Zmierzch imperium

Zmierzch imperium

Słonimski, Konwicki, Szymańska, Dygat, Kutz, Brandys, Kołakowski, Stryjkowski, Hen, Ważyk, Andrzejewski, Tyrmand, Szczypiorski, Osiecka, Michnik, Stachura, Rymkiewicz, Łapicki. I kilkunastu czy kilkudziesięciu innych. Wszyscy spotykali się przy dwóch stolikach w Czytelniku.
(Tekst ukazał się w numerze 51-52/2011)

Tam już nic nie ma, wie pan? – stwierdza smutno Janusz Głowacki. Przesadza. W Czytelniku przy ulicy Wiejskiej 12 w Warszawie nadal są słynne klopsiki w sosie koperkowym, śledź w oleju lub w śmietanie, sznycel cielęcy z jajkiem. Są dwa zawsze zarezerwowane stoliki – jeden dla Tadeusza Konwickiego, drugi, tuż obok, dla Henryka Berezy. Jest też sam Konwicki, codziennie między dwunastą a pierwszą. Jest Bereza, choć coraz rzadziej, bo chory. I jest Andrzej Łapicki. Ostatni Mohikanie.

Odstaw krzesło

Jedna rzecz, której w Czytelniku na pewno nie ma, to szyld. Choć duże niebieskie litery układające się w pionowy napis „Czytelnik" widać już z daleka, nieuświadomiony przechodzień, który wchodzi w Wiejską z placu Trzech Krzyży, nigdy nie pomyśli, że to zaproszenie do jakiejś knajpy. I słusznie. Czytelnik to spółdzielnia wydawnicza zajmująca od 1946 roku górne piętra budynku. Kawiarnia mieści się w suterenie. Trzeba wiedzieć, że tam jest, bo stolików, z których jeden nazywany jest „świętym” lub wręcz „suborganizacją” czy nawet „najdziwniejszą z najtrwalszych instytucji w powojennej Polsce”, nie widać przez niskie, zasłonięte firanami okna.

Kiedyś miejsc ze „świętymi stolikami" było w Warszawie więcej. Był bufet PIW-u, gdzie legendarny stolik miał Antoni Słonimski, był SPATiF, gdzie zbierała się intelektualna elita, „dyskutowało się Heideggera i aktualny kurs dolara, szanse odzyskania niepodległości i wypicia nierozcieńczonego jarzębiaku, zrobienia dobrego filmu i okradzenia bogatego Szweda przy barze” (Janusz Głowacki, „Z głowy”). Dziś PIW próbuje odzyskać dawny blask, organizując spotkania z pisarzami. SPATiF nie próbuje i organizuje wesela. Legenda żyje tylko w Czytelniku.

Umawiam się tam z Jerzym Gruzą. Na spotkanie przynosi swoją książkę „Stolik". – Tu jest wszystko, pan sobie przepisze. Przepisuję, strona 35: „Postanawiam, że nie wolno jeść przy stoliku z Gustawem [Holoubkiem] i Henrykiem Berezą, aby nie bezcześcić wysokiego poziomu rozważań literackich bywalców stolika. Wtedy Gustaw opowiada dowcip o owsikach, jak wyszły z pewnej części ciała. Był to synek z mamusią. Rozejrzeli się po okolicy i synek mówi: – Mamusiu, jak pięknie tu jest. Ptaszki śpiewają, błękitne niebo, zielone listki szemrzą na drzewach, kwiatki, a my siedzimy stale w dupie. – Bo tam jest nasza ojczyzna – mówi mamusia”.

Gruza mówi, że aby był „stolik", potrzebny jest motor. Holoubek, zwany przez przyjaciół Guciem, był takim motorem. Motorem od kawałów i anegdot. Jacek Żakowski w tekście „Przy stoliku w Czytelniku” z 1993 r. opisał stolikowy savoir-vivre. W jednym z punktów radzi: „Osoby nieuprawnione nie powinny opowiadać dowcipów, bo i tak nikt nie jest w stanie zrobić tego lepiej niż Gustaw Holoubek, a wszystkie najśmieszniejsze dowcipy on już opowiedział”.

