Papieskie tango

Papieskie tango

Anthony Hopkins i Jonathan Pryce w filmie „Dwóch papieży”
Anthony Hopkins i Jonathan Pryce w filmie „Dwóch papieży” / Źródło: Netflix
Nie przyciągnęła mnie do „Dwóch papieży” religia. Chciałem przypomnieć o sile dialogu. W czasach podziałów sportretować człowieka, który potrafi powiedzieć: „Nie zgadzam się z niczym, co powiedziałeś, ale kto wie, może masz rację!” – mówi Fernando Meirelles, reżyser „Dwóch papieży”.

Pamięta pan pogrzeb Jana Pawła II?

Oczywiście. Przygotowując „Dwóch papieży” obejrzałem godziny archiwalnych nagrań. Na pogrzebie oprócz prawie 4 milionów wiernych zjawili się wszyscy liczący się politycy: Clinton, Bush, Chirac, Berlusconi, koronowane głowy i książęta. No i ten moment: podmuch wiatru zamyka leżące na trumnie Pismo Święte, symbolicznie kończąc pontyfikat. Nie da się ukryć, nawet na niewierzących musiało to zrobić ogromne wrażenie. Także dlatego zacząłem od tego obrazu film. Jesteśmy dzisiaj zagubieni, więc interesował mnie wpływ, jaki jednostka może mieć na tysiące innych ludzi. Jan Paweł II zostawił po sobie legendę, z którą musiał zmierzyć się jego następca. Wielu obserwatorów Benedykt XVI zawiódł. A przecież Joseph Ratzinger po prostu reprezentował zupełnie inny rodzaj przywództwa i nie można go w ten sposób porównywać do Karola Wojtyły.

Zanim jednak doszło do wyboru papieża, a potem kolejnego, oczywiście, odbyło się konklawe. W „Dwóch papieżach” pokazuje pan szczegóły całej procedury.

I to wiernie! Mieliśmy dostęp do wielu konsultantów, do dziś zresztą pracujących w Watykanie. Dokładnie wiedzą, co dzieje się przed pojawieniem się białego dym, jak ta machina działa i jakie są jej poszczególne trybiki. Wszystko jest tam niesamowicie sformalizowane. Każde słowo, każdy gest mają ogromne znaczenie, podobnie jak konkretne miejsca, czynności, przedmioty.

Z jednej strony pokazuje pan tajemnicze obrzędy, a z drugiej – ludzi. Papieża Benedykta i papieża Franciszka, jakich nie znamy.

Chciałem ich zaprezentować z najbardziej intymnej strony, jak to tylko możliwe. Intymnej, a więc ludzkiej, osobistej, codziennej. Każdy fragment ich rozmów brzmi jakbyśmy podsłuchiwali starych znajomych dyskutujących przy partyjce szachów na ławce w parku, choć to przecież najwyżsi kościelni hierarchowie. Zupełnie nie brzmią, jakby pisali homilie, czy głosili przesłanie do narodów. Gigantyczna w tym zasługa aktorów – Tony’ego Hopkinsa i Jonathana Pryce’a – bez ich umiejętności i zaangażowania film byłby skończenie nudny, jestem pewien! Nie da się przecież słuchać tylu dialogów, do tego dialogów o stanie Kościoła, jeśli aktorzy nie wynoszą tych rozmów do rangi sztuki. A tak jest w naszym przypadku. Bez wątpienia.

Aby ożywić rozmowy posługuje się pan narzędziem, którego nie kojarzymy z osobami poważnymi, piastującymi kluczowe stanowiska. W „Dwóch papieżach” tytułowi bohaterowie żartują! Również z siebie samych i siebie nawzajem.

Oczywiście. Żart, muzyka rozrywkowa, której również byśmy zupełnie nie łączyli z papieżami, tutaj sprawdzają się znakomicie. Beatlesi, Abba i „Dancing queen” pozwalają zmniejszyć dystans do tych postaci. Zwykłemu człowiekowi: widzowi, wiernemu, trudno jest odnieść się osobiście do dogmatów, nauk kościoła, tajemnic wiary. Ale „Dancing queen” znają wszyscy i nagle nawet papież staje się bliski, namacalny.

Jestem ciekawa, jak do tych pomysłów odnieśli się aktorzy: Anthony Hopkins i Jonathan Pryce.

