Przewodniczący Rady UE: Nie rozwiążemy tego kryzysu metodami wojskowymi

Przewodniczący Rady UE: Nie rozwiążemy tego kryzysu metodami wojskowymi

Dodano:   /  Zmieniono: 3
Herman Van Rompuy (fot. Guillaume Paumier / Wikimedia Commons, CC-by-3.0)
Współczesna polityka to więcej niż środki militarne. Nie rozwiążemy tego kryzysu metodami wojskowymi, ale przez dyplomację, gospodarkę, w tym sankcje, jeśli sytuacja do tego dojrzeje. Ale nie widzę problemu w tym, że jeśli potrzebne są gwarancje bezpieczeństwa, to NATO jest najwłaściwszym tego adresatem. To nasz przemyślany wybór - powiedział w rozmowie z "Rzeczpospolitą" przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy.
- Byliśmy zaangażowani głęboko w walkę z kryzysem finansowym, to była kwestia przeżycia. Nie tylko strefa euro, ale cała Unia była w niebezpieczeństwie. Wygraliśmy tę bitwę - powiedział Herman Van Rompuy, dodając, że to skoncentrowanie na sobie "nie było naszym wyborem, ale koniecznością". - Jeśli chodzi o samą Ukrainę, mieliśmy już dwa spotkania na najwyższym szczeblu poświęcone temu krajowi. Mamy różne wrażliwości. W waszej części Europy jest to odczuwane inaczej niż w Europie Zachodniej. Podobnie jak kryzys libijski był odczuwany w inny sposób przez Włochy i Maltę, a w inny przez Litwę i Łotwę. Geografia i oczywiście historia grają tutaj rolę. Ale mimo że mamy różne wrażliwości, wypracowaliśmy wspólne stanowisko. Odgrywamy wiodącą rolę w staraniach o rozwiązanie kryzysu ukraińskiego. Wypełniamy ją poprzez sankcje z jednej strony, a pomoc dla Ukrainy z drugiej. Nie jest to więc poleganie tylko na Amerykanach - podkreślił  przewodniczący Rady Europejskiej.
Herman Van Rompuy uważa, że obecny wzrost ekstremizmu i populizmu w Europie nie jest tylko efektem kryzysu. - Pochodzę z kraju, w którym partia rasistowska miała 25 proc. poparcia w wyborach regionalnych w 2004 roku. Na długo przed kryzysem. To samo we Francji. Ojciec Le Pen był drugi w wyborach prezydenckich w 2002 roku. Kolejny przykład to Austria i partia Haidera. Należy się więc przede wszystkim zastanowić nad źródłami populizmu, a nie są nimi ani Europa, ani kryzys finansowy.  One tkwią głęboko w naszych społeczeństwach: w niepokoju, w strachu przed światem zewnętrznym, globalizacją, imigracją. Dotykamy aspektów filozoficznych: ludzie stracili korzenie  rodzinne, ideologiczne, religijne. I skierowali się do wewnątrz - powiedział. 

- Nie należę do zwolenników stanów zjednoczonych Europy, w których nie byłoby już państw narodowych. Przeciwnie, uważam, że zawsze będą państwa narodowe. Bo taka jest nasza historia.  Nie ma nic złego w poczuciu narodowej tożsamości, dumy ze swojego kraju, języka, tradycji. W moim kraju mój język, flamandzki, przez 100 lat niepodległości nie był językiem oficjalnym. Mój ojciec należał do pierwszego pokolenia tych, którzy mogli studiować po flamandzku. Wiem dużo o narodowej dyskryminacji i jestem na to uwrażliwiony. Ale nacjonalizm to co innego. W nim jest zawarte to poczucie: my – oni. My jesteśmy dobrzy, a inni źli. Mówią innym językiem, należą do innej kultury, przybyli z innego kraju. W pewnym sensie są wrogami. A to bardzo niebezpieczne - powiedział Herman Van Rompuy, dodając, że do tych zagrożeń dołączyła teraz Europa. 
- Podam przykład Holandii i skrajnie prawicowej partii Geerta Wildersa. Jego kampania w przeszłości opierała się na wrogości do islamu. Na tym zyskał dużo głosów. I nagle w swoim przekazie słowo islam zastąpił słowem Europa. Jeśli nie mamy polityków gotowych bronić Europy, to mamy problem. Bo te wszystkie uprzedzenia kwitną, powtarzane są w mediach, zakorzeniają się w opinii publicznej - powiedział  przewodniczący Rady Europejskiej

"Rzeczpospolita", tk
 3

Czytaj także