Vučić odchodzi, żeby zostać. Serbia przed najważniejszym testem od lat

Vučić odchodzi, żeby zostać. Serbia przed najważniejszym testem od lat

Dodano: 
Były prezydent Serbii Aleksander Vučić
Były prezydent Serbii Aleksander Vučić Źródło: Newspix.pl
Aleksandar Vučić rezygnuje z urzędu prezydenta Serbii, ale nie z polityki. Wszystko wskazuje na to, że chce wrócić jako premier. Zmiany w kraju, w którym przez ponad dekadę najważniejsza była nie tyle nazwa stanowiska, ile nazwisko człowieka stojącego w centrum systemu. Jednak tym razem Vučić mierzy się z czymś, czego jego obóz dawno nie doświadczał, masowym ruchem społecznym, mobilizacją studentów i wyborami, których wynik nie wydaje się całkowicie przesądzony.

27 września Aleksandar Vučić zrezygnował ze stanowiska prezydenta Serbii, osiem miesięcy przed końcem swojej drugiej i ostatniej możliwej kadencji. Nie oznacza to jednak politycznej emerytury. Już 25 października odbędą się przedterminowe wybory parlamentarne, a Vučić chce po nich objąć urząd premiera.

– Wygląda na to, że właśnie nie planuje odchodzić – mówi Tomasz Żornaczuk z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych. – Stąd te, klasyczne już w Serbii, przedterminowe wybory parlamentarne.

W normalnym kalendarzu politycznym wybory prezydenckie odbyłyby się wcześniej niż parlamentarne. To oznaczałoby okres, w którym po zakończeniu kadencji Vučić formalnie pozostawałby poza głównym centrum władzy. Przyspieszenie wyborów parlamentarnych ma ten problem usunąć.

Żornaczuk przypomina, że w czasie rządów obozu Vučića przedterminowe wybory stały się w Serbii raczej regułą niż wyjątkiem. To instrument polityczny, który pozwala władzy wybierać moment głosowania wtedy, gdy uważa go za korzystny.

Tym razem jednak stawka jest większa niż zwykle.

Państwo skupione wokół jednego człowieka

Żeby zrozumieć znaczenie obecnej dymisji, trzeba najpierw oddzielić serbską konstytucję od serbskiej praktyki politycznej.

Formalnie Serbia jest republiką parlamentarną. To rząd z premierem na czele powinien stanowić główny ośrodek władzy wykonawczej. Prezydent ma kompetencje bardziej ograniczone i reprezentacyjne. Przez lata wyglądało to jednak inaczej.

– System był budowany zarówno w Serbskiej Partii Postępowej, jak i w całym państwie wokół Vučića. Formalnie prerogatywy prezydenta Serbii są raczej reprezentacyjne, ale to zawsze on był w centrum uwagi. To on decydował o delegowaniu określonych ludzi w partii czy na stanowiska państwowe – mówi Jan Nowinowski z Ośrodka Studiów Wschodnich.

W praktyce oznaczało to osobliwy układ. Serbia miała premiera, ale najważniejsze decyzje pozostawały przy prezydencie.

– Vučić podejmował kluczowe decyzje i wszyscy o tym wiedzieli. To on spotykał się z najważniejszymi światowymi liderami, podpisywał umowy i zazwyczaj brylował w mediach – dodaje Nowinowski.

Dlatego ewentualne przejście Vučića na stanowisko premiera może być mniej radykalne, niż sugerowałaby sama zmiana urzędu.

– Na poziomie formalnym zmiana nie będzie żadna – ocenia Żornaczuk.

Dlaczego Vučić odszedł właśnie teraz?

Sama dymisja nie była konieczna. Vučić mógł pozostać prezydentem aż do momentu, gdy wynik wyborów parlamentarnych stworzyłby mu możliwość objęcia stanowiska szefa rządu. Zdecydował się jednak odejść wcześniej.

Nowinowski uważa, że ten ruch należy czytać także jako komunikat wysłany na Zachód.

– Wydaje mi się, że Vučić robi to bardziej po to, żeby uwiarygodnić się przed partnerami z Zachodu. Żeby w relacjach zwłaszcza z Unią Europejską i państwami unijnymi pokazać: zobaczcie, nie wykorzystałem swojej pozycji prezydenta, zrezygnowałem – mówi.

Serbskie prawo ogranicza możliwość wykorzystywania funkcji państwowej w kampanii partyjnej. Problem w tym, że, jak wskazuje ekspert, Vučić angażował się politycznie jeszcze przed formalnym złożeniem urzędu.

Gest ma więc znaczenie przede wszystkim wizerunkowe. Przez lata część zachodnich partnerów była wobec Vučića wyrozumiała mimo zarzutów dotyczących stanu demokracji, mediów i standardów wyborczych. Powód był prosty, serbski przywódca był postrzegany jako polityk gwarantujący stabilność na Bałkanach.

Tyle że dziś to właśnie stabilność serbskiego systemu zaczyna być poddawana próbie.