„Stolik", strona 13: „Gdy umarł Gustaw, przy stoliku też wszystko umarło”. Portret Holoubka wisi nad stolikiem Tadeusza Konwickiego. Byli najdawniejszą i najbardziej zżytą stolikową parą. Zerkamy z Gruzą w tamtą stronę. Konwicki je sam. Metr od niego, przy filarze, przy swoim stoliku, tym, którego zdjęcie zdobi okładkę książki Gruzy – małym, okrągłym, przykrytym, jak wszystkie, filcowym obrusem – siedzi Henryk Bereza. Gdy dosiada się do niego mężczyzna w czerwonym swetrze, Gruza odnotowuje: – Widzi pan, jakiś chuj się do Henia przysiadł. Dodaje z sentymentem: – Minkiewicz (Janusz, pisarz i satyryk) mawiał w SPATiF-ie: odstaw krzesło, bo się jakiś chuj przysiądzie.

Przychodź

Godzinę wcześniej tym chujem byłem ja. Gospodarz potraktował mnie bardzo serdecznie („Stolik", strona 13: „[Bereza] to człowiek łagodny, o gołębim sercu”). Powiedział, że Czytelnik jest jak dom. Jakby pokój w jego mieszkaniu, w którym siada codziennie o tej samej porze. Ci, co powinni wiedzieć, wiedzą, że on tam jest i że zawsze można wpaść. On wie, że zawsze ktoś wpadnie. Czasami wpada Kazimierz Kutz. – Wychowałem się przy tych stoliczkach – mówi twórca „Soli ziemi czarnej”. – Bez nich to ja bym był ciamciałem takim tam.

Do Czytelnika przyprowadził go Stanisław Dygat – „jak starszy pies młodszego" – na początku lat 60. Potem przychodzili codziennie, spacerem z Mokotowa, na którym obaj mieszkali, zahaczając po drodze o zieloną budkę z lodami pod kinem Moskwa. Dosiadali się do najsłynniejszego stolika, który sam Kutz nazywa „suborganizacją”, Żakowski „instytucją”, a Maria Iwaszkiewicz, córka Jarosława, od której wszystko się zaczęło – „świętym”. Różnie się mówi o tym stoliku. Niektórzy twierdzą, że był Konwickiego, inni, że Słonimskiego, jeszcze inni, że Ireny Szymańskiej – ówczesnej wicenaczelnej Czytelnika. – Wspaniała snobka, królowa balu towarzyskiego – opisuje ją Kutz. – Pilnowała interesu, dla niej to był stolik półsłużbowy. Jednocześnie wielbiła swoich pisarzy, ulubieńca Konwickiego wręcz przewijała.

Stolik stał niedaleko wejścia, przy stoisku z książkami. – To był azyl wolności wyrosły w starej skamandryckiej tradycji – ciągnie Kutz. – Zbierał najwybitniejszych, których łączyły światopogląd, wzajemna sympatia i uznanie, indywidualizm i prześmiewczy charakter. Poza Słonimskim, Konwickim, Szymańską, Dygatem i Kutzem przy „świętym" siadali: Kazimierz Brandys, Leszek Kołakowski, Julian Stryjkowski, Józef Hen, Adam Ważyk, Jerzy Andrzejewski, Leopold Tyrmand i inni. W połowie lat 60. rytualne „przychodź” (w przeciwieństwie do zwyczajnego, jednorazowego „przyjdź”) usłyszał Gustaw Holoubek. Jak się miało okazać, on i Konwicki zostali przy stoliku najdłużej.

Magiel

– Wszystko się zaczęło w moim mieszkaniu w alei Szucha – opowiada Maria Iwaszkiewicz. – Mieliśmy zebranie redaktorów działu krajowego. Rok był ’56, nastrój taki, że musi się coś dziać, i nie wiem, kto rzucił pomysł, ale padło, żeby pracowniczą stołówkę przerobić na klub i kawiarnię, miejsce spotkań i wydarzeń. Zgłosiłam się na ochotnika, że stanę za bufetem. I stanęłam na całe osiem lat.

