Fajbusiewicz: krew się zawsze sprzedaje

Fajbusiewicz: krew się zawsze sprzedaje

Michał Fajbusiewicz (fot. JERZY STALEGA / newspix.pl) / Źródło: Newspix.pl
– Kiedy zaczynałem robić program "997" w 1986 r. to wśród rekwizytów nie mieliśmy żadnych pistoletów. W tej chwili mamy w zapasach dwie skrzynki broni różnego kalibru i różnych typów. Można powiedzieć, że przestępczość w Polsce zmieniała się wraz ze zmieniającą się rzeczywistością – mówi Michał Fajbusiewicz, publicysta, scenarzysta i autor programu "997. Fajbusiewicz na tropie", który już od maja będzie można oglądać na Polsat Play.
Amelia Panuszko, Wprost: „997” wraca. Coś się zmieni?

Michał Fajbusiewicz: Wraca, stajemy przed nowym wyzwaniem. Na pewno jest to ciekawa propozycja od Polsatu. Póki co pracujemy nad pilotem - zobaczymy jak wyjdzie. Formuła niewiele się zmienia. Jedyna zmiana to taka, że nie będzie już telewizyjnego studia, a ja się będę pojawiał na planie. I tu się nic nie zmieni, nadal będę komentował sprawę i prosił o pomoc, mówiąc nieskromnie, używając swojego wypracowanego przez dwadzieścia parę lat, autorytetu. Sympatię widzów cały czas czuję, ale czy ona się przełoży na oglądalność? Zobaczymy.

Oglądając „997” jako dziecko, myślałam, że jest pan policjantem…

Był taki okres, że wszyscy myśleli, iż jestem policjantem. Dostawałem wtedy listy od telewidzów zaczynające się od słów: „Panie majorze” albo „Panie komisarzu”. Zdarzały się nam też takie śmieszne sytuacje - oczywiście one śmieszne były dla nas, ale nie dla ludzi, którzy się w nich znajdowali. Parokrotnie było tak, że policja zatrzymała nam statystów, bo ktoś z widzów zgłosił, iż widzi groźnych przestępców. Pamiętam nawet, jak jeden z taksówkarzy – nasz statysta - dostał takie zaświadczenie z Komendy Głównej Policji, że on tylko występuje w naszym programie i nie jest rzeczywistym podejrzanym o zbrodnię.

Fikcja miesza się ludziom z rzeczywistością?

Ludziom mieszają się obrazy, ludzie, wydarzenia. Kilkukrotnie miałem taką sytuację, że ktoś mnie przekonywał, iż oglądał jakąś sytuację w moim programie. Gdy spokojnie próbowałem mu wytłumaczyć, że nigdy nie miałem takiej sytuacji, słyszałem od takiego telewidza: „chyba wiem lepiej bo oglądałem”. I wtedy naturalnie kończyła się rozmowa.

Wracając do projektu „997. Fajbusiewicz na tropie”…

Połączyliśmy te nazwy. Pod tytułem „Fajbusiewicz na tropie” byliśmy w Onecie.

Kiedy pierwszy odcinek?

W maju. Pracujemy teraz nad odcinkiem pilotażowym. Myślę, że po pilocie podpiszemy jakąś umowę. Zapewnienia stacji są takie, że to będzie dłuższa współpraca. Ale jak będzie - to oczywiście życie pokaże. Grzebię trochę w tematach…

A skąd się bierze tematy? Z rubryk kryminalnych?

Przed laty, gdy robiliśmy ten program, to był, że tak brzydko powiem, samograj. Byliśmy taką instytucją usługową: najczęściej same zgłaszały się do nas rodziny ofiar. Na drugim miejscu była zawsze policja, trochę mniej prokuratura. A czwartym źródłem był nasz research.

W jaki sposób dobierał pan tematy?

Zawsze starałem się komponować tak te sprawy, żeby odzwierciedlić przestępczość w Polsce. Nie zajmowałem się np. mafijnymi porachunkami, bo - po pierwsze - wtedy jeszcze nie było w Polsce takiej mafii z prawdziwego zdarzenia, a po drugie - rzadko kiedy takie sprawy dotyczyły nas, zwykłych ludzi. Starałem się być takim zwierciadłem „szarej przestępczości”. Chociaż, jak pani wie, ta „szara przestępczość” prawie nigdy nie jest telewizyjna…

Coś się zmieniło w tej materii?

Dużo. Na pewno dla takiego segmentu dziennikarstwa, jak mój, czasy są ciężkie. Po pierwsze dlatego, że ta najcięższa przestępczość bardzo się jednak zmniejszyła. Kiedy robiłem program osiem czy dziesięć lat temu to liczba zabójstw w Polsce dobijała do 1000. Dziś jest ich zaledwie 600. Dodatkowo zabójstwa są jednymi z lepiej wykrywanych przestępstw - dziś wykrywalność zabójstw to nawet 90 proc. Nie ma więc wielu takich spraw – mniej więcej jest ich tyle, ile tygodni.