Jedyną wskazówką, której im udzieliłem było, żeby nie próbowali wchodzić w buty swoich bohaterów i nie formułowali jakichś wzniosłych oświadczeń o sobie i swojej wierze. Poza tym dałem im wolną rękę. Tony i Jonathan doskonale wiedzą, co i jak mają robić. Myślę, że potraktowali to jako ciekawe, niecodzienne wyzwanie. Każdy z nich przygotowywał się do swojego zadania zupełnie inaczej. Tony jest niezwykle skupiony, potrzebuje dosłownie chwili, żeby znaleźć się głęboko w roli. Nie miał wiele czasu na przygotowanie, ale bardzo skrupulatnie przestudiował scenariusz. Każde zdanie, każde słowo. Codziennie dostawałem od niego maile z pytaniami lub poprawkami, nawet merytorycznymi! Czasami pisał o rytmie zdania, czasami proponował inne słowo. Jest piekielnie inteligentny i taktowny, ma przemyślany każdy najdrobniejszy gest. Kiedy kręciliśmy scenę w ogrodzie, założył sobie wcześniej, że w określonym momencie odwróci się i pozdrowi ogrodnika. Kiedy na planie rzeczywiście to zrobił, czuło się niezwykłą kontrolę, ciężar czegoś tak prostego jak zwykłe pozdrowienie. Tylko Tony tak potrafi.

Nazywa pan Anthony’ego Hopkinsa „Tonym”?

Kiedy tylko się poznaliśmy, prosił, by mówić do niego „Tony”. „Anthony” brzmi zimno, trochę przerażająco, jakbyśmy wciąż oglądali „Milczenie owiec”! A jeśli ktoś zwracając się do niego dodaje jeszcze tytuł „Sir”, widać niemalże, jak Tony dostaje gęsiej skórki. On wciąż skraca dystans.

Jak wyglądała droga Jonathana Pryce’a do zrozumienia swojego bohatera – papieża Franciszka?

Jonathan jest trochę jak Jorge Bergoglio. Szybko chodzi, ma tysiąc pomysłów na minutę. Ściska dłoń wielu osobom, uśmiecha się, jest bardzo ciepły i przyjacielski. Jest energiczny i najbardziej lubi improwizację. Tony i Jonathan to dwie zupełnie inne wizje aktorstwa. Tony uważnie kontroluje, co robi. Jonathan przeciwnie – głównie reaguje na to, co podrzuca mu partner. Jest jak muzyk jazzowy w porównaniu do klasycznie wykształconego Tony’ego. Jednak razem świetnie się dopełniają i współgrają.

Opinia publiczna ma chyba podobny obraz papieża Benedykta i Franciszka. Jeden to teoretyk zamknięty w bibliotece nad zakurzonymi zwojami, drugi to ktoś, kto prosto z mszy pójdzie tańczyć tango. Takimi też pokazuje ich pan w swoim filmie.

Takie było założenie. Papież Benedykt nigdy nie był moim ulubieńcem. Razem z ekipą wykonaliśmy jednak swoją pracę. Rozmawialiśmy z kościelnymi hierarchami, ale i z osobami świeckimi, które miały do niego dostęp na co dzień. Okazało się, że cieszy się on ogromnym szacunkiem, jest uznawany za jednego z najbardziej światłych i najlepiej przygotowanych naukowców. Skromny, nieśmiały i wrażliwy. A kiedyś myślałem, że jest arogantem! Mam wrażenie, że obu postaciom oddaliśmy sprawiedliwość.

Myśli pan, że papież Franciszek zobaczy film? Oceni go pozytywnie?

Mam nadzieję! Myślę, że byłby zaskoczony do jak wielu bliskich mu miejsc i osób udało nam się dotrzeć. Kręciliśmy w Buenos Aires. Znaleźliśmy miejsca, gdzie Bergoglio bywał, zaprosiliśmy nawet do udziału w filmie fryzjera, który strzygł go przez lata, miesiąc w miesiąc! Byliśmy w jego seminarium duchownym, nawet w kościele i konfesjonale, w którym zdał sobie sprawę z własnego powołania.

Z oczywistych względów nie kręciliście jednak w Kaplicy Sykstyńskiej.

