Karlowe Wary: triumf środkowoeuropejskiej tożsamości

Karlowe Wary: triumf środkowoeuropejskiej tożsamości

Dodano:   /  Zmieniono: 
Krzysztof Kwiatkowski
Norweski „The Almost Man” triumfował na 47. Festiwalu w Karlowych Warach. Z nagrodą aktorską za rolę w „Zabić bobra” wróci z Czech Eryk Lubos.
- To był zaszczyt przygotowywać się do roli z oficerami polskiego wywiadu i grać w filmie mastera Janka Kolskiego – mówił w Karlowych Warach Lubos – Zaszczytem jest też być tutaj. Film jest  smutny i poważny, ale ogólnie jest mi dobrze.

W „Zabić bobra” aktor wcielił się w komandosa, który nie jest w stanie zacząć życia na nowo po powrocie z misji w Afganistanie. Jan Jakub Kolski tym obrazem bardzo daleko odszedł od magicznego realizmu „Jańcia wodnika” czy oniryzmu „Pornografii”. To mocna, psychodeliczna wiwisekcja zwichniętej psychiki. Opowieść o traumie, funkcjonowaniu  pamięci, niemożności ucieczki od bolesnych wspomnień, które tkwią w człowieku jak drzazga.

„Zabić bobra” zostało świetnie przyjęte przez dziennikarzy i karlowowarską publiczność, ale Kryształowym Globem jury nagrodziło inny tytuł. „The Almost Man” („Prawie mężczyzna”) Martina Lunda jest  historią trzydziestokilkulatka, którego okres dojrzewania nigdy się nie skończył. Bohater jest wiecznym chłopcem, nie umie wziąć na swoje barki żadnej odpowiedzialności, nawet za mające się urodzić dziecko. Popełnia w życiu błąd za błędem, a swoją mentalną ucieczką rani bliskich. Odtwórca roli Henrika dostał ex aequo z Erykiem Lubosem nagrodę aktorską.

– Czasem ciężko jest obudzić się z letargu – tłumaczył  reżyser Martin Lund w Czechach.-  Myślę, że w wielu zamożnych społeczeństwach są ludzie, którzy zasklepiają się w swoich wygodnych kokonach, do czterdziestki wożąc się przez życie bez sensu i celu.

„The Almost Man” to wpisał się wyraźnie na festiwalu widoczny nurt obrazów dzisiejszego Zachodu - popadającego w odrętwienie, tracącego poczucie bezpieczeństwa. W portret świata, w który wdzierają się śmierć, starość, terroryzm, marazm, społeczne niepokoje. Kanadyjski kierowca nie znajduje ukojenia, gdy bez własnej winy, potrąca kobieta na drodze („Camion” Rafaela Oulleta), stary Francuz świadomie wycofuje się z życia, skazuje na powolną, bolesną agonię („Ukamieniowanie świętego Stefana” Pere’a Vilà i Barceló), Włochy końca lat 60. poraża zamach bombowy na Piazza Fontana (wyróżniony Nagrodą Specjalną Jury „Piazza Fontana: włoski spisek” Marco Tullio Giordany).

Z drugiej strony pojawiły się na festiwalu opowieści o trudnym wychodzeniu z tunelu w stronę mglistego światła. Historie z Europy Środkowej, przede wszystkim w arcyciekawej sekcji East of the West. Karlowe Wary to wykupione w większości przez Rosjan uzdrowisko, gdzie starannie wyremontowane domy zdrojowe noszą często nazwy Moskwa, Czajkowski, Petersburg, Ruski Dwór. Główne sale kinowe mieszczą się w socrealistycznym, gigantycznym czterogwiazdkowym Thermalu, gdzie restauracja otwiera się trzy razy dziennie na ok. dwie godziny w porach śniadaniowych, obiadowych i kolacyjnych, a w nieklimatyzowanych hotelach pokojowa sprawdza czy gość wyjeżdżając na pewno nie  zabrał ze sobą pilota od telewizora albo suszarki. Turysta czuje się  trochę tak, jakby czas się zatrzymał. Ale właśnie tu można zobaczyć interesujący przegląd tytułów z bloku postkomunistycznego, odkryć kinematografie albańską, macedońską, kazachską czy azerską.

W tym roku autorzy ze wschodu Europy zastanawiająco często wracali do przeszłości. Tłumaczyli dzisiejsze kryzysy moralne historią. Węgier Peter Bergendy w „Egzaminie” czy Christian Petzold w „Barbarze” pokazywali życie przesiąknięte inwigilacją służb specjalnych, brak zaufania do najbliższych, który zostawia w ludziach niepewność na lata. Ukraiński „Dom z basenem” Evy Neymann (zwycięzca East of the West) czy „We mgle” Siergieja Łoźnicy to kolejne powroty do traumy drugiej wojny.
 - Bez spojrzenia wstecz nie można zrozumieć, dlaczego  w Rosji do dzisiaj nie szanuje się człowieka – mówi mi Łoźnica.

W sytuacji, gdy niewiele pozycji  z tegorocznego konkursu głównego pozostanie w pamięci widzów, tytuły z naszej części świata ratowały 47., słabszą edycję karlowowarskiego festiwalu.  Szukanie środkowoeuropejskiej tożsamości i podkreślanie podobieństw w doświadczeniu i mentalności Polaków, Węgrów, Czechów, Słoweńców staje się modne. My też nie możemy narzekać, bo polskie kino miało na festiwalu szczególnie bogatą reprezentację. Poza „Zabić bobra” oklaskiwano tu „m.in. W sypialni” Tomasza Wasilewskiego, „Yumę” Piotra Mularuka, „Bez wstydu” Filipa Marczewskiego czy krótki dokument „Kichot” Jagody Szelc. Dobrze zostały przyjęte nawet te obrazy, które w kraju nie zyskały uznania. Udział polskiej kinematografii w festiwalu w Karlowych Warach można więc skwitować słowami Eryka Lubosa: „Ogólnie jest dobrze”.

Krzysztof Kwiatkowski, Karlowe Wary
Grand Prix - Kryształowy Glob: „Prawie mężczyzna” reż. Martin Lund
Specjalna Nagroda Jury: „Piazza Fontana: włoski spisek", reż. Marco Tullio Giordana
Najlepszy reżyser: Rafael Ouellet za „Camion".
Najlepsza aktorka: Leila Hatami za „Ostatni krok".
Najlepszy aktor: Henrik Rafaelsen „Prawie mężczyzna” reż. Martin Lund" i Eryk Lubos za "Zabić bobra", reż. Jan Jakub Kolski.
Specjalne wyróżnienie: Paweł Liszka, Tomasz Matonoha, Marek Daniel i Josef Polaszek za role w „Polskim filmie”, reż. Marek Najbrt oraz Yannis Papadopoulos za rolę w „Chłopic jedzący ptasi pokarm”, reż. Ektoras Lygizos.
 0

Czytaj także