„Holokaust dla Afryki”, „Wyrok śmierci dla miliardów ludzi”, „Koniec świata” – taki mniej więcej jest ton komentarzy po tym jak na szczycie w Kopenhadze przywódcy postanowili, że zamiast zarzynać swoje gospodarki będą walczyli o dobro planety biorąc pod uwagę fakt, że ktoś za to będzie musiał zapłacić. I na pewno nie będą to ekolodzy, których lider Greenpeace Kumi Naidoo zachęca do nowych, niestandardowych metod nieposłuszeństwa obywatelskiego – nawet takich, które mogą ich zaprowadzić do więzienia. Aż strach pomyśleć o czym myśli Naidoo.
Powtarzana do znudzenia, a jednocześnie wiecznie prawdziwa maksyma mówi, że jeśli nie wiadomo o co chodzi to z całą pewnością chodzi o pieniądze. Tak jest i z globalnym ociepleniem – ekologom zależy na tym, by świat interesował się problemem, bo wtedy oni będą mieli z czego żyć, z kolei liderzy państw myślą raczej o tym, by po zredukowaniu emisji dwutlenku węgla o 20, 30, 50, czy 150 procent mieli jeszcze parę euro, dolarów, złotych (w zależności od państwa) na inne drobiazgi – takie jak budowa dróg, obronność państwa, czy pensje dla urzędników. Niestety hasłami o ekologii nikt jeszcze nikogo nie nakarmił.
„Jeśli nie zredukujemy emisji dwutlenku węgla nie będzie już kogo karmić" – zakrzyknąłby w tym momencie radykalny ekolog, a gdyby posłuchał rady Naidoo pewnie spróbowałby mi wyperswadować niesłuszne poglądy w jakiś bardziej dosadny sposób, ale na szczęście oddziela mnie od ekologów ekran monitora, a w okolicy żaden miłośnik czystego powietrza się nie czai, więc mogę przedstawić swoje racje bez narażania się na owe „niestandardowe metody nieposłuszeństwa". Wizja globalnego ocieplenia spowodowanego przez człowieka jest bowiem cokolwiek wątpliwa. Faktycznie – od 1850 roku, od kiedy zaczęto prowadzić pomiary średnia temperatura na ziemi podniosła się. Tylko czy to o czymś świadczy? Problem numer jeden brzmi: przed 1850 rokiem pomiarów nie prowadzono, a 150 lat to za mało by wygłaszać jakieś autorytatywne opinie na temat zmiany klimatu. Epoki lodowcowe trwały po kilkanaście tysięcy lat – gdyby ktoś się skoncentrował na wybranym 150-letnim odcinku mógłby np. zauważyć, że temperatura nieznacznie się podnosi – i obwieścić, że w tym momencie epoka lodowcowa się skończyła – podczas gdy za kolejne 150 lat byłoby dwa razy zimniej niż na początku badań. Poza tym – nie mamy pojęcia jak kształtowały się temperatury przed 1850 rokiem. Wiemy np. że w okresie wojny trzydziestoletniej doszło do gwałtownego ochłodzenia się klimatu w Europie co okazało się zabójcze dla rolnictwa. A może wcześniej były analogiczne ocieplenia? I raczej nie spowodował ich człowiek, który w tamtym czasie jeżeli coś palił – to byli to przede wszystkim heretycy, nie węgiel, więc o nadmiernej emisji CO2 nie mogło być mowy.
Po drugie ekolodzy zbyt megalomańsko patrzą na człowieka. Ziemia przetrwała już gorsze kataklizmy niż obecność naszego gatunku. Co jakiś czas z nieznanych nam przyczyn wymierało na naszej planecie do 90 procent żyjących tu istot, a mimo to jakoś się ten cały interes kręcił dalej. Ale skoro już ekolodzy tak bardzo martwią się o CO2 emitowane przez człowieka to co powiedzą na to, że dziś regularnie emituje go w ramach oddychania 6 miliardów ludzi, podczas gdy jeszcze wiek temu było nas o ładnych kilka miliardów mniej. I co z tym fantem zrobić? Aż dziw, że Greenpeace nie zauważył jeszcze tego problemu i nie wymaga od przywódców światowych wprowadzenia restrykcji w rozmnażaniu się ludzi. Gdyby udało się wrócić do pięknych czasów przedcywilizacyjnych, kiedy było nas wszystkiego parę milionów, żyliśmy w jaskiniach, nie mieliśmy prądu i jedliśmy surowe mięso czyż wtedy nie byłoby chłodniej?
Nie chodzi tu bynajmniej o potępianie w czambuł całej ekologicznej ideologii i zachęcanie ludzi do radosnego niszczenia planety. Chodzi jednak o rozsądek. Czy naprawdę musimy sprowadzić sobie na głowę spowolnienie gospodarcze związane z kosztownym przekształcaniem gospodarki na proekologiczny model w ekspresowym tempie, skoro fakt, że zbliża się klimatyczna katastrofa jest tylko hipotezą – w dodatku dość często racjonalnie podważaną? W imię czego USA mają dopłacać uważającym się za kraj III świata Chinom, które zbroją się na potęgę, by ten drugi kraj łaskawie zgodził się rozważyć postulaty ekologów i zamknąć parę węglowych elektrowni? Dlaczego Polska ma nie nadrabiać cywilizacyjnego dystansu jaki zafundowała nam Europa Zachodnia pozostawiając nas po niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny tylko dlatego, że Al Gore nakręcił wstrząsający dokument, którego tezy podważa jednak wielu naukowców, a sam Gore występując na szczycie w Kopenhadze posługiwał się jawnie fałszywymi danymi? Czy nie możemy dochodzić do wszystkiego nieco wolniej i spokojniej?