Każda nadaje się do TV?

Nie, nie każda. Czasami są to bardzo skomplikowane sprawy prawne, których nie da się jednoznacznie opowiedzieć. Bywało tak, że nie zgadzała się rodzina. Czasem zgadzał się mąż, a nie zgadzali się rodzice ofiary. I bądź teraz mądry… Oczywiście w dziennikarstwie pewne rzeczy można robić tłumacząc to wyższym interesem społecznym. Ale nie da się tak robić zawsze.

Największy sukces?

…to jednocześnie porażka. Jako jedyny dziennikarz w Polsce dwukrotnie zajmowałem się sprawą Krzysztofa Olewnika wtedy, gdy on jeszcze żył. Nikt z dziennikarzy nie napisał wtedy o tym ani jednego słowa - cała afera wybuchła dopiero wtedy, gdy znaleziono jego ciało. Była to jednak porażka dlatego, że byliśmy nieskuteczni. Gdyby wspomogli nas wtedy inni dziennikarze, inne media, być może sprawa Olewnika skończyłaby się inaczej.

Oprócz tego do sukcesów zaliczam również to, że działaliśmy profilaktycznie. Prowadziłem kiedyś taką akcję „Żyj bezpiecznie”, w której występowali prawdziwi aktorzy - i my wtedy za pomocą dowcipu pokazywaliśmy jak można się ustrzec przed niektórymi sytuacjami.

Człowiek jest istotą ufną?

Oczywiście. Ufną i naiwną. I zawsze potrafi się w coś wkręcić. Po dwudziestu latach, jak przeanalizowaliśmy program, to wyszło nam, że 60 proc. zdarzeń nie miałaby miejsca, gdyby ludzie zachowywali się racjonalnie. Nie jakoś przesadnie ostrożnie, ale racjonalnie. Większość zbrodni to tzw. zbrodnie kuchenne - zaczynają się od tego trywialnego wpuszczenia do domu obcego mężczyzny przez staruszkę, czy siadania z obcym towarzystwem do wódeczki.

Jak dużo tych spraw udało się rozwiązać dzięki zaangażowaniu telewidzów?

Nie liczyliśmy nigdy spraw - liczyliśmy zatrzymanych przestępców. Przez 24 lata trwania programu udało się zatrzymać ok. 300 osób, w tym wielu zabójców.

Bardzo dużo.

Była też taka sprawa, że dzięki naszemu programowi w Szczecinie zatrzymano ok. 30 osób, które specjalizowały się w napadach.

Pana program się zmieniał…

Kiedy zaczynałem w 1986 r. to wśród rekwizytów nie mieliśmy żadnych pistoletów. Jak był jakiś potrzebny, to pożyczaliśmy od milicjantów - ale nie do inscenizacji w rękach sprawców, bo wtedy właściwie nie było przestępstw z udziałem broni. W tej chwili mamy dwie skrzynki broni różnego kalibru i różnych typów. Można powiedzieć, że przestępczość zmieniała się wraz ze zmieniającą się rzeczywistością, co dla spraw scenariuszowych nie jest wcale najgorsze, bo zawsze broń i strzelanina dają jakieś dodatkowe napięcie.

W ciągu ostatnich lat pojawiło się wiele podobnych programów - np. W11 czy Detektywi .

Nie wiem, czy to będzie zaskakujące, ale w badaniach wyszło, że mój program tylko z pozoru jest podobny do tych, które są obecnie realizowane. W tych badaniach jasno widać, że tego typu programy ludzie traktują jako rozrywkę – tam się zawsze dobrze kończy, wiadomo, że tego złego złapią i wsadzą za kratki. A u mnie, niestety, nigdy się dobrze nie kończy. Chyba, że po miesiącach czy latach...

Czyli nie boi się pan konkurencji?

Mogę powiedzieć tylko tyle, że te czasy, w których były tylko dwie stacje telewizyjne – Jedynka i Dwójka – a ja miałem z serialem „Niewolnica Isaura” największą oglądalność, która dochodziła nawet do 18 mln – już nigdy nie wrócą. Nikt o tym marzyć nie może. Nawet papież, który przyjedzie na wizytę do Polski. Oczywiście, że ma to wpływ na widownię, ale - mówiąc trywialnie - krew się zawsze sprzedaje.

A dlaczego Polsat a nie TVP?

Powiem wprost: tam nie ma z kim rozmawiać na ten temat.

Czytaj także

 0