Widły, siekiery i noże. Jak kończą się sąsiedzkie spory

Widły, siekiery i noże. Jak kończą się sąsiedzkie spory

Dodano:   /  Zmieniono: 1
ILUSTRACJA: ŁUKASZ SAWICKI
Potrafią się pokłócić o jedno drzewo, a w ruch idą siekiery, widły i noże. Sąsiedzkie spory wyglądają groteskowo, choć czasami kończą się tragicznie.

Kłótnia między gospodarzami w gminie Chrzanów koło Janowa Lubelskiego zaczęła się o poranku, późnym latem, gdy 72-latek wziął się do koszenia trawy wokół zabudowań. Rozwścieczony 58-letni sąsiad po krótkiej potyczce słownej ruszył na niego z grabiami. Zaatakowany zaczął wywijać kosą na oślep. Obaj odnieśli rany, z tym że młodszy z pociętą głową, barkiem i przedramieniem trafił do szpitala. Poszło o przebieg granicy między gruntami. Klasyka. Ten spór trwa od 15 lat. Minęło pół wieku od premiery filmu „Sami swoi”, w którym groteskowe walki toczą rody Kargulów i Pawlaków, skłócone o miedzę, a ściślej – o szeroki na dwa palce spłachetek ziemi zaoranej na korzyść sąsiada. Sąsiedzkie awantury ciągle są jednak burzliwe, chociaż zwykle chodzi o drobnostki i czasem nikt nawet nie pamięta, od czego się zaczęło.

W gminie Kock na Lubelszczyźnie 48-letni rolnik zniszczył sąsiadowi uprawy, jeżdżąc traktorem z kultywatorem po polu obsianym żytem. Od dawna się kłócą o granicę między działkami. Zboże rosło na spornej ziemi. – Po prostu sąsiedzi – wzrusza ramionami sędzia Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie. Przywołuje historię z Włodawy, przy granicy z Ukrainą. – Są tam dwie rodziny, które między sobą się procesują. Mają kilkaset postępowań. Kilkaset! Cywilnych i karnych. I tym się szczycą – opowiada. Sprawy są rozpatrywane w Chełmie lub Białej Podlaskiej, bo rodziny pisały też skargi na włodawskich sędziów. A kłócą się o jabłka spadające z drzewa i o psie odchody. – Że szedł drogą, a nie chodnikiem, że odśnieżał, że nie odśnieżał i co tylko możliwe. Źródła konfliktu nikt nie pamięta – dodaje sędzia. Podobno kłótnię zaczęli rodzice obecnych gospodarzy, poszło o martwą kurę. Ten spór mimo lawiny spraw sądowych i tak może się wydawać łagodny. Po Lubelszczyźnie krąży anegdota o rozprawie, na której niezadowolona z wyroku strona groziła adwersarzom i sądowi granatem. W myśl zasady filmowej Leonii, matki Kazimierza Pawlaka: – Sąd sądem, a sprawiedliwość musi być po naszej stronie!

Ważne to je, co je moje

– Mieliśmy kiedyś tzw. spór o paliki, czyli kawałek lasu. Właściwie nawet nie był to las, tylko jakieś zarośla o powierzchni półtora metra kwadratowego. Kłótnia słowna skończyła się tym, że mężczyzna wyciągnął nóż. Trafił przeciwnika w serce i jednym ciosem pozbawił go życia – ubolewa podinsp. Marek Szczepański, komendant policji w Mszanie Dolnej. To była najtragiczniejsza historia w jego karierze komendanta. Zabójstwa nie odnotował już od ponad dziesięciu lat. Ale bójki – owszem, często. Niedawno nawet między kobietami.

Jesień była dla rolników łaskawa, więc jeszcze w listopadzie gaździna w górskiej wiosce pognała krowy na pastwisko. W jednej ręce trzymała krowie łańcuchy, w drugiej siekierę, która miała posłużyć do wbijania w ziemię kołków. Inna gospodyni uznała, że krowy weszły jej w szkodę. Bezczelnie wkroczyły na jej kawałek łąki i skubały jej trawę. Obie panie są już po pięćdziesiątce, ale wrzeszczały jak chachary na całą wioskę. W końcu broniąca swojej ziemi chwyciła kij i wymierzyła parę ciosów w twarz właścicielce bydła. A ta złapała siekierę, na szczęście za ostrze, i przyłożyła oponentce obuchem. Potem odrzuciły broń i przeszły na walkę wręcz. Skończyło się na mocnych zadrapaniach i rozciętej wardze. – Najpierw jedna pani zgłosiła się na komisariat, później druga i złożyły na siebie wzajemnie zawiadomienia o pobiciu – relacjonuje komendant i wyjaśnia, że to norma, bo kiedy ktoś zaskarży sąsiada, ten zaraz też biegnie ze skargą. Żeby nie było, że tylko jeden jest winny. Policjanci zabezpieczyli siekierę, a prokurator deliberował, czy wchodzi w grę użycie niebezpiecznego narzędzia i czy ścigać przestępczynię z urzędu. – Na szczęście to była obrona, a nie atak siekierą – komendant odetchnął z ulgą. Panie mogą teraz się pozwać do sądu cywilnego.

