Premier żąda turystów

Premier żąda turystów

Dodano:   /  Zmieniono: 
Napływ zagranicznych turystów w ciągu pięciu lat ma wzrosnąć z zeszłorocznych 90 tys. do 3 mln - takie zadanie postawił na naradzie białoruskiego rządu premier Siarhiej Sidorski.


Przyznał równocześnie, że w kraju nie ma infrastruktury: hoteli, moteli, baz turystycznych, serwisu przydrożnego, "nie ma wzorców, które można by zaproponować". Podkreślił, że należy pozwolić "aktywniej pracować w tej sferze prywatnemu biznesowi".

Według oficjalnych danych udział turystyki w usługach na Białorusi wynosi mniej niż 1 proc. W strukturze turystyki 80 proc. stanowi wyjazdowa, 16 proc. - przyjazdowa i 4 proc. - krajowa. Na jednego cudzoziemskiego gościa przypada 15 Białorusinów wyjeżdżających za granicę. Przy czym zagraniczny turysta pozostawia na Białorusi 120-200 dolarów, czyli cztery razy mniej niż w Polsce i dwukrotnie mniej niż na Litwie.

"To nienormalna sytuacja, gdy państwo wykłada wielkie pieniądze, np. na renowację zabytków lub rozwój obiektów turystycznych, a to nie przynosi należnych dochodów" - ocenił niedawno prezydent Alaksandr Łukaszenka.

Dla poprawy sytuacji wydany został dekret o wsparciu turystyki, w imponującym planie działań przewidziano budowę 200 obiektów do 2010 roku. W mediach trwa nieustająca kampania promocyjna, mająca skłonić Białorusinów do wypoczynku w kraju.

Na mocy decyzji rządu od lipca firmom turystycznym, które nie zapewniają napływu zagranicznych gości, będą odbierane licencje. Tymczasem z 500 touroperatorów zaledwie 10-15 regularnie przyjmuje cudzoziemców, w większości Rosjan.

Białoruś nie ma morza ani gór, miasta są niemal całkowicie pozbawione zabytków. Zamki i pałace, które przetrwały wojnę i komunizm, nie mogą konkurować z Europą, co przyznała w telewizyjnym talk-show przedstawicielka organizacji turystycznej. Pozostają jezioro Narocz na północy kraju i Puszcza Białowieska, którą odwiedziło w zeszłym roku 180 tys. turystów.

Latem Białorusini wylegają gromadnie na dacze lub starym zwyczajem udają się na Krym, zamożniejsi wybierają Turcję, coraz częściej Bułgarię, Rumunię i Czarnogórę. Popularne są też wycieczki do Polski, Czech i na Litwę.

"Na Krymie mam kwaterę za 3 dolary od łóżka i wnuki cały dzień mogą siedzieć w wodzie, a pogoda pewna" - tłumaczy 70-letni Jurij. Biznesmen Siarhiej woli od Naroczy jezioro na Ukrainie. "Są wszelkie warunki: domy, łaźnie, katamarany, skutery wodne. A tu co? Żadnej infrastruktury. Na dodatek tam wyjdzie taniej" - powiedział dziennikarzowi "Biełgaziety".

Od wypoczynku w kraju odstraszają Białorusinów ceny. Od tego sezonu skierowania do sanatoriów, stanowiących podstawę bazy wypoczynkowej, są dla dorosłych pełnopłatne. Państwo dofinansowuje tylko wypoczynek dzieci. Dotąd dopłaty zależały od zarobków, niektórzy za skierowanie płacili tylko 10 proc. jego wartości. Po urynkowieniu cen liczba sanatoriów spadła ze 174 do 101, pozostałe nie wytrzymały konkurencji.

Pobyt w sanatorium kosztuje 30-130 tys. rubli za dobę (13-60 USD) przy średniej płacy 579 tys. rubli (269 USD). Firmy turystyczne proponują dwutygodniowe wczasy na Krymie już od 130 USD z przejazdem.

"Sanatorium? Tam są sami dziadkowie i rodziny z dziećmi. A jak wyjdziesz za ogrodzenie, to nie ma co robić. Jadę do Europy" - powiedziała 20-letnia studentka Nadieżda. "W sanatoriach są takie ceny, że ja za mniejsze pieniądze załatwiłam sobie wczasy nad morzem" - wyznała emerytka Tatiana.

Państwo próbuje też promować agroturystykę. Wydano specjalny dekret, zezwalający mieszkańcom wsi na prowadzenie tego rodzaju usług. "U nas nie ma do tego żadnych warunków, a urzędnicy umieją tylko o tym mówić. Taka ich praca" - podsumował w "Biełgazecie" biznesmen z Brześcia.

pap, ab
 0

Czytaj także