Wojskowi w bazie lotniczej na Guam potwierdzili, że z USA przyleciały maszyny B-52 i B-1, ale odmówili podania, ile ich jest.
Japońska agencja Kyodo powołując się na przedstawiciela Waszyngtonu podała, że Korea Północna przygotowuje się do wystrzelenia balistycznej rakiety Nodong o zasięgu 1300 km, co oznacza, że mogłaby ona dosięgnąć wysp japońskich. Wiadomość ta - bazująca na danych z satelitów szpiegowskich - wywołała zaniepokojenie na dalekowschodnich rynkach azjatyckich. Główne indeksy giełdowe poszły w dół.
Tego samego dnia nadeszły wiadomości o nieoficjalnych kontaktach między Stanami Zjednoczonymi i Koreą Południową a Koreą Północną, do których w ostatnich tygodniach doszło w Pekinie, Berlinie i Nowym Jorku. Miały one dotyczyć militarnego programu nuklearnego Phenianu. Szczegółów nie podano.
Obserwatorzy podkreślają, że daje się zauważyć różnica zdań między Seulem i Waszyngtonem co do sposobu postępowania z Phenianem. W szczególności Amerykanie kładą nacisk na to, aby nie wykluczyć z góry zastosowania siły, odmiennie niż nowy południowokoreański prezydent Ro Mu Hiun. W czwartek wsparł go rosyjski resort dyplomacji i - osobiście - chiński minister spraw zagranicznych Tang Jiaxuan.
Minister powiedział, że jedynym sposobem rozwiązania problemu północnokoreańskiego są rozmowy amerykańsko-północnokoreańskie. Tymczasem Waszyngton opowiada się za rozmowami wielostronnymi z udziałem Rosji, Chin i Japonii. Jiaxuan sprzeciwił się też naciskom i wprowadzaniu sankcji wobec Phenianu, bowiem to - jego zdaniem - "tylko skomplikowałoby to sytuację".
Niezależnie od różnicy zdań dzielącej Seul i Waszyngton, południowokoreański premier Goh Kun opowiedział się w czwartek za dalszą obecnością wojskową USA na Półwyspie Koreańskim. Jego zdaniem amerykańskie oddziały są zabezpieczeniem przed północnokoreańską prowokacją. Formalne konsultacje w sprawie zmiany liczebności (obecnie 37 tys.) i dyslokacji tych sił są zaplanowane na kwiecień.
sg, pap