Chińczycy uzależnieni od internetu. Powstają obozy odwykowe

Chińczycy uzależnieni od internetu. Powstają obozy odwykowe

Dodano:   /  Zmieniono: 2
(fot. sxc.hu) / Źródło: FreeImages.com
24 mln Chińczyków jest uzależnionych od internetu. Sposobem na walkę z epidemią mają być paramilitarne obozy odwykowe.

Padnij! Powstań! Padnij! Powstań! Padnij! Powstań! – krzyczy starszy mężczyzna w mundurze, który musztruje 30-osobową grupę nastolatków. Wszyscy mają na sobie ubrania wojskowe i, mimo zaspanych twarzy, pokornie wykonują polecenia. O godzinie czwartej nad ranem mogą czuć się lekko zdezorientowani, zwłaszcza że z łóżek zgonił ich przeraźliwy wrzask przełożonego. Jeszcze tylko kilkadziesiąt przysiadów, pompek i okrążeń wokół budynku i będzie można iść się umyć. Później śniadanie i znowu ćwiczenia. Takie same jak po obiedzie i po kolacji. Czasu dla siebie nie ma wcale, zresztą rozrywek tu i tak niewiele. W pokojach znajdują się tylko piętrowe łóżka i okna. Takim rytmem żyją podopieczni Daxing na przedmieściach Pekinu. Choć pierwsze skojarzenia słusznie wędrują w kierunku koszar lub zakładu o zaostrzonym rygorze, Daxing nie jest żadnym z nich. To paramilitarny obóz odwykowy, w którym leczy się młodych Chińczyków z uzależnienia od internetu. W całych Chinach takich miejsc funkcjonuje blisko 400 i ciągle powstają nowe. Mieszkańcy Państwa Środka wyszli z założenia, że tylko dyscyplina jest w stanie wyleczyć ich dzieci z obsesji.

DWA ŚWIATY

– Wszystko mnie boli. Przynieście mi lekarstwo – prosi 16-letni chłopiec. Łzy spływają mu po policzkach. – Mój tata przyprowadził mnie tutaj, żebym zobaczył się z lekarzem. Zamiast tego zostawił mnie w ośrodku i pozwolił, żeby strażnicy związali mi ręce – szlocha i zanosi się płaczem. Wtóruje mu kolega z pokoju. – Moi rodzice też mnie oszukali. Powiedzieli, że jedziemy na narty do Rosji, a przywieźli mnie tutaj – mówi. Do Daxing trafili za nałogowe granie w gry online. Obydwaj spędzali w kafejkach całe noce. W tym czasie rodzina szukała ich po ulicach i szalała z niepokoju. Zaczęły się problemy w szkole, wagary, wreszcie coraz mniejszy kontakt z rzeczywistością. Gdy rodzice opadli już z sił, zrezygnowani przywieźli ich do ośrodka. Historie uzależnionych od internetu nastolatków wyglądają podobnie. Część kończy w rozsianych po całym kraju centrach terapeutycznych. Czasami jest tak źle, że aby przywieźć dzieci na leczenie, rodzice muszą je związać lub podawać im po kryjomu środki nasenne. Ale sprawa obozów odwykowych w Chinach oraz stosowanych w nich metod także budzi kontrowersje. O tym, jak wygląda życie za murami takiego obozu, po raz pierwszy opowiedziały kilka miesięcy temu Shosh Shlam i Hilla Medalia w dokumencie „Web Junkie”. Do tej pory nikt nie wszedł do środka z kamerą, autorkom filmu udało się kręcić w Daxing przez cztery miesiące. Historia wspomnianych chłopców to tylko wycinek problemów, z jakimi borykają się tamtejsze nastolatki.

– Wielu moich pacjentów ma problem z odróżnieniem świata wirtualnego od realnego. Niektórzy z nich do tego stopnia wciągają się w granie, że zakładają pieluchy, bo szkoda im czasu na załatwienie swoich potrzeb w toalecie. Uważają, że to obniża ich wydajność – mówi prof. Tao Ran, specjalista od uzależnień i dyrektor Daxing.

Pobyt w ośrodku trwa trzy do czterech miesięcy i kosztuje 10 tys. juanów (około 5 tys. zł), co stanowi dwukrotność średniej pensji w Pekinie. W tym czasie pensjonariusze przywdziewają militarne uniformy i poddają się spartańskiej dyscyplinie. Zakłady przypominają poprawczaki: w oknach są kraty, pokoje są monitorowane, a terenu pilnują strażnicy. W przerwach od musztry, prowadzonej najczęściej przez byłych wojskowych, pacjenci dostają leki, uczestniczą w indywidualnych i grupowych sesjach terapeutycznych, a także poddają się zabiegom mierzenia aktywności mózgu. Zdecydowana większość uzależnionych to nastolatki, bo młodzi ludzie stanowią w Chinach ponad 90 proc. osób z nałogiem internetowym. Sytuację pogarsza rozwój technologii, dzięki któremu internet jest wszędzie – w telefonach komórkowych, tabletach, laptopach. Dzięki mobilnym urządzeniom uzależnieni oddają się nałogowi niemal bez przerwy.

CYFROWY CHIŃSKI MUR

Uzależnienie od internetu w Chinach dotyczy przede wszystkim gier komputerowych. Wynika to ze specyfiki tamtejszej sieci. O Facebooku, Twitterze, Flickrze czy YouTube Chińczycy mogą zapomnieć. Podobnie jak o stronach większości zagranicznych serwisów. Dostęp do nich jest bowiem blokowany, a niepokornych wyłapuje specjalna policja internetowa, licząca ponad 30 tys. ludzi. Regulacje rządowe sięgają 1998 r. i mają chronić obywateli przed „źródłami wywrotowych poglądów”. To wtedy Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego ChRL powołało program Złota Tarcza, który stworzył zaawansowany system filtrów i blokad. Dziś sposób funkcjonowania cenzury i obowiązujących sankcji reguluje ponad 60 ustaw. Nie dziwi więc fakt, że eksperci dzielą internet na Chiny i resztę świata. Tym sposobem mieszkańcy Państwa Środka stworzyli nowy Wielki Mur Chiński, tym razem wirtualny. Jak wynika z danych China Youth Internet Association, do 2015 r. z internetu będzie korzystało 45 proc. populacji Chin, czyli blisko 600 mln ludzi. Większość to przedstawiciele klasy średniej, którzy zazwyczaj nie mówią po angielsku i nie wchodzą na strony w tym języku. Eksperci ostrzegają, że 11 proc. użytkowników internetu w Chinach – 24 mln ludzi – jest od niego uzależniona. Od 2004 r., czyli od czasu, kiedy powstał pierwszy obóz odwykowy, leczeniu poddano około pół miliona osób.

Czy drastyczne środki są adekwatne do problemu? Chińczycy wierzą, że tak. – Terapia w warunkach militarnej dyscypliny przywraca dzieciom zdolność do samodzielnego życia – zapewnia Xing Liming z pekińskiego ośrodka Qide. Przestrzega, że uzależnienie od internetu może być uznawane za jedną z głównych przyczyn zaburzeń snu i odżywiania. U nastolatków da się zauważyć objawy depresji oraz zakrzepicy żył, która wiąże się z długotrwałym unieruchomieniem. Świat dostrzega jednak tylko te najbardziej drastyczne przykłady, których nie brakuje w całej Azji.

41-letni Chińczyk dźgnął nożem swojego kolegę za to, że ten ukradł mu miecz w grze internetowej. Inny mieszkaniec chińskiego Kantonu zmarł z wyczerpania po tym, jak spędził przed komputerem non stop trzy doby. Przestał grać dopiero, gdy spadł z krzesła. Umarł z wyczerpania, nim dowieziono go do szpitala. Na atak serca zmarł również młody nauczyciel, który wziął urlop w pracy tylko po to, by przez dwa tygodnie grać w swoją ulubioną grę. Niedawno wybuchł skandal, kiedy wyszło na jaw, że młode koreańskie małżeństwo o mały włos nie doprowadziło do śmierci swojego kilkumiesięcznego dziecka. Podczas gdy oni grali na komputerze w kawiarence internetowej przez 12 godzin bez wytchnienia, ich córeczka się odwodniła. Rodzice przyznali, że są uzależnieni od gry i nie byli w stanie się od niej oderwać. W grze komputerowej karmili swoje wirtualne dziecko-awatar.

ELEKTROWSTRZĄSY

Kompulsywne korzystanie z internetu zakwalifikowano w Chinach jako chorobę w 2008 r. Chińscy lekarze diagnozują uzależnienie i wysyłają na leczenie, gdy pacjent spędza w sieci więcej niż sześć godzin dziennie, jeśli nie jest to związane z jego pracą lub nauką. Takie podejście nie mieści się w głowie wielu zachodnim psychologom. Wątpliwości budzi także przebieg terapii. Nie ma jednej wypracowanej metody, a dotychczasowe to wynik prób i błędów poszczególnych ośrodków. Jedyne, co je łączy, to surowa dyscyplina i paramilitarny charakter.

Władze walczą z uzależnieniem, jak się da. Jeszcze do niedawna w ośrodkach stosowano elektrowstrząsy. Zakazano ich dopiero po kilku przypadkach zgonów pacjentów. Zdarzają się też ofiary, które nie dożywają do końca terapii z wycieńczenia lub zostają po prostu skatowane. 15-letni Deng Sensha dzień po wylądowaniu na odwyku w Nanning dostał rozkaz przebiegnięcia pięciu kilometrów. Kiedy się zbuntował, mundurowi umieścili go w izolatce i pobili. Tak dotkliwie, że po przewiezieniu do szpitala zmarł. Winni zostali ukarani, obóz zamknięto, jednak na prowincji nadal można spotkać ośrodki, które do obowiązujących przepisów podchodzą z dystansem. Raz na jakiś czas do mediów przedostają się informacje o nastolatkach brnących po pas w śniegu czy biegających z wielkimi balami drewna.

Swoje obozy internetowego odwyku mają też Koreańczycy. Rządowy raport mówi o 30-procentowym uzależnieniu wśród młodzieży poniżej 18. roku życia. To 2,4 mln osób. W związku z tym, że 90 proc. domów podłączonych jest tam do tanich i szybkich łączy szerokopasmowych, pracownicy organizacji pozarządowych ostrzegają, że problem będzie się nasilać. Z uzależnieniem od komputera zmaga się też co dziesiąty uczeń szkoły podstawowej w Japonii. W sumie ponad 518 tys. dzieci. Tam też mają powstać centra odwykowe łączące w sobie sesje terapeutyczne i obozy przetrwania. Azjatyckie metody szokują, jeśli porównamy je z amerykańskimi, gdzie uzależnienie od internetu leczy się głównie poprzez długoletnią terapię i kontrolowany dostęp do komputera. Poza tym eksperci podkreślają, że terapia przez musztrę nie dociera do sedna problemu. Zdaniem Wu Yaxue, psychiatry ze szpitala Huilongguan w Pekinie, źródła problemów młodzieży należy upatrywać w ich relacji z rodzicami. – Polityka jednego dziecka sprawia, że dzieci czują się samotne, zwłaszcza kiedy pochłonięci pracą rodzice nie mają dla nich czasu – tłumaczy. Badania pokazują, że rok po odbytym kursie w obozie 80 proc. nastolatków wraca do nałogowego grania. �

Artykuł ukazał się w numerze 31 /2014 tygodnika "Wprost".

Najnowszy numer "Wprost" jest dostępny w formie e-wydania.
Najnowszy "Wprost" jest  także dostępny na Facebooku.
"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.

Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore  GooglePlay

 2
  • amana   IP
    Owszem dyscyplina powinna być częścią społeczeństwa .jednak obozy...pobicia...jak widać nie mają sensu skoro 80 % po roku wraca do marnowania czasu kosztem zdrowia.Mam dzieci lecz od najmłodszych lat mają wpojone że są pewne priorytety. Lecz niektórzy rodzice nie tylko w Chinach nie powinni mieć dzieci jak wynika z artykułu

    Czytaj także