PE zainteresował się Janem Masielem

PE zainteresował się Janem Masielem

Dodano:   /  Zmieniono: 1
Unijne Biuro do Walki z Nadużyciami Finansowymi (OLAF) oraz służby finansowe Parlamentu Europejskiego (PE) zapoznają się z opublikowanym w środę artykułem "Dziennika" o eurodeputowanym Janie Masielu, który miał wyłudzić środki PE.

Poseł Masiel odrzucił większość z nich: fikcyjne zatrudnianie opłacanych przez PE asystentów, którzy mieli się dzielić wynagrodzeniem z eurodeputowanym, przedstawianie do zwrotu fikcyjnych faktur oraz finansowanie z pieniędzy PE jego partii.[[mm_1]][[mm_2]]

Potwierdził natomiast, że zatrudniał żonę jako swoją asystentkę parlamentarną, opłacaną z funduszy PE. Masiel przyznał, że może to budzić zastrzeżenia z etycznego punktu widzenia. Przyznał, że popełnił błąd i dlatego jeszcze w środę rozwiąże z nią kontrakt.

"Ona nie była moją żoną jeszcze rok temu. Ja potępiam swoje zachowanie, czyli zatrudnianie jej po naszym ślubie 14 kwietnia 2007. Przymierzałem się rozwiązać umowę, zawsze o tym myślałem, ale nie miałem czasu, a potem zapomniałem" - powiedział.

"Nadużyłem zaufania Parlamentu Europejskiego i wyborców. Krytykuję siebie za to i przepraszam wyborców, ubolewam i potępiam" - dodał Masiel. Zaznaczył, że utrzymuje z żoną rozłączność majątkową.

Regulamin PE nie zakazuje zatrudniania członków rodziny. Ale PAP dowiedziała się ze źródeł w administracji PE, że służby finansowe Parlamentu Europejskiego i tak zainteresowały się opublikowanym w środę artykułem.

"Służby finansowe poprosiły o dokładne tłumaczenie artykułu" - powiedziały PAP pragnące zachować anonimowość źródła.

Także OLAF zapoznaje się z opublikowanym w środę artykułem. "Tak, wiemy, że taki artykuł się ukazał. Przeczytamy go i przeanalizujemy" - usłyszała PAP w serwisie prasowym OLAF - instytucji, której zadaniem jest ochrona interesów finansowych Unii Europejskiej, walka z oszustwami, korupcją i jakąkolwiek niewłaściwą działalnością w instytucjach UE.

W przeszłości zdarzało się, że OLAF wszczynał dochodzenie w sprawie eurodeputowanych z własnej inicjatywy, na wniosek asystentów lub służb finansowych PE.

Rzeczniczka PE Majory Van den Broeke przypomniała PAP obowiązujące w PE procedury: nawet po upływie roku fiskalnego, służby finansowe mogą domagać się od eurodeputowanego dostarczenia dokumentów udowadniających poniesione wydatki. Gdy poseł lub posłanka nie jest w stanie - musi zwrócić pieniądze. W skrajnych przypadkach, gdy służby finansowe podejrzewają, że mogło dojść do poważnych nadużyć, mogą zwrócić się do OLAF-a.

"To są jednak przypadki bardzo, bardzo rzadkie" - powiedziała PAP rzeczniczka.

Artykuł "Dziennika" to pokłosie afery w związku z wewnętrznym audytem PE, który w lutym wykazał patologie w systemie opłacania pracowników biur europosłów, wskazując np. że pieniądze PE trafiały nie do asystentów, ale dziwnych odbiorców (np. firm specjalizujących się opieką nad dziećmi czy handlem drewnem) i sugerując, że w rzeczywistości eurodeputowani dorabiają tak do swoich pensji i diet.

Każdy z 875 eurodeputowanych otrzymuje z budżetu PE na prowadzenie biura, a zwłaszcza na płace i ubezpieczenia zatrudnianych asystentów, 15,5 tys. euro miesięcznie. Każdy sam decyduje ilu asystentów zatrudni w Brukseli i u siebie w kraju i ile im zapłaci.

Audyt zbadał wyrywkowo 167 przypadków płatności dokonanych w latach 2004-2005. Raport z jego wynikami, ale bez podawania nazwisk eurodeputowanych, jest poufny i mają do niego dostęp tylko eurodeputowani z Komisji Kontroli Budżetowej PE. Częściowo ujawnił je na swoich stronach internetowych holenderski europoseł z Frakcji Zielonych Paul van Buitenen.

Po nagłośnieniu skandalu, w marcu biuro PE, czyli przewodniczący i jego zastępcy zaproponowali, by do najbliższych wyborów w czerwcu 2009 roku rządy państw UE przyjęły nowe i jednakowe dla wszystkich zasady opłacania asystentów bez pośrednictwa eurodeputowanych, pozostawiając posłom prawo do wyboru personelu.

"Nie możemy pozwolić, by ta sprawa zatruła kampanię wyborczą do Parlamentu Europejskiego" - argumentował wiceprzewodniczący PE Gerard Onesta. Według niego nie ma więcej niż 10 proc. "czarnych owiec" wśród 785 eurodeputowanych, a nadużycia dotyczą zarówno europosłów z nowych, jak i starych państw członkowskich.

Poza środkami na biuro, każdy eurodeputowany otrzymuje dietę w wysokości 287 euro za każdy przepracowany w Strasburgu i Brukseli dzień. Ponadto pobiera pensję z budżetu swojego kraju w wysokości odpowiadającej zarobkom posła narodowego (w Polsce to ok. 10 tys. złotych, a we Włoszech ok. 12 tys. euro). To zmieni się od nowej kadencji PE w 2009 roku. Wraz z wejściem w życie nowego statusu eurodeputowanego, wszyscy dostaną tyle samo - po ok. 9,5 tys. euro miesięcznie.

W rozmowie z PAP Masiel stanowczo zaprzeczył, jakoby zatrudniał fikcyjnych asystentów, przedstawiał do rozliczenia fikcyjne faktury, a także np. sfinansował z funduszy PE w styczniu konferencję programową PSL "Piast" w Kazimierzu Dolnym.

"To nieprawda. W artykule zostały użyte zbyt mocne słowa typu: kradnie" - zapewnił Masiel. Dodał, że opisane w artykule wystawione w 2005 roku zlecenie dla firmy należącej do działaczki Samoobrony Anny Kalaty, na dostarczenie gadżetów reklamowych, "było jak najbardziej prawdziwe".

Powołując się na współpracowników Masiela "Dziennik" napisał, że obie faktury (na 35 tys. i 16 tys. złotych) są fikcyjne, a "setki gadżetów nigdy nie zostały wyprodukowane".

"Nie mam pretensji do prasy, że zajmuje się śledzeniem działalności posłów, ale dziwi mnie, że tego rodzaju informacje trafiają na pierwsze strony gazet. O wielu posłach można by napisać podobnie, choć nie wiem, czy o polskich" - powiedział Masiel. Ubolewał, że od kiedy z Samoobrony przeszedł do PSL "Piast" "pada ofiarą ataków mniej czy bardziej uzasadnionych".

pap, s

 1

Czytaj także