Dzień wcześniej BBC podała na podstawie innej wypowiedzi Szahwaniego, że "ocenia on liczbę rebeliantów na 200 tysięcy, z czego 40 tysięcy to trzon rebelii, a reszta to aktywni zwolennicy".
"Te liczby pokazują, że nie mamy do czynienia z powstaniem, lecz z wojną" - napisał na stronie internetowej BBC brytyjski dziennikarz Paul Reynolds.
W rozmowie z "Aszark al-Awsat" Szahwani oświadczył, że partyzanci otrzymują poparcie finansowe ze strony byłych przywódców partii Baas, Muhammada Junisa al-Ahmada i Sabaawiego al-Hasana, przyrodniego brata Saddama Husajna, którzy - jak dodał - przebywają w Syrii i bez przeszkód kursują między Irakiem a Syrią.
Irak oskarża także Iran, iż pozwala rebeliantom przenikać na terytorium irackie.
Syria zaprzecza zarzutom irackim, że terroryści otrzymują pomoc Damaszku i łatwo przekraczają granicę, jednak - jak powiedział Szahwani - po ogłoszeniu przez Bagdad zarzutów wobec obydwu tych krajów nic się nie zmieniło w ich polityce: oba "są nadal źródłem kłopotów".
Jako miejsca największej aktywności partyzantów wymienił Szahwani tzw. trójkąt sunnicki, prowincję Dijala na północny wschód od Bagdadu i tereny na północ od Hilli. Powiedział też, że w 2-milionowym Mosulu, 360 km na północ od Bagdadu, grupy uzbrojonych mężczyzn zatrzymują i rewidują ludzi na ulicach.
Saddam Husajn wysłał gen. Szahwaniego na emeryturę w 1984 roku. Sześć lat później Szahwani uciekł z Iraku i utworzył ugrupowanie wojskowych dysydentów, które otrzymało poparcie USA. Część członków ugrupowania, w tym trzech synów Szahwaniego, wpadła w ręce agentów reżimu partii Baas i została stracona.
em, pap