Wybory w Serbii, ale bez znaku równości

Największy problem z pytaniem „kto wygra?” polega na tym, że w Serbii sama kampania nie odbywa się w warunkach równej rywalizacji. Nowinowski mówi o tym bez większych zastrzeżeń:

– Absolutnie nie możemy mówić o rywalizacji równorzędnej. Obóz rządzący dysponuje szeregiem przewag. Pierwsza to cała architektura medialna. Mediów opozycyjnych czy niezależnych jest w Serbii bardzo niewiele, natomiast istnieje cała przestrzeń środków przekazu powiązanych z rządzącymi – tłumaczy.

Według niego skutkiem jest wyraźna asymetria w kampanii. SNS i Vučić otrzymują więcej przestrzeni, a opozycja i środowiska studenckie pojawiają się rzadziej i często w negatywnym świetle.

Do tego dochodzą problemy, które pojawiały się już przy wcześniejszych głosowaniach: nieaktualizowany rejestr wyborców, dowożenie wyborców, kupowanie głosów czy rozbudowane sieci klientelistyczne. Szczególnie istotny jest ten ostatni mechanizm.

– Jeżeli ktoś chciał otrzymać pracę w sektorze publicznym, należało do partii należeć albo w jakiś sposób z nią współpracować – mówi Nowinowski. W zamian od beneficjentów systemu można później oczekiwać politycznej lojalności i mobilizowania kolejnych głosów.

Żornaczuk opisuje ten proces szerzej.

– Ta popularność wynika w pewnym stopniu z powszechnego upartyjnienia państwa – mówi.

Jeszcze przed falą protestów SNS była partią wyjątkowo masową. Członkostwo i polityczne powiązania dawały dostęp do wpływów, stanowisk i korzyści, które w przypadku zmiany władzy mogłyby zostać utracone.

Do tego dochodzi dominacja medialna.

– To, że jego partia jest promowana przez media, które niemal wszystkie są pod wpływem albo kontrolą władzy, jest kluczową sprawą – podkreśla Żornaczuk.

To wszystko sprawia, że wynik wyborów nie będzie prostym testem popularności partii. Będzie też testem tego, jak trwały jest system zbudowany przez SNS przez ostatnią dekadę.

Nowy Sad zmienił reguły gry

Serbia protestowała już wcześniej. Były demonstracje przeciwko planom wydobycia litu, przeciwko przemocy czy polityce władz. Zwykle miały jednak określony temat i stopniowo traciły energię. Listopad 2024 r. okazał się inny.

Katastrofa budowlana na dworcu w Nowym Sadzie, w której zginęło 16 osób, stała się dla części społeczeństwa symbolem znacznie szerszego problemu.

– Katastrofa ta była kroplą, która przelała czarę goryczy. To, co się tam wydarzyło, stało się symbolem patologii rządów – prawdopodobnej korupcji i niejasności wokół realizowanej inwestycji – ocenia Nowinowski.

Najważniejsze było jednak to, kto przejął inicjatywę. Studenci. Ludzie młodzi, którzy wcześniej często byli postrzegani jako politycznie bierni i którzy nie identyfikowali się z tradycyjnymi partiami opozycyjnymi.

– Kiedy przejęli inicjatywę, zaczęli organizować blokady, protesty i okupacje wydziałów uniwersyteckich. To, że byli to ludzie niepowiązani z żadną partią, którzy po prostu mieli dość tego, jak wygląda ich państwo, przyciągnęło poparcie na niespotykaną wcześniej skalę – mówi ekspert OSW.

I właśnie ta bezpartyjność może być ich największym atutem.

Studenci zrobili coś, czego wcześniej nie potrafiła opozycja

Ruch studencki świadomie unika części najbardziej polaryzujących dla Serbów tematów. Nie buduje swojej tożsamości przede wszystkim wokół integracji europejskiej. Nie definiuje się poprzez stosunek do sankcji wobec Rosji. Nie próbuje od razu rozwiązywać wszystkich sporów dotyczących polityki zagranicznej. Koncentruje się na państwie, korupcji, regułach wyborczych i odsunięciu obecnego obozu od władzy.

Na listach znaleźli się naukowcy, lekarze, artyści, sportowcy i aktywiści, którzy wcześniej nie pełnili eksponowanych funkcji partyjnych.

– Dzięki temu ruch studencki cieszy się dziś poparciem bardzo zróżnicowanego elektoratu – zarówno ludzi, którzy wcześniej głosowali na partie proeuropejskie, jak i tych bardziej narodowo zorientowanych – wyjaśnia Nowinowski.

Przez lata przeciwnicy Vučića mieli problem nie tylko z dostępem do mediów i nierównymi warunkami gry, lecz także z własnym rozdrobnieniem i ograniczoną zdolnością do wychodzenia poza stały elektorat. Studenci próbują ominąć ten problem, budując ruch wokół wspólnego mianownika.

Czy Vučić może przegrać?

Na to pytanie obaj eksperci odpowiadają ostrożnie.

