Nieznośna lekkość Woody'ego Allena

Nieznośna lekkość Woody'ego Allena

Dodano:   /  Zmieniono: 2
Do polskich kin wchodzi właśnie "O północy w Paryżu”, najbardziej kasowy film Woody’ego Allena od ćwierć wieku. Czyżby pogłoski o artystycznej śmierci reżysera były mocno przesadzone?
Mniej więcej tyle samo razy ogłaszano koniec Allena, co jego powrót do wielkiej formy. Jedni uważają, że skończył się, od kiedy kręci w Europie (czyli od 2005 r.), inni, że nie zrobił niczego dobrego od czasu „Zeliga" (1983), a jeszcze inni cierpliwie czekają, aż nakręci nowy „Manhattan” (1979).

"Chciałbym umrzeć młodo, dożywszy sędziwego wieku" – mówił antropolog Ashley Montagu i ta sztuka właściwie już się Allenowi udała. Na pytanie dziennikarza „The New York Times", co myśli o własnej starości, artysta odpowiedział ze śmiechem: – Jestem przeciw! Nic wielkiego – Lepiej rozumiesz życie, zaczynasz je akceptować. Ale oddałbyś wszystko, żeby mieć znowu 35 lat  – mówił Allen we wspomnianym wywiadzie, przekonując, że w starości nie ma nic „godnego polecenia” i że człowiek starszy wcale nie staje się mądrzejszy. Na pewno jednak zyskuje dystans, który widać w ostatnich filmach amerykańskiego reżysera. Nakręconych „lekką ręką", z dawką ironii, która nie jest podszyta neurozą, jak w czasach „Manhattanu” czy „Annie Hall”. Krytycy i widzowie mają dziś do reżysera najwięcej pretensji właśnie o tę błahość, lekkość, która wydaje im się nieznośna.

Więcej w najnowszym wydaniu tygodnika "Wprost", w sprzedaży od poniedziałku 22 sierpnia

 2

Czytaj także