Otwarta oficjalnie w kwietniu 1957 roku kawiarnia w ubogiej w lokale Warszawie z miejsca zyskała stałą i wierną klientelę. Poza „świętym" stolików było kilkanaście i od południa zapełniały się barwnym tłumem. Przychodzili dziennikarze z okolicznych redakcji – „Odrodzenia”, „Przyjaciółki” i pism chłopskich. Przychodzili wytworni panowie – przedwojenni handlowcy zatrudnieni w Ministerstwie Handlu Zagranicznego. Przychodziły cudownie utapirowane urzędniczki i maszynistki z wydawnictwa.

– Co tam u ciebie w maglu, Marysiu? – miał w zwyczaju pytać córkę Iwaszkiewicz. Marysia robiła najlepszą kawę w stolicy z potężnego ciśnieniowego ekspresu, podawała ciastka, a na śniadania jajko w szklance i bułkę z masłem. Nic więcej do jedzenia nie było. Nie było też wódki. Na wódkę, flaki i kiełbasę chodziło się naprzeciwko, do Jontka, knajpy dorożkarzy. – Często leżał tam w progu jakiś wozak i trzeba było przestępować – wspomina Maria Iwaszkiewicz.

Do rzeczy, których w Czytelniku nie było, dorzuca papier toaletowy. I opowiada swą ulubioną anegdotę z tamtych czasów – jak zmyślna sprzątaczka, pani Trochimiakowa, wyłożyła w toalecie szpalty z przeredagowaną już nową powieścią Leona Kruczkowskiego. Czytelnik nigdy nie widział większej awantury niż ta, która wybuchła, gdy autor spostrzegł, że podtarł się własnym dziełem. – A czym miał się podetrzeć, towarzyszu prezesie? – tłumaczyła się przed szefem wydaw- nictwa pani Trochimiakowa. – Ten papier wyłożyłam tam właśnie do dupy.

Autokar Samoobrony

Obecna właścicielka kawiarni Anna Dróżdż o stałych bywalcach opowiadać nie chce. Prowadzi lokal dopiero od roku, więc jej nie wypada. Wcześniej przez 33 lata rządziła jej ciocia Janina Dróżdż (nie mogła się z nami spotkać z powodu choroby). Pomysł pani Ani na Czytelnika jest prosty: – Absolutnie żadnych zmian.

Dziś, tak jak kiedyś, lokal huczy najdonośniej około godziny pierwszej. Wszystkie stoliki zajęte, przy bufecie kolejka, przez salę niosą się brzdęk filiżanek i sztućców, gwar rozmów i nieustanne okrzyki pań zza bufetu: cebulowa do odebrania!, pół pierogów do odebrania!, pani Aniu, jest klopsik! Tłum różnorodny – są dziennikarze, redaktorzy z Czytelnika, wpadają politycy, nieraz zajdzie grupa sejmowych fotoreporterów objuczonych sprzętem. Z jednego stolika słyszę rozmowę po francusku, z innego po angielsku.

– Pustek nie ma – mówi Janusz Drzewucki, naczelny Czytelnika. – Ale inteligencki charakter tego miejsca się rozmywa. Drzewucki wspomina, jak kilka lat temu przy jednym ze stolików zaczął parkować autokar Samoobrony. – To był szok dla wszystkich. Przychodzili sporą gromadą, w tych swoich biało-czerwonych krawatach, i przesiadywali długo. Jakby nie widzieli, że to nie jest miejsce dla nich. Samoobrony już nie ma, ale nie ma też motorów przy stolikach. – To zmierzch imperium – mówi Janusz Głowacki A Drzewucki nazywa rzeczy po imieniu: – Ludzie, którzy tworzyli to miejsce, po prostu wymierają.

Panienki i literatura

Ostatni Mohikanie – Konwicki (rocznik 1926), Bereza (rocznik 1926) i Łapicki (rocznik 1924) – są w Czytelniku co dzień, jeśli tylko zdrowie pozwala. Wymieniają serdeczności, ale rzadko siadają razem. Łapicki jada z żoną. Konwicki zawsze sam.

– Wyemigrował wewnętrznie na swoją Żmudź – mówi Kazimierz Kutz. – Już mu się tu znudziło. Przychodzi punkt dwunasta, zjada milczkiem obiad i ucieka. Gdy żył Holoubek, siedział trochę z Konwickim, by po chwili przesiąść się do Berezy. Gucio z Tadziem nie mieli zresztą sobie wiele do powiedzenia, bo gdy tu zachodzili, byli już po porannej kawie u Bliklego. Jedynym żywym stolikiem (takim, który gromadzi przyjaciół) został ten Henryka Berezy. Bereza zasiadł przy nim w 1983 r., gdy stracił wikt w zlikwidowanym przez władzę Związku Literatów Polskich. W międzyczasie – od złotego okresu w latach 60. – święty stolik Konwickiego przeszedł liczne przeobrażenia. Najpierw przetrzebił go porządnie Marzec ’68. W następnej dekadzie dołączyli m.in. Andrzej Szczypiorski, Agnieszka Osiecka, Adam Michnik, potem Edward Stachura, Jarosław Marek Rymkiewicz, Jan Pietrzak, Łapicki. W stanie wojennym mocną grupą przy innych stolikach byli odsunięci od redakcji dziennikarze i wyjątkowo zapracowani ubecy. Stolik Berezy nabierał znaczenia już w wolnej Polsce, gdy Konwicki wyruszył na swą wewnętrzną emigrację. Kiedy w 1997 r. Kutz dostał się do Senatu, został motorem politycznym stolika. Informował, co się dzieje w Sejmie, i od razu dawał interpretację faktów. Wtedy siadano już u Berezy, tam przesiadał się Holoubek, zaczęli wpadać Głowacki i Gruza.

Kutz: – Zostało męskie towarzystwo. Więc rozmowy często przebiegały jak wśród inteligentnych i frywolnych chłopców tuż przed maturą – świnienie o panienkach i wygłaszanie opinii o literaturze. Do Tadeusza Konwickiego się nie przysiadłem. Podszedłem, gdy wychodził. Uścisnął mi mocno dłoń i uśmiechnął się soczyście. Powiedział, że patrzył, jak budynek Czytelnika wstawał z powojennych gruzów. Rok był 1946, przyjechał z Krakowa, zamieszkał obok na Frascati 1, zaczął pracę w „Odrodzeniu". – Jestem tu od początku, to moje rodzinne strony – podsumował smutno. Na dłuższą opowieść nie dał się namówić. – Ja już wysiadłem, wie pan? Już nie mam siły. Patrzyłem, jak odchodzi, kruchutki, zgarbiony starszy pan w wysokich zimowych butach i za dużej kurtce. – Nie ma motorów – powtórzył Gruza. – Jak wpadnę do Henia, to poplotkujemy i pogadamy o tym, na co który choruje. I tyle. Kutz: – Żyjemy przeszłością, głównie wspominamy tych wszystkich wspaniałych ludzi, którzy się przez życie przewinęli. Ostatni święty stolik jest coraz częściej pusty. Zdarza się, że Henryk Bereza nie pojawia się w Czytelniku przez trzy tygodnie. – Jak Henio odejdzie… – zawiesza głos Kazimierz Kutz. – To co będzie? – Co będzie? Nic nie będzie. Stolik będzie i będą siadać przy nim ludzie, żeby zjeść obiad.

Najnowszy numer tygodnika "Wprost" dostępny jest w formie cyfrowej na stronie: www.ewydanie.wprost.pl już od niedzieli od godz. 20., zaś od poniedziałku - w kioskach i salonach prasowych na terenie całego kraju.

"Wprost" jest dostępny również w wersji do słuchania.
Tygodnik "Wprost" można zakupić także za pośrednictwem E-kiosku
Oraz na  AppleStore GooglePlay

Czytaj także

 0