Prof. Mikołejko: Z choroby robi się spektakl dla publiczności

Prof. Mikołejko: Z choroby robi się spektakl dla publiczności

Publiczność zastąpiła Boga. Bez niej życie gwiazd rozsypałoby się w pył – mówi prof. Zbigniew Mikołejko.
Marta Bratkowska, Wprost: Cierpienie uszlachetnia chorego i zaciekawia obserwatorów. Szczególnie w przypadku celebrytów.

Prof. Zbigniew Mikołejko: W XIX w. coś w tej kwestii zaczyna się zmieniać. Pojawia się fascynacja procesem umierania. Takim przykładem śmierci wystawionej na pokaz jest konanie Chopina. Biedny Fryderyk umiera sobie, a przez salonik przewalają się tłumy. Jest więc nie tylko Norwid piszący ten swój genialny wiersz, ale też mnóstwo ciekawskich. I zaczynają krążyć opowieści o ostatnich chwilach Chopina. A przewija się w nich element niezdrowej fascynacji: ach, jakże strasznie wygląda, konając, ten Chopin! Wybucha całe też szaleństwo fotografowania się ze zmarłymi, robienia im gipsowych masek pośmiertnych. Trupem więc i konającym się interesują, ale choroba jako taka jest jednak wciąż zamknięta w szpitalu i domu. Nie ma eksponowania, epatowania, obnoszenia się z nią. Długo, długo, aż gdzieś do lat 60. XX w. choroba nie jest czymś, co należy pokazywać publiczności. Na pewno jeszcze nie z taką intensywnością, z jaką to czynią dziś celebryci. To, że chorujesz, nie było przejawem twojego znaczenia. A teraz z narastającą siłą to, co czyniło z człowieka wybrańca Boga albo przeklętego, czyni z niego wybrańca publiczności.

Ale czy to w zasadzie nie jest to samo?

Trochę tak, bo teraz publiczność jest Bogiem. Czy diabłem raczej? Nieważne. Jest tą siłą świętą i przeklętą. Dzięki jej zainteresowaniu można zdobyć znaczenie, pozycję, wartość. Bywa też, że da się zamienić to na pieniądze: sfotografować się w ciąży, chwilę po porodzie, na łożu śmierci, opowiedzieć o raku rzeczywistym lub domniemanym… Współcześnie choroba staje się jednym z lepszych chwytów marketingowych. Historia chociażby z Nergalem, Stuhrem, Durczokiem. Jakby mówili: jestem ludzki, arcyludzki, jestem wielki, ale jestem przecież jednym z was, bo wy też cierpicie, boicie się tego raka, a ja wam pokażę, że można z nim walczyć. My, wielcy tego świata, nie jesteśmy zupełnie inni od was, choć przecież i jesteśmy. Taka dwoistość.

Nergal rozkręcił marketingową machinę. Ale kręciła się ona nie tylko, by przysporzyć mu fanów i podnieść sprzedaż płyt, ale także nakręcała tworzenie banków szpiku.

Bardzo trudno tu rozdzielić te dwa aspekty, bo z jednej strony jest wykorzystywanie choroby dla podkreślenia, wzmacniania własnej pozycji, a z drugiej można przy okazji coś dobrego zrobić też dla innych. Twoje umieranie może stać się apelem. I konia z rzędem temu, kto potrafi powiedzieć, co w poszczególnych celebryckich przypadkach chorób było ważniejsze. Ja nie umiem. Wiele aktorek amerykańskich z własnej choroby uczyniło narzędzie działania. Jak Audrey Hepburn. Działo się to jednak wtedy, gdy chorób jeszcze tak nie eksponowano.

No na pewno nie tak i nie takie. Anoreksja i depresja to nie jest coś, o czym gwiazdy chętnie opowiadały.

Ona też nie latała z tym do mediów. Było o tym wiadomo. Teraz z pozycji „wiadomo, że…” przeszliśmy do absolutnej teatralizacji choroby. Robi się z niej spektakl dla publiczności. Celebryta cały czas sprzedaje, jest na scenie. Musi się na niej utrzymać za wszelką cenę. Znikają więc wszelkie tabu, nie ma intymności.
Więcej w najnowszym (35/2013) numerze tygodnika "Wprost"

Najnowszy numer "Wprost" od niedzielnego wieczora dostępny w formie e-wydania .

Najnowszy "Wprost" także dostępny na Facebooku .

"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania .

Czytaj także

 2
  • wars70   IP
    Publiczność coraz mniej współczuje i coraz bardziej powątpiewa w nieszczęścia celebrytów. Kolejnym krokiem może być temat jak wygląda zakupiony przez celebrytę pomnik na grobie lub urna,w której będzie spoczywał po najdłuższym życiu.
    • Andrzej   IP
      Dziennikarze na gwałt poszukują rzadkich chorób genetycznych, bo to świetny materiał do telewizji.