Podobne historie czasem jednak się kończą śmiercią. W gminie Dąbrówka na Mazowszu dwaj rolnicy od lat toczyli wojnę o wypasanie zwierząt na łące. Droga na pastwisko jednego z nich prowadziła przez teren drugiego. Pewnego dnia 82-latek wyrwał kołek ogrodzenia i uderzył 56-latka, a ten mu oddał pięścią w twarz. Cios się okazał śmiertelny. Kiedy przyjechała karetka, starszy rolnik już nie żył.

Ziemia żywicielka

– Nowe pokolenie nie jest już tak bardzo zaciekłe. Kiedyś walki zaczynały się wiosną, razem z podorywkami. Wyjeżdżali na pole i jak jeden drugiemu pługiem zajechał, to była masakra – wspomina podinsp. Szczepański. Przytacza kuriozalne sytuacje: na granicy stał płot i awantura szła o to, że deski są przybite nie po tej stronie co trzeba. – Bywało też prawie jak w „Samych swoich”: we wsi jedna pani wytłukła drugiej doniczki, a ta w odwecie kosą pocięła wiszące pranie, głównie prześcieradła – opowiada komendant. W filmie sytuacja była śmieszniejsza. Kargul w bojowym zapale wytłukł własne gliniane garnki, a Pawlak sierpem pociął swoje schnące koszule.

Panie spod Mszany złożyły na siebie doniesienia o uszkodzeniu mienia. Obie dostały wysokie grzywny, chyba po 3 tys. zł, co przekraczało wartość strat. Te dwie rodziny też toczyły spór od pokoleń, sędzia je znał i wiedział, że grzywna w wysokości 200 zł zostanie tylko wliczona w koszty wojny. Dotkliwa kara zadziałała. – Od tamtej pory jest w tej wsi spokój – śmieje się komendant. – W górach zawsze żyło się ciężko. Sto lat temu ludzie mieli tylko to, co sami wyprodukowali. Każdy metr kwadratowy ziemi to była konkretna żywność. Stąd się wzięło silne poczucie prawa własności. Tak zwana ojcowizna do tej pory jest ważna i trudno kupić ziemię od górala – tłumaczy podinsp. Szczepański i dodaje: – Tu i tak jest sporo gruntów. Co dopiero się dzieje w Tatrach!

Niech gmina zerwie asfalt!

W Tatrach kłótnie są o wszystko. O grodzeniu ziemi, by przeszkodzić stawianiu wyciągów i wytyczaniu tras narciarskich, słyszała już cała Polska. Ale górale walczą też o płoty i o drogi. W Ratułowie koło Czarnego Dunajca sąsiedzi obrzucali się wyzwiskami, bo jeden z nich uważał, że drogę do dwóch innych gospodarstw wytyczono po jego prywatnym gruncie i sąsiadom nie wolno nią jeździć. Gmina bez jego zgody drogę wyasfaltowała, co sugeruje ludziom, że mogą z niej korzystać, więc pan Karol nawoływał: – Niech gmina zerwie asfalt!

Wskazał sąsiadom dojazd od strony rzeki, ale ci mówią, że to tereny zalewowe i prywatne. Sąd dał im prawo jeżdżenia asfaltem, a oni założyli monitoring, by śledzić ewentualne ataki gospodarza. Ostrzej było kiedyś w Krośnicy w gminie Krościenko, gdzie mężczyźni pokłócili się o drzewo na miedzy. 63-latek chwycił grubą gałąź i zaczął okładać 55-latka. Skończyło się na trepanacji czaszki. Okazuje się jednak, że podobne spory nie są wyłącznie specjalnością krewkich górali. Wspomnieć można choćby Podlasie, gdzie dwie rodziny wracające z prac polowych starły się na moście. Użyto kołków, wideł i noży. Trzy osoby wyszły z tego ranne, jedna ciężko – ugodzona widłami. Też się kłócą o granicę działek.

– Tak jest w wielu wsiach, od Pomorza po Małopolskę. Kiedyś myślałem, że to dlatego, iż cechą mieszkańców wsi jest wysoki poziom emocjonalności – tłumaczy dr Wacław Idziak, socjolog od lat pomagający tworzyć tzw. wsie tematyczne. Emocjonalność wsi jest raczej wesoła, ale też szybciej prowadzi do wybuchu złości. – To może być związane z tradycją, nawykami wyniesionymi z domu, problemami z samooceną. Im niższa, tym łatwiej takiego człowieka urazić. Na zewnątrz pokazuję, jaki jestem mocny, używam ostrych słów, a tak naprawdę czuję się słabszy, zagrożony albo się boję, że inni mogą tak o mnie myśleć. I wtedy się wybucha – dodaje dr Idziak.

A w małych społecznościach urazy się dłużej pamięta. Bo ich sprawca stale jest gdzieś obok. I nie mamy umiejętności wychodzenia z konfliktu bez agresji, ale tak, by zachować twarz. – Być może ten niższy poziom samooceny powoduje, że muszę trwać przy swoim, żeby nie wyjść na mięczaka – zastanawia się socjolog. – Trwam więc przy swoim. W mieście jestem bardziej anonimowy, wychodzę z konfliktu i nikt o nim nie wie. A na wsi to się staje sprawą społeczną. Jeśli się wycofam, to jakbym się poddał, stchórzył.

Wróg, ale swój

A jednak konflikty przenoszą się jak ludzie ze wsi do miast. W samym Zakopanem jest ich pełno. Jednym z najsłynniejszych jest spór przy ulicy Za Cieszynianką. Bogdan Wierzchowski wrócił z żoną z Anglii, kupił tam dom i prowadzi szkołę językową. Za płotem mieszka u matki Wiesław Dułat, który parę lat temu przyjechał z kolei z USA. Skarży się, że auta przyjeżdżające do szkoły blokują wyjazd z domu jego rodziców. Miasto postawiło przy ulicy słupki uniemożliwiające parkowanie. Sąsiedzi odgrodzili się od siebie wysokimi płotami. Krążą donosy na nieopróżnianie szamb, palenie śmieci, rzucanie śniegu, na grill, od którego miał się zapalić płot. – Nawet nie liczyliśmy, ile wizji lokalnych tam było – wzdycha Wiesław Lenard, rzecznik zakopiańskiej straży miejskiej. – Straż przyjeżdżała w ostatnich latach około 200 razy – mówi Wierzchowski. Nie przyjmuje mandatów i wygrał już dwie sprawy w sądzie, który uznał, że jego auto jest parkowane zgodnie z przepisami i nie blokuje przejazdu. Trwa apelacja. – Poprzednia właścicielka też miała konflikt z ojcem sąsiada, dlatego sprzedała ten dom. Nie mówiąc nam o tym... Teraz prawie do bójek dochodzi. Kargul i Pawlak? No, jest to coś podobnego – ubolewa.

W Nowym Sączu spory prowadzą ludzie o wysokim, wydawałoby się, statusie społecznym. Dwa domy stoją tam nad skarpą, ten położony wyżej należał do dentysty, drugi, poniżej, zbudowano 40 lat temu. Mieszka w nim lekarz, który się zgodził, by po jego gruncie biegła droga służebna do wyższej posesji. Gdy dentysta zmarł, pan doktor postanowił się z tego wycofać. Nie chce przepuszczać przez swoją działkę rodziny sąsiada. Chociaż sąd mu tego zakazał, i tak co parę dni przyjeżdża policja i straż, żeby przecinać łańcuchy, którymi blokuje przejazd. Wiosną wyciął nawet spory fragment asfaltu.

Być może jest tak, że Kargulowie i Pawlakowie zdobywają wykształcenie i przeprowadzają się do coraz większych miast razem ze swoją emocjonalnością. Na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego powstało Centrum Rozwiązywania Sporów. W Łodzi – Centrum Mediacji przy Miejskim Ośrodku Profilaktyki Zdrowotnej. Są mediacje sąsiedzkie. Bo nowe bloki ogradzają się płotami, budząc nerwowe reakcje reszty osiedla. Jak w Bydgoszczy, gdzie odseparowani mieszkańcy musieli chodzić naokoło, bo ich ścieżki przecięła siatka ogrodzenia. W ramach zemsty za to, że się nie zgodzili na służebność dla drogi. – Humor w tym filmie polegał na prawdzie – powiedział kiedyś Sylwester Chęciński, reżyser „Samych swoich”. W jego historii zwaśnione rodziny godzą zakochani młodzi. A Pawlak dochodzi do konstatacji: „Kargul to może wróg, ale swój, mój, nasz. Na własnej krwi wyhodowany”.

Tekst ukazał się w numerze 1/2014 tygodnika „Wprost”.

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania .  
Najnowszy "Wprost" jest   także dostępny na Facebooku .  
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchani a 

+
 1

Czytaj także