Ukradł rower, trafił na zamknięty oddział psychiatryczny. „To może spotkać każdego”

Ukradł rower, trafił na zamknięty oddział psychiatryczny. „To może spotkać każdego”

Szpital w Rybniku
Szpital w Rybniku Źródło: Newspix.pl / Wiktor Kubiak / EDYTOR.net
M. przebywa na oddziale od ponad pięćdziesięciu lat. Przez większość czasu nawet nie wyszedł na zewnątrz. Z. spędził przypięty pasami do łóżka prawie dwie doby. Rzekomo za to, że na Facebooku pisał o samobójstwie. Do szpitala K. trafił za to, że krowa uciekła mu z gospodarstwa. Skierować na oddział sąd może jedną decyzją, ale wyjść pacjenci nie mogą przez lata.
W serii materiałów odsłaniamy kulisy jednej z najbardziej tajemniczych dziedzin psychiatrii, czyli psychiatrii sądowej. Rozmawiamy z prawnikami o tym, dlaczego można spędzić na zamkniętym oddziale lata za pozornie błahy czyn, jak kradzież kawy czy roweru. Doktor Rafał Wójcik, ordynator oddziału psychiatrii sądowej w Tworkach, opowiada nam o tym, jak praca na oddziale wygląda z perspektywy lekarza. Opisujemy też historię pana Marka, który na zamkniętych oddziałach przebywa od ponad dziesięciu lat. I robi wszystko, aby z niego wyjść.

Pacjent M. popełnił w 1970 roku podwójne zabójstwo. Trafił na oddział psychiatryczny, gdzie przebywa od ponad pięciu dekad. Przez lata nie wychodził nawet na zewnątrz. Krzysztof Olkowicz, który wówczas był zastępcą RPO, pamięta, jak zobaczył M. po raz pierwszy. Lekarze powtarzali, że nie ma sensu z nim rozmawiać, że lepiej dać sobie spokój.

– Im bardziej mnie zniechęcano, tym bardziej czułem, że muszę z nim porozmawiać – wspomina Olkowicz.

– Rozmowa była trudna, ale okazało się, że on dostaje tylko leki. Nic więcej. Tylko bierze leki, leży, leki i znów leży. Żadnej rehabilitacji, żadnej resocjalizacji, tylko co pół roku sąd przedłużał mu pobyt – opowiada.

Gdy była ładna pogoda, chciał namówić M., żeby wyszli na spacer, usiedli i porozmawiali na ławce. M. powtarzał, że woli zostać w sali, ale w końcu się ugiął. Personel był w szoku, gdy zobaczył, że po niemal pięćdziesięciu latach M. wyszedł na spacer. Przez cały ten czas nie był na świeżym powietrzu.

Dopiero wtedy bratanek kupił mu buty, żeby miał w czym wychodzić. Dzisiaj M. jest na innym oddziale, pod lepszą opieką. – Praca z nim sprawiła, że lekarze doszli do wniosku, że mógłby opuścić szpital psychiatryczny – mówi Olkowicz. Ale tu pojawił się kolejny problem, bo M. nie ma gdzie pójść.

 1

Ponadto w magazynie