W Serbii brakuje jednoznacznych, szeroko dostępnych badań opinii publicznej. Sondaże potrafią różnić się od siebie na tyle mocno, że trudno na ich podstawie zbudować wiarygodną prognozę. Nowinowski zwraca jednak uwagę, że w części badań, do których dostęp mają serbscy analitycy i komentatorzy, Studencka Lista prowadzi.

– To absolutnie największe wyzwanie w okresie 14 lat rządów Serbskiej Partii Postępowej – mówi. – Nie powiedziałbym, że wszystko jest w tym momencie ustalone.

Kluczowa może okazać się frekwencja. SNS dysponuje zdyscyplinowanym i stabilnym elektoratem. Im więcej osób spoza tej grupy pójdzie do urn, tym trudniejsza staje się sytuacja obozu władzy. To także jeden z powodów, dla których rozdzielenie wyborów parlamentarnych i prezydenckich może działać na korzyść Vučića.

– Wysoka frekwencja w wyborach parlamentarnych nie służyłaby Vučićowi i obozowi władzy – ocenia Nowinowski.

Ekspert dopuszcza przy tym scenariusz znacznie bardziej konfliktowy.

– Wyobrażam sobie sytuację, w której 25 października wieczorem obydwie strony ogłaszają zwycięstwo. Wtedy mielibyśmy sytuację problematyczną, która może prowadzić do eskalacji napięć – mówi.

W takim wariancie duże znaczenie może mieć jakość monitorowania wyborów oraz reakcja partnerów zagranicznych. Żornaczuk także przestrzega przed zakładaniem z góry zwycięstwa obecnej władzy.

– Nie zakładałbym z całą pewnością, że Vučić te wybory wygra. Nie wiemy, jak zachowa się władza przy przeprowadzaniu wyborów, choć stawka jest bardzo duża – podkreśla.

I właśnie w tym tkwi paradoks obecnej sytuacji. Vučić wciąż pozostaje centralną postacią serbskiej polityki, a jego partia ma ogromną przewagę instytucjonalną. Jednocześnie po raz pierwszy od lat sama zdolność systemu do utrzymania społecznego poparcia została tak wyraźnie wystawiona na próbę.

Co ma z tym wspólnego Polska?

Z polskiej perspektywy może się wydawać, że to odległy spór polityczny na Bałkanach. Żornaczuk uważa jednak, że wynik tej rozgrywki ma znaczenie także dla Warszawy.

– W interesie Polski jest pokój w Europie, w tym na Bałkanach. Większa jest szansa, że zapewnią go politycy przestrzegający standardów europejskich niż tacy, którzy ich nie przestrzegają – mówi.

Polska należy do państw popierających rozszerzenie Unii Europejskiej. Tymczasem negocjacje akcesyjne Serbii od lat pozostają w stagnacji. Problemem jest nie tylko tempo reform. Serbia nie dostosowała w pełni swojej polityki zagranicznej do wspólnej polityki UE i nie przyłączyła się do unijnych sankcji na Rosję i Białoruś.

Belgrad od lat utrzymuje relacje jednocześnie z Unią Europejską, Rosją, Chinami i Stanami Zjednoczonymi. Formalnie Serbia chce dołączyć do UE.

– Deklaratywnie chce. Natomiast faktyczne działania z ostatniej dekady, a szczególnie ostatnich dwóch lat, na to nie wskazują – ocenia Żornaczuk.

Z perspektywy władz takie balansowanie ma jednak zalety. Jednoznaczne wejście na ścieżkę europejską wymagałoby reform, które uderzałyby w mechanizmy obecnego systemu.

– Porzucenie balansowania wiązałoby się z obraniem strategicznego kierunku UE i wdrażaniem polityki na rzecz realizacji tego celu. A to oznaczałoby potrzebę zwalczania korupcji, i przestępczości zorganizowanej czy odpolitycznienia mediów – mówi Żornaczuk.

To właśnie tu polityka zagraniczna zaczyna łączyć się z polityką wewnętrzną. Integracja europejska oznaczałaby nie tylko wybór geopolityczny. Wymagałaby także zmiany sposobu działania samego państwa.

Vučić odchodzi. Vučić zostaje?

Październikowe wybory nie będą więc wyłącznie zwykłym głosowaniem nad tym, kto zostanie premierem. Będą testem czy system zbudowany wokół Aleksandara Vučića nadal potrafi działać tak skutecznie jak przez poprzednią dekadę.

Po jednej stronie pozostaje potężna struktura partyjna, wpływ na instytucje, media i administrację. Po drugiej pojawił się ruch, który wyrósł poza tradycyjną polityką i zdołał zmobilizować ludzi, którzy wcześniej pozostawali bierni. Dlatego sama dymisja Vučića niewiele rozstrzyga.

Nie ma właściwie znaczenia, czy Vučić sprawuje władzę z pozycji prezydenta nieformalnie, z pozycji premiera formalnie czy – jak wcześniej – z pozycji wicepremiera. Tak czy inaczej byłby główną osobą kierującą serbską polityką – podsumowuje Żornaczuk.