Według Narodowego Spisu Powszechnego z 2021 roku w Polsce mieszka ponad 4 tys. osób deklarujących narodowość wietnamską. To właśnie przede wszystkim dla nich od kilkunastu lat w Laszczkach w podwarszawskiej gminie Raszyn działa centrum buddyjskie. Aktualnie trwa jego rozbudowa, a opinie na jej temat są – delikatnie mówiąc – podzielone. To, skąd taki podział, opisała stołeczna „Wyborcza”.
Historia centrum buddyjskiego w Laszczkach sięga 2007 roku, kiedy to jeden z domów z posesją kupiły osoby pochodzenia wietnamskiego. – Zaadaptowały go na świątynię. Na początku to nie było uciążliwe, obrzędy były organizowane dla niewielkiej liczby osób. Z biegiem czasu działalność mocno się jednak rozwinęła – mówi dziennikowi mieszkanka okolicy.
Działalność centrum miała z czasem zacząć być dla mieszkańców uciążliwa. Wynikać to miało przede wszystkim z głośnych gongów i bębnów, czy z „przyjeżdżających bardzo licznie samochodami” odwiedzających”. – Boimy się, co będzie dalej – usłyszała „Wyborcza”.
Podwarszawskie centrum buddyzmu jest w trakcie rozbudowy
Tym, co powoduje największe obawy mieszkańców, jest rozbudowa ośrodka, o którą w zeszłym roku wystąpiło Towarzystwo Buddyjskie Wietnamczyków w Polsce. Zakłada ona postawienie na działce dwóch budynków mieszkalnych jednorodzinnych, czterech budynków gospodarczych oraz dwóch budynków garażowych. Pozwolenie na budowę, która już się rozpoczęła, wydał starosta powiatu pruszkowskiego.
Okoliczni mieszkańcy są przekonani, że powstające budynki będą świątynią. – To będzie świątynia, a budownictwo sakralne wymaga zupełnie innych pozwoleń. Urzędnicy o tym wiedzą, ale tolerują obchodzenie prawa – mówi „Wyborczej” jeden z rozmówców. Choć dziennik próbował skonfrontować te twierdzenia ze starostwem, to nie odpowiedziało na jego pytania.
Więcej w tej kwestii dowiedzieć się można z odpowiedzi na protest mieszkańców Renaty Bućko, powiatowej inspektor nadzoru budowlanego w Pruszkowie. Ta informuje, że jej organ „nie może uzależniać swoich rozstrzygnięć od zdarzeń przyszłych i niepewnych”. Dodaje także, że „fakt, że osoby innego wyznania spotykają się w celach modlitewnych, nie jest obcy katolikom”. „Np. kościół domowy, gdzie jedna rodzina przyjmuje u siebie w domu pozostałych członków zgromadzenia” – pisze.
Odpowiedzią na obawy mieszkańców ma być dialog
Na prośbę o kontakt ze strony „Wyborczej” odpowiedziało za to Europejskie Centrum Buddyzmu, a dokładniej Remigiusz Szeląg, który prywatnie związany jest z osobami prowadzącymi ośrodek. – To nie ma być Pagoda – podkreślił mężczyzna.
Rozbudowa zakładać ma „normalne dwa domy mieszkalne, budynki administracyjne”, które działać mają jako „ośrodek dla starszych ludzi, rodziców, dziadków Wietnamczyków, którzy mieszkają w Warszawie”. Nie ma to być jednak dom starości. – Bardziej miejsce dziennego pobytu, może też medytacji, modlitw, ale nie o charakterze religijnym – wytłumaczył Szeląg.
Ze strony ośrodka z dziennikiem skontaktował się także sinolog Krzysztof Darewicz, który choć potwierdził wersję o świątyni, to podkreślił, że służyć ona ma głównie osobom starszym. Dodał także, że na miejscu działa tylko jeden mnich, a głównym problemem komunikacyjnym może być to, że nikt tam nie mówi po polsku.
Darewicz zapewnił „Wyborczą”, że główna działalność będzie prowadzona w jednym domu wielkości piętrowej willi. Jak stwierdził, „nie jest to nawet skala kościoła parafialnego”. – Bywam tam na uroczystościach jako jedyny Polak. Zazwyczaj jest kilkanaście osób. Trzy razy w roku są większe uroczystości, może na kilkadziesiąt osób – powiedział dziennikowi.
Sinolog przyznał przy tym, że głównym problemem może być brak dialogu. – Rozmawiałem właśnie z przeorem, że zaproponujemy spotkanie, zaprosimy do siebie sąsiadów i wytłumaczymy, że nie robimy tu nic złego – zapowiedział dziennikowi Darewicz.
Czytaj też:
Brutalne napaści w Warszawie. Mężczyzna atakował kobiety kostką brukowąCzytaj też:
Tak Trzaskowski radzi sobie jako prezydent Warszawy. Te dane mówią wszystko
