Gdyby międzynarodowa policja była na miejscu 31 marca, gdy brutalnie zamordowano czterech amerykańskich cywilów, a potem zbezczeszczono ich zwłoki, najpewniej szybko aresztowanoby podejrzanych - niemal od dnia dokonania zbrodni wiadomo było, kto za nią stoi. Wówczas nie doszło by bombardowań jednej z dzielnic Faludży. Mieszkańcy miasta potraktowali to jak bandyckie zastosowanie zasady odpowiedzialności zbiorowej. Śledztwa nie miał jednak kto przeprowadzić, bo żołnierze nie są do tego szkoleni, a lokalni funkcjonariusze zajmują się jedynie ruchem drogowym. Ci, którzy mieli pojęcie o pracy detektywów, zostali zwolnieni z pracy rok temu na mocy rozporządzenia cywilnej administracji, bo byli członkami saddamowskiej partii BAAS i stosowali techniki dalekie od cywilizowanych. A nowych śledczych, którzy na dobre wyszkolenie potrzebują kilku lat, iracka policja jeszcze się nie dorobiła.
Konflikt w Faludży między mieszkańcami miasta a armią USA zaczął się jednak już dawno. I to od sprawy na pozór banalnej - od awantury o podstawówkę, którą osiem miesięcy temu marines zajęli na koszary. Na prośby mieszkańców, by żołnierze wynieśli się stamtąd bo szkoła jest potrzebna dzieciom, władze wojskowe i cywilne były głuche. Dziś sunniccy negocjatorzy, którzy próbowali przez ostatnie dni doprowadzić do rozejmu mówią, że gdyby wówczas Amerykanie zachowali się inaczej - możliwe, iż w mieście do dziś byłby spokój. Tymczasem - dokładnie jak we wszystkich innych rejonach Iraku - zaczęły się ataki na żołnierzy. Nie miał kto prowadzić dochodzeń, więc wojsko odpowiadało ogniem, zabijając nieraz niewinnych cywilów. Ich rodziny zaprzysięgały odwet, przeprowadzały zamachy, wojsko znów odpowiadało ogniem, a spirala przemocy zapętlała się. Jednocześnie do Faludży od jesieni ubiegłego roku zjeżdżali terroryści z zagranicy licząc, że zyskają popleczników wśród sunnitów tracących wpływy wraz z odejściem dyktatora. Podejrzewa się, że właśnie w tym mieście schronienie znalazł Abu Musabi al-Zarkawi uważany za przywódcę Al-Kaidy w Iraku.
- 80 proc. mieszkańców tego miasta stanowi hardy i dumny sunnicki klan Al-Dulejamich, który wobec niesprawiedliwości jaką były bombardowania na początku kwietnia nie mógł być obojętny - uważa jeden z członków tego klanu Bakir Nori. Jego zdaniem twierdzenie, że problemy wynikają z tego, iż Faludża jest główną siedzibą pogrobowców reżimu Husajna nie jest zgodne z prawdą. Wprawdzie od początku lat 70. klan Al-Dulejami - według słów Noriego - stanowił trzon służby bezpieczeństwa, ale "w 1997 r. doszło do buntu, którego efektem miał być zamach na dyktatora". Miał on polegać na zamordowaniu najpierw jego syna, Udaja, a później zbombardowaniu z samolotu miejsca pogrzebu. Wówczas zginął by satrapa i cała jego rodzina. Nie wiadomo w jaki sposób Saddam dowiedział się o spisku, ale jego odpowiedzią było wymordowanie jednej trzeciej klanu Al-Dulejami i wyrzucenie reszty ze służby. - Kiedy wojska USA obaliły Saddama cieszyliśmy się z tego, choć podchodziliśmy do nich nieufnie - twierdzi Nori dodając, że wśród Al-Dulejamich panuje przekonanie, że to CIA ich zdradziła w 1997 r. - musieli uzyskać jej zgodę na start samolotu, bo nad Irakiem rozciągała się strefa całkowitego zakazu lotów.
W piątek Reuters i AFP podały, że piechota morska USA zaczęła się wycofywać z Faludży, a jej miejsce zajmuje formacja nazywana Armią Ochronną Faludży. Dowodzi nią generał z dawnej armii Saddama Husajna, Salah Abboud al-Jabouri, który podobnie jak większość jego żołnierzy pochodzi z klanu Al-Dulejamich. Największy problem dotyczy jednak teraz dzielnicy slumsów Golan, gdzie - zdaniem amerykańskich wojskowych - znajdują się bazy terrorystów. Jak donoszą pracownicy europejskich organizacji humanitarnych, używają oni cywilów z Golan jako żywych tarcz.
Nawet jeśli Armii Ochrony Faludży uda się odzyskać kontrolę nad miastem ciężko spodziewać się, że będzie to oznaczało zamknięcia tej historii. Wcześniej dowództwo wojsk USA będzie musiało odpowiedzieć, dlaczego w odwecie za zabójstwo czterech Amerykanów rozpoczęto działania zbrojne. Faludża czeka na tę odpowiedź. Tak samo, jak czekają na nią wszyscy Irakijczycy. Bez niej budowanie zaufania i współpracy będzie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe.
Pewne jest, że jeśli powtórzą się ataki, zamiast odwetu armii, potrzebne będą dochodzenia, które umożliwią schwytanie sprawców zamachów. Gdyby miesiąc temu policjanci byli na miejscu, możliwe, że nie doszłoby do tak ogromnego rozlewu krwi niewinnych cywilów. Podobnie jak nie doszłoby w ogóle do konfliktu w Faludży, gdyby jego strony choć przez chwilę próbowały dojść do porozumienia.
Agata Jabłońska