Kupcy z Marywilskiej ocenili propozycje Trzaskowskiego. „To kpina”

Kupcy z Marywilskiej ocenili propozycje Trzaskowskiego. „To kpina”

Pożar w centrum handlowym Marywilska 44
Pożar w centrum handlowym Marywilska 44 Źródło:PAP / Leszek Szymański
Rafał Trzaskowski proponuje kupcom z Marywilskiej wizytę w urzędach pracy i zastępcze miejsca na targowiskach, ci jednak odpowiadają prezydentowi Warszawy, że to „kpina”. Wielu z nich straciło w pożarze cały towar, do tego gotówkę, kasy fiskalne i dokumenty.

Pożar w halach przy ulicy Marywilskiej w Warszawie wybuchł w niedzielę nad ranem. Ogień momentalnie zajął całą powierzchnię obiektu. Wielu kupców straciło wszystko.– Nasze terminale, kasy fiskalne, dokumenty, wszystko spalone. To są niesamowite kwoty. Nawet jeśli hala zostanie odbudowana, to miejsce już nigdy nie będzie takie samo. Strach zostanie w człowieku, że to w każdej chwili może się wydarzyć -mówiła właścicielka jednego ze sklepów w rozmowie z "Wprost".

Sprzedawcy zwracali też uwagę, że nawet jeżeli sprzedawcom zostałoby szybko udostępnione nowe miejsce, to nie rozwiązuje problemu, bo pożar zniszczył ich towar. Wielu z nich po prostu nie ma czym handlować.

Trzaskowski proponuje urząd pracy i miejsca na targowiskach

Wojewoda mazowiecki Mariusz Frankowski poinformował, że poszukiwane są możliwości wsparcia kupców, jednak zapomogi klęskowe nie wchodzą w grę. Natomiast prezydent Rafał Trzaskowski przekazał, że kupcy mogą udać się do specjalnego punktu, w którym mogą zarejestrować się jako bezrobotni, dzięki czemu otrzymają... wsparcie w poszukiwaniu pracy. Miasto szuka również dodatkowych miejsc na targowiskach. Jak poinformował Trzaskowski, obecnie jest ich ponad sto.

– To kpina – ocenili jednak w rozmowie z "Faktem" właściciele sklepów. – Zostaliśmy sami z naszym problemem. Za chwilę sprawa zupełnie ucichnie i nikt nawet nie będzie o nas pytał – alarmowali.

Wśród sprzedawców krąży również wiele spekulacji dotyczących przyczyn pożaru. – Kontrole przychodziły, widzieliśmy strażaków, mieliśmy próby przeciwpożarowe, gdy byli klienci na hali. Bramy przeciwpożarowe się zamykały, alarmy się włączały – zauważała w rozmowie z "Wprost" jedna ze sprzedawczyń. To było zupełne zaskoczenie, nie było żadnych sygnałów, że coś jest nie tak. To nam się w głowie nie mieści. Jedna część hali może się spalić, ale żeby wszystkie na raz? – pytała.

Czytaj też:
Seria pożarów w Polsce to nie przypadek? Bodnar: Znajdujemy się w szczególnej sytuacji
Czytaj też:
Kto i jak pomoże kupcom z Marywilskiej 44? Padła deklaracja ZUS ws. składek