie tylko efektowna.
MG: Bardzo dużą uwagę poświęciłem na psychologiczną analizę moich głównych bohaterów. Starałem się, żeby czytelnik zrozumiał, dlaczego postępują tak, a nie inaczej, żeby jasne były dla niego motywy kierujące ich działaniem. Albert z wykształcenia jest psychologiem, on bardzo dobrze wie, dlaczego stał się potworem, tylko że nigdy nie potrafił pomóc sobie sam.
W powieści główny antagonista ma w sobie ton mentora: „dałem ci tyle wskazówek”, „ile można mu podpowiadać”, jakby był o krok przed policją i światem. Czy ta jego „nieomylność” jest maską, czy autentycznym rdzeniem osobowości? I co ją podtrzymuje: doświadczenie, pycha, czy lęk?
MG: Raczej jest pragnieniem przerwania koszmaru, w jakim się znajduje. Może nawet bardziej tego koszmaru psychicznego, kiedy minuta po minucie, godzina po godzinie, każdego dnia musi mierzyć się ze swoimi myślami. Przecież jako psycholog wie, że nie jest normalny, potrafi się zdiagnozować, tylko nie potrafi przerwać swojego koszmaru. Tak, jego mentorski ton w stosunku do przyjaciela policjanta wynika z przebłysków jego osobowości sprzed degradacji, jaką zafundowało mu życie z zaborczą matką. Trzeba jednak pamiętać, że jest o krok przed policją tylko dlatego, że to on jest ściganym. On zawsze będzie krok przed śledczymi, bo wie dużo więcej. Można nawet powiedzieć, że wie wszytko o sobie, o swoich ofiarach i własnych planach. Chce to powiedzieć policji, tylko tak naprawdę nikt nie chce go słuchać.
Dlaczego, Pana zdaniem, seryjni sprawcy tak często zostawiają tropy policji. Chcą być schwytani, dążą do demaskacji?
MG: Bardzo często taki mit pojawia się w książkach kryminalnych filmach i serialach. Prawda jest jednak trochę inna. Takie działanie wynika raczej ze zbytniej pewności siebie, chęci zademonstrowania swojej wyższości, przebiegłości, doskonałości. To taka gra, która kończy się dla nich tylko źle.
Gdyby na Nowy Rok mogło się spełnić jedno Pana życzenie, o co by Pan poprosił? Jaki byłby rok zmian Mieczysława Gorzki?
MG: Moje noworoczne życzenie? Żeby w nowym roku nic się w moim życiu nie zmieniło (śmiech).