Ekolodzy mówią „Koniec świata" – ja mówię, że koniec świata byłby wtedy gdyby w Kopenhadze wszyscy radośnie przyjęli, że nie bacząc na koszty będziemy walczyć o klimat do ostatniego dolara. Wtedy być może nie mielibyśmy już problemu globalnego ocieplenia, ale nie wiadomo czy globalne ogłupienie, którego przejawem byłaby taka decyzja, nie byłoby w gruncie rzeczy groźniejsze.
„Jeśli nie zredukujemy emisji dwutlenku węgla nie będzie już kogo karmić" – zakrzyknąłby w tym momencie radykalny ekolog, a gdyby posłuchał rady Naidoo pewnie spróbowałby mi wyperswadować niesłuszne poglądy w jakiś bardziej dosadny sposób, ale na szczęście oddziela mnie od ekologów ekran monitora, a w okolicy żaden miłośnik czystego powietrza się nie czai, więc mogę przedstawić swoje racje bez narażania się na owe „niestandardowe metody nieposłuszeństwa". Wizja globalnego ocieplenia spowodowanego przez człowieka jest bowiem cokolwiek wątpliwa. Faktycznie – od 1850 roku, od kiedy zaczęto prowadzić pomiary średnia temperatura na ziemi podniosła się. Tylko czy to o czymś świadczy? Problem numer jeden brzmi: przed 1850 rokiem pomiarów nie prowadzono, a 150 lat to za mało by wygłaszać jakieś autorytatywne opinie na temat zmiany klimatu. Epoki lodowcowe trwały po kilkanaście tysięcy lat – gdyby ktoś się skoncentrował na wybranym 150-letnim odcinku mógłby np. zauważyć, że temperatura nieznacznie się podnosi – i obwieścić, że w tym momencie epoka lodowcowa się skończyła – podczas gdy za kolejne 150 lat byłoby dwa razy zimniej niż na początku badań. Poza tym – nie mamy pojęcia jak kształtowały się temperatury przed 1850 rokiem. Wiemy np. że w okresie wojny trzydziestoletniej doszło do gwałtownego ochłodzenia się klimatu w Europie co okazało się zabójcze dla rolnictwa. A może wcześniej były analogiczne ocieplenia? I raczej nie spowodował ich człowiek, który w tamtym czasie jeżeli coś palił – to byli to przede wszystkim heretycy, nie węgiel, więc o nadmiernej emisji CO2 nie mogło być mowy.
Po drugie ekolodzy zbyt megalomańsko patrzą na człowieka. Ziemia przetrwała już gorsze kataklizmy niż obecność naszego gatunku. Co jakiś czas z nieznanych nam przyczyn wymierało na naszej planecie do 90 procent żyjących tu istot, a mimo to jakoś się ten cały interes kręcił dalej. Ale skoro już ekolodzy tak bardzo martwią się o CO2 emitowane przez człowieka to co powiedzą na to, że dziś regularnie emituje go w ramach oddychania 6 miliardów ludzi, podczas gdy jeszcze wiek temu było nas o ładnych kilka miliardów mniej. I co z tym fantem zrobić? Aż dziw, że Greenpeace nie zauważył jeszcze tego problemu i nie wymaga od przywódców światowych wprowadzenia restrykcji w rozmnażaniu się ludzi. Gdyby udało się wrócić do pięknych czasów przedcywilizacyjnych, kiedy było nas wszystkiego parę milionów, żyliśmy w jaskiniach, nie mieliśmy prądu i jedliśmy surowe mięso czyż wtedy nie byłoby chłodniej?
Nie chodzi tu bynajmniej o potępianie w czambuł całej ekologicznej ideologii i zachęcanie ludzi do radosnego niszczenia planety. Chodzi jednak o rozsądek. Czy naprawdę musimy sprowadzić sobie na głowę spowolnienie gospodarcze związane z kosztownym przekształcaniem gospodarki na proekologiczny model w ekspresowym tempie, skoro fakt, że zbliża się klimatyczna katastrofa jest tylko hipotezą – w dodatku dość często racjonalnie podważaną? W imię czego USA mają dopłacać uważającym się za kraj III świata Chinom, które zbroją się na potęgę, by ten drugi kraj łaskawie zgodził się rozważyć postulaty ekologów i zamknąć parę węglowych elektrowni? Dlaczego Polska ma nie nadrabiać cywilizacyjnego dystansu jaki zafundowała nam Europa Zachodnia pozostawiając nas po niewłaściwej stronie żelaznej kurtyny tylko dlatego, że Al Gore nakręcił wstrząsający dokument, którego tezy podważa jednak wielu naukowców, a sam Gore występując na szczycie w Kopenhadze posługiwał się jawnie fałszywymi danymi? Czy nie możemy dochodzić do wszystkiego nieco wolniej i spokojniej?
Ekolodzy mówią „Koniec świata" – ja mówię, że koniec świata byłby wtedy gdyby w Kopenhadze wszyscy radośnie przyjęli, że nie bacząc na koszty będziemy walczyć o klimat do ostatniego dolara. Wtedy być może nie mielibyśmy już problemu globalnego ocieplenia, ale nie wiadomo czy globalne ogłupienie, którego przejawem byłaby taka decyzja, nie byłoby w gruncie rzeczy groźniejsze.