Nie. Ale zbudowaliśmy ją w studiu filmowym Cinecittá na przedmieściach Rzymu. Dostaliśmy jednak pozwolenie, żeby spokojnie wszystko pooglądać, bez tłumu turystów wokół. Mieliśmy też okazję wejść na chwilę do słynnego „Pokoju Łez”. To pomieszczenie obok Kaplicy Sykstyńskiej, do którego papież udaje się zaraz po swoim wyborze. Nazwa bierze się od silnych emocji świeżo wybranych papieży, dla których to często jedyna chwila wytchnienia i samotności przez rozpoczęciem nowych, trudnych obowiązków. Byłem tam ja, nasz scenograf i operator. Mogliśmy wziąć ze sobą telefony, więc jak szaleni robiliśmy zdjęcia. Scenograf wszystko szybko zmierzył. Pozostałe miejsca, w których kręciliśmy, znajdują się w okolicach Rzymu, ale nie należą do Watykanu. Watykan niespecjalnie chce być kojarzony z kinem. Wysłali nam sporo materiałów wizualnych, ale to tyle. Nie dziwię się. Wielu twórców przede mną próbowało ich namówić na współpracę, zawsze bezskutecznie.

Trudna współpraca jest chyba panu nieobca. Piętnaście lat temu pana film „Miasto Boga” okazał się „czarnym koniem” Oscarów, a w jego dystrybucję na terenie Stanów, która zapewniła tytułowi rozpoznawalność, zaangażowany był Harvey Weinstein i jego firma Miramax.

„Miasto Boga” było filmem niezależnym. Ale rzeczywiście Miramax miał mieć duży udział w finansowaniu. Z jakiegoś powodu, którego do tej pory nie poznałem, na dwa miesiące przed rozpoczęciem zdjęć, Weinstein się wycofał. Musiałem się mocno postarać, żeby skończyć film własnymi środkami. Po montażu, kiedy ostateczna wersja była gotowa, zadzwoniłem do Harveya. Zgodził się film obejrzeć i ostatecznie go kupił. To był czas, kiedy wystartowaliśmy z premierą „Miasta Boga” w Brazylii. Producenci zgłosili go do Oscarów w kategorii filmu nieanglojęzycznego, ale przepadł, nie dostał żadnej nominacji. Jednak Harvey się uparł. Zorganizował całą kampanię, o której nie miałem zielonego pojęcia, bo zajmowałem się już wtedy kolejnym filmem, „Wiernym ogrodnikiem” z Ralphem Fiennesem i Rachel Weisz. Nagle dostałem wiadomość, że „Miasto Boga” dostało aż cztery nominacje. Jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Wspominał pan, że chociaż tytuł pana filmu brzmi „Dwóch papieży”, to wcale nie jest obraz dla miłośników kościelnej hierarchii, katolików czy wyznawców jakiejkolwiek wiary. Dla kogo zatem?

Chciałbym, aby był dla wszystkich. By przypomniał o sile dialogu. Jesteśmy dziś bardzo podzieleni. Stany Zjednoczone nie mogą dojść o porozumienia w sprawie własnego prezydenta. Wielka Brytania kłóci się o brexit. To samo dotyczy mojej rodzinnej Brazylii czy Polski. Nie lubimy słuchać drugiej strony, nie poświęcamy jej wystarczająco dużo czasu i uwagi. Jest taka scena w „Dwóch papieżach”, w której papież Benedykt mówi do Franciszka: „Nie zgadzam się z niczym, co w tej chwili powiedziałeś, ale kto wie, może masz rację!”. To jest właśnie tolerancja i zrozumienie. Dwóch ludzi może się nie lubić, ale nie mogą pozostawać ślepi na siłę własnych argumentów. Powinni też dopuścić myśl, że może po prostu się mylą. Jednak aby się do tego przyznać, potrzeba wielkich ludzi. Niekoniecznie papieży.

Fernando Meirelles – ur. w 1955 r. brazylijski reżyser i scenarzysta. Dla kina porzucił architektur i pracę w reklamie. Zrobił m.in. „Masta Boga”, „Wiernego Ogrodnika” i „Miasta ślepców”. Dla Netfliksa zrealizował „Dwóch papieży”.

Okładka tygodnika WPROST: 9/2020
Artykuł został opublikowany w 9/2020 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:

Czytaj także

 0

Czytaj także