Chiny: dysydenci chcą wrócić do kraju

Chiny: dysydenci chcą wrócić do kraju

Dodano:   /  Zmieniono: 
Wang po masakrze spędził cztery lata w więzieniu.(fot. EPA/HOW HWEE YOUNG )
Dysydenci i przywódcy ruchu studenckiego na rzecz demokracji na Placu Tiananmen w 1989 r. wezwali władze Chin o pozwolenie na powrót do kraju. Swój apel wystosowali w niedzielę poprzez organizację Praw Człowieka w Chinach (Human Rights In China, HRIC).

- Z powodów politycznych odmawia się nam odnowienia paszportów, zostały one unieważnione lub odmawia się nam wjazdu do Chin. W skrócie, zostaliśmy pozbawieni naszego prawa powrotu do ojczyzny - napisali na  stronie HRIC dysydenci Wang Dan, Wu'er Kaixi, Hu Ping, Wang Juntao, Wu Renhua i Xiang Xiaoji.

Zapowiedzieli, że gotowi są na rozmowy z chińskimi władzami "w celu konkretnego uregulowania tych problemów". Dwaj przywódcy Pekińskiej Wiosny - jak nazwano ówczesne protesty studentów - Wang Dan i Wu'er Kaixi zasłynęli z tego, że rozpoczęli strajk głodowy, zanim wypadki na placu Bramy Niebiańskiego Spokoju przerodziły się w krwawą łaźnię.

Wang po masakrze spędził cztery lata w więzieniu. W 1995 r. ponownie go aresztowano i skazano na 11 lat więzienia. Wolność odzyskał w 1998 r. i został wysłany na emigrację do USA. Wu'er Kaixi (czyt. Wuer K'haj-si), charyzmatyczny Ujgur, znany ze  swej telewizyjnej dyskusji z ówczesnym premierem Li Pengiem, zdążył uciec z Chin, prawdopodobnie przez Hongkong, który wówczas był jeszcze w  rękach Brytyjczyków, do Francji. Następnie przeniósł się do USA; obecnie mieszka na Tajwanie.

W nocy z 3 na 4 czerwca 1989 roku, czołgi i wozy pancerne wjechały na  centralny plac Pekinu, plac Tiananmen, gdzie przez siedem tygodni demonstrowały tysiące chińskich studentów, domagających się demokratyzacji systemu. Armia chińska dokonała masakry. Nadal nie rozliczono winnych rzezi. Władze nie odpowiadają też na  ponawiane co roku apele opozycji i rodzin młodych ludzi, poległych na  placu, o "nowy początek" - o nową ocenę wydarzeń sprzed 20 lat przez władze ChRL, o dialog i pojednanie.

Rodziny ofiar należące do organizacji "Matki Tiananmenu" co roku bezskutecznie apelują do władz o śledztwo w sprawie masakry, odszkodowań dla rodzin ofiar, ukaranie odpowiedzialnych za zdławienie protestów i  "przełamywanie tabu", jakim wciąż jest w Chinach publiczne mówienie na  temat tamtych wydarzeń. Do dziś nie wiadomo, jaka była faktyczna liczba ofiar - w końcu czerwca 1989 r. ówczesny mer Pekinu przyznał, że zginęło 200 demonstrantów, w tym 36 studentów. Nieoficjalne szacunki mówią o dwóch tysiącach zabitych; aresztowano do trzech tysięcy ludzi.

eb, pap

 0

Czytaj także