Atak na Saddama

Dodano:   /  Zmieniono: 
W leżącej 120 km na południowy wschód od Bagdadu, Diwanii i wokół niej doszło do zaciekłych walk. Kontynuowane są naloty na Bagdad. Trwa oblężenie Basry.
Setki bojowników, uzbrojonych w granatniki rakietowe i karabiny szturmowe, przez około 8 godzin stawiało zaciekły opór żołnierzom amerykańskiej piechoty morskiej. Według rzecznika marines, "strzelali z budynków, z wykopanych dołów, wyskakiwali nagle zza autobusów, zewsząd".

Twierdzi on, że w walkach na obrzeżach Diwanii zginęło co najmniej 75 Irakijczyków, a co najmniej 44 irackich żołnierzy, w tym kilku oficerów Gwardii Republikańskiej, zostało wziętych do niewoli.

Samoloty amerykańskie intensywnie bombardowały we wtorek obszar niedaleko Kut, na północny wschód od Diwanii, aby oczyścić drogę wojskom lądowym. Oddziały marines zabezpieczyły ponadto bazę lotniczą w Kalat Sukar, na południowy wschód od Kut, która ma  służyć jako miejsce przerzutu wojsk.

Lotnictwo koalicji bombardowało także pozycje irackiej Gwardii Republikańskiej na  południowych i zachodnich podejściach do Bagdadu i w samym mieście.

Potężne słupy dymu stały nad śródmieściem Bagdadu, gdzie koalicja zbombardowała między innymi pałac młodszego syna Saddama, Kusaja, oraz budynek Irackiego Komitetu Olimpijskiego, w  którym według dysydentów irackich starszy syn prezydenta, Udaj, urządził ośrodek tortur. W pobliżu portowego miasta Basra na  południu samoloty z amerykańskiego lotniskowca "Kitty Hawk" zrzuciły bomby na jacht prezydencki.

Dowódcy amerykańscy zaprzeczają doniesieniom o przerwie w  natarciu na Bagdad i mówią, że ataki lotnicze i artyleryjskie na  pozycje Gwardii Republikańskiej zmniejszyły potencjał bojowy niektórych jej oddziałów nawet o połowę. Dają do zrozumienia, że w  sprzyjających okolicznościach ofensywa na Bagdad będzie mogła ruszyć już wkrótce, zanim jeszcze do Iraku przybędzie dodatkowe 100 tysięcy żołnierzy amerykańskich, zapowiadanych od zeszłego tygodnia.

Jednak na razie, w trzynastym dniu wojny, wojska amerykańskie i  brytyjskie nie kontrolują żadnego z ośrodków miejskich Iraku, w  których mieszka dwie trzecie ludności kraju. Jak napisał we wtorek amerykański dziennik "International Herald Tribune", siły koalicji "panują głównie nad pustynią, stanowiącą niemal 60 procent powierzchni Iraku".

W Basrze fanatyczni zwolennicy Saddama Husajna zastraszają jej ludność, zmuszając ją do udziału w walce z wojskami amerykańsko-brytyjskimi.

Wiadomości takie, jak pisze Reuter, przekazywali we wtorek uciekający przed atakami sił inwazyjnych mieszkańcy Basry. Według ich relacji, twardogłowi lojaliści z partii Baas ostrzegają też przed bezwzględnymi represjami, jakie ściągną na siebie ci, którzy zbuntują się przeciwko Bagdadowi.

"Partia mówi: walczyć, walczyć, walczyć, jeśli nie chcecie ponieść konsekwencji po tym, kiedy wszyscy wrócą po wojnie do  domu. Trąbią o tym głośniki w całej Basrze. W ten sposób próbują zastraszyć całe miasto" - opowiadał jeden z uciekinierów. "To nie problem żywności nas najbardziej niepokoi, lecz terror w Basrze, terror państwowy".

Oddziały brytyjskie dotarły do przedmieść Basry na początku trwającej już prawie dwa tygodnie wojny i od tego czasu oblegają to 1,5-milionowe miasto. Zaciekły opór Irakijczyków rozwiał jednak nadzieje wojsk inwazyjnych, że szyicka ludność południowej części kraju ponownie, jak to stało się w 1991 r., zbuntuje się przeciwko zdominowanemu przez sunnitów kierownictwu w Bagdadzie. Reuter przypomina, że bunt przed 12 laty został krwawo stłumiony, a USA nie uczyniły wówczas nic, by przeszkodzić represjom.

Z opowieści uciekinierów wynika, że ubrani w oliwkowozielone mundury bojownicy z partii Baas, z karabinami szturmowymi AK-47 i  rakietami przeciwlotniczymi, dowodzą punktami kontrolnymi w  mieście. Niektórym żołnierzom irackim udało się jednak wydostać z  ufortyfikowanego miasta i poddać Brytyjczykom na obrzeżach Basry. Dezercja w Iraku karana jest śmiercią.

Ci, którzy zdołali uciec, opowiadają o licznych w ostatnich dniach aresztowaniach, a także egzekucjach w mieście. "Wchodzą do naszych domów i pytają o krewnych, pytają, dlaczego nasi bliscy nie walczą z Amerykanami i Brytyjczykami. W Basrze trwa wewnętrzna kampania terroru" - powiedział korespondentowi Reutera inny uciekinier.

Uciekinierzy mówią, że Basra jest kontrolowana przed około 100 grup prosaddamowskiej milicji. Kiedy oddziały inwazyjne zaczynają ostrzeliwać miasto, bojownicy zajmują pozycje w zatłoczonym centrum miasta, w pobliżu domów mieszkalnych.

Irakijczycy żyją dziś w rozdwojeniu między strachem przed Saddamem a gniewem wobec najeźdźców, którzy od 20 marca nieustannie ostrzeliwują Basrę.

"W zeszłym miesiącu państwo zaczęło nam przydzielać wystarczające racje żywności - ryżu, chleba, herbaty. Dzisiaj od Amerykanów nie  dostajemy nic poza bombami, które zabijają cywilów" - skarżył się jeden z uciekinierów. "Rzucają nam z ciężarówek butelki z wodą i  biszkopty, jak jakimś psom - dodał. Cała ta gadanina o  amerykańskiej pomocy to kłamstwo".

"Saddam to łajdak, którego trzeba usunąć - dorzucił inny. Teraz mamy tu Brytyjczyków, którzy zabijają niewinną ludność. Takie jest nasze życie".